Afrykańska Przygoda

   A dzisiaj zrobiliśmy sobie wycieczkę do Teatru Miniatura w Gdańsku. Mama i synek, reszta została w domu. Niemal od miesiąca planowałam tę wyprawę- odkąd przeczytałam w lokalnej prasie, że pod koniec stycznia mieć będzie miejsce premiera pierwszego przedstawienia dla ,,pampersiaków”, jak to określono, a więc dzieci w wieku 1-4, nie mogłam myśleć o niczym innym! Pojechaliśmy. Oczywiście Felek na początku twierdził, że nie chce, ale jak tylko zobaczył jasny i przestronny hol Teatru, w którym roiło się od tematycznych, ,,afrykańskich” dekoracji, zmienił zdanie.

   Przedstawienie wzruszyło mnie do głębi. Miałam łzy w oczach. Moje małe spięło się tylko raz, gdy zgasło główne światło i jeszcze nie wiadomo było, o co chodzi. Nie chciało usiąść samo na poduszkach, spędziło zatem pół godziny u mnie na kolanach, na szerokim fotelu w kształcie wielbłąda. ,,Afrykańska przygoda” wyraźnie Felcia fascynowała. Komentował pojawiające się zwierzaki, gwiazdki, kolory, akcję. Reszta dzieciaków też jak zaczarowana, chociaż na moje oko przeważała grupa półtoraroczniaków. Bez słów, bez komplikacji- mały chłopczyk (grany przez lalę) podróżuje we śnie do Afryki, gdzie z wielką czułością witają go żyrafa, zebra, słoń, rybki. Muzyka, gra światełek i rekwizytów. Wspaniałe było to, że po spektaklu dzieciaki mogły wejść na scenę i pomacać wszystkie pluszowe zwierzaki, schować się za prowizorycznymi kulisami, przejść ustawiony na prędce minitor przeszkód. Felek nie reflektował, ale tak jest zawsze, gdy ludzkie zagęszczenie przekracza pewien, mieszczący się w granicach jego gustu, poziom . Polatał sobie za to po wykładzinie pełniącej funkcję widowni, popływał w falach dziesiątek różnokolorowych większych i mniejszych poduch. I dobrze, ma prawo. Widziałam, że tam dzieci mają po prostu prawo być dziećmi. To właśnie było to, o co mi tak zawzięcie chodzi- bezwzględny szacunek dla faktu, że małe dziecko myśli magicznie i mitycznie, a właściwie mało myśli, bo głównie czuje. Popłakałam się tam, bo… uświadomiłam sobie, jak bardzo świat kocha małego chłopca o imieniu Felek. I jak ja mu w pewnym sensie zazdroszczę, że może sobie być po prostu, jednocześnie ciesząc się, że dana jest mi możliwość, a właściwie póki co, konieczność towarzyszenia mu w tym niesamowitym odkrywaniu wszechświata. Przypomniałam sobie, jaki był, gdy miał roczek, półtora, dwa latka. Jaki to pęd, ile różnic, co za wyzwanie dla mnie, odpowiedzialność. Nie za to, by ślepo podążać za wytycznymi odnośnie np. pielęgnacji przy kąpieli, nauczyć hiperpoprawnego zachowania przy stole i siedzenia cicho w pociągu podczas podróży. Być obok (!!)- nie trzy kroki przed, by chwalić się, że wiem wszystko lepiej, nie dziesięć za, manifestując, że nic mnie to nie obchodzi- ale właśnie obok, by spokojnie napawać się jego samodzielnością, w razie czego łapiąc za rączkę. Zachwycać się… jego zachwytem. Sentymentalnie dzisiaj, ale na prawdę, piękne to było i urządziło mi dzień. A i synkowi, który od razu po wyjściu pytał, czy ,,jesce kiedyś pójdziemy do teatsyka?”… Dla porówniania, tematu kina do dziś nie porusza. Obiecałam mu, że na pewno do teatrzyku pójdziemy, pytając prowokacyjnie: ,,A do kina też z mamą pójdziesz?”. Odpowiedź: ,,lepiej nie!” ostatecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że na temat życia kulturalnego moje dziecko ma już zdanie wyrobione. I dobrze. Ja też wolę teatrzyk. W kinie to mogłam się popłakać, ale ze złości.

   Jak wygląda taki wypad od strony logistycznej? Nastawiam sobie budzik tak, by mieć ok. 90 min do wyjścia. Z reguły Felek i tak wstaje wcześniej, ale nie zawsze. Mróz, więc najpierw kroki swe kieruję do…farelki, bo w mieszkaniu 16-17 stopni. Mleko dla synka- opóźnienie 5 minut już powoduje u niego moment zwątpienia w sens życia a tego wolę uniknąć o tej newralgicznej porze. Mikrofala- wynalazek, bez którego nie wyobrażam sobie egzystencji. Dobra, ubieram się. Felek wypija mleko i wyskakuje z łóżka, bez celu pędząc boso na lodowate kafle. Łapię go w locie, ubieram, on wierzga i wydaje z siebie różne dźwięki, co oczywiście generuje już pojękiwania z łóżeczka niemowlęcego. Cyc. Pielucha. Siusiu. Kawa, gazeta. ,,Jestem głodny”, suchy kaftanik dla Lilki, łyk kawki, kanapka z parówką (Felek zdążył zjeść ser, który wcześniej położyłam sobie na kawałku chleba), Lilka do taty (ten element poranka niebawem zostaje wycięty…), smoczek, klocki, puzzle, nie ma mnie, bo nurkuję w łazience, gdzie staram się doprowadzić do wyglądu pozwalającego pokazać się na dzielni. Gdy zbliża się godzina zero, ubieram najpierw Felka, potem siebie i wyruszamy, zabierając ze sobą wózek. Na dworcu, gdzie oczywiście windy ani podjazdów nie ma, proszę Felka, by zszedł sam (powoli! uważaj! po mału!- a i tak miękną mi nogi ze strachu), a ja pędzę z wózkiem. Wracam po dziecko. Do góry to samo, czasami ktoś pomoże. Dziś jakaś przemiła pani zaniosła mi wózek sama po schodach i na dół, i potem do góry. Nie musiałam Felcia zostawiać- wielki bless dla tej pani! Zapomniałam dodać, że po drodze muszę jeszcze skoczyć do bankomatu, po soczek i coś na przekąskę, gdyż bez tego żadna wyprawa nie może mieć racji bytu.

   Na peronie jesteśmy z reguły na styk. Wejście do pociągu- staram się zminimalizować zagrożenie, wózek jedną ręką (jak wyżej- CZASEM ktoś pomoże), drugą dziecko, bezpieczniej mieć już ten manewr przygotowany i malca usadowić sobie pod pachą. Hamulec na wózku, siadamy, wyciągamy ciasteczka. Rozmawiamy, śmiejemy się w głos i rysujemy paluchami po zaparowanej szybie. To są cudowne momenty, błogosławione wręcz- w domu nad moim czasem panuje Lilka, a w związku z nią o budowaniu duchowej więzi trudno coś na razie powiedzieć (tu powienien być odnośnik: opieka nad niemowlęciem wciąż jest dla mnie uciążliwa i nie daje tyle radości, ile powinna… Jestem trochę moim młodszym aniołkiem zmęczona, ale co zrobić? Powtarzam sobie jak mantrę, że czas nam sprzyja i nawet wiosna kiedyś przyjdzie)…  Felek śpiewa, ja mu czasami nawet cicho zawtóruję. Ludzie się gapią, nie dbam o to, Felek się kula po siedzeniu, byle tylko nie naniósł błota na tapicerkę, jest wesoło, jemy krakersy. Ja na prawdę tego mojego synka lubię. Kocham jako mama, to oczywiste, ale lubię jako kompana do wycieczek. Fajny jest, mówię wam. Tak właśnie logistycznie oceniam nasze wypady!

6 myśli nt. „Afrykańska Przygoda

    1. Marysia Autor wpisu

      wiem… tylko teraz czasami zdaje się,że to nigdy nie nastąpi! Ale po Felciu już widzę, że z jęczących bobasków wyrastają wesołe dzieciaki, więc szansa jest:)

      Odpowiedz
  1. Justyna

    Zanim w ogóle zacznę czytać.. chciałabym zwrócić uwagę na to, co mi się rzuciło w oczy zanim jeszcze wzrok skierowałam na literki. Proszę zobacz jaką niezadowoloną minę ma twoja córcia po ubraniu jej tej różowej (ble) bluzy ;p hehe a teraz czytać mogEM ;D

    Odpowiedz
  2. Justyna

    kompan srompan ;p hehe nie przytaknę póki nie doświadczę na własnej skórze ;p ale za to stwierdzam stanowczo, że do zostawania sam na sam ze mną w domu znakomicie się nadaje ;D

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Ona ma taką minę i nie zależy to od koloru lecz od częstotliwości niuńkania jej za dnia… A gdy jest Feliksik, nie pozwala na przesadne zwiększanie tej częstotliowści:( A kompan jest ekstra,Justysiu, wybierz dowolne wydarzenie kulturalne dla dzieci w trójmieście, zabierz go, dam wam na bilety i ciastka, dostaniecie moje błogosławieństwo i kanapki na drogę ;p

      Odpowiedz

Odpowiedz na „KasiaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>