Miesięczne archiwum: Marzec 2012

Rozterki, roztereczki

Ostatnie dni to dla mnie pasmo udręk. Powody- zarówno realne, jak i wyimaginowane, złożone wszystkie razem sprawiają, że z trudem zbieram myśli.  Wewnętrzne rozdarcie między życiem i wirtualną rzeczywistością, gdzie rodzicielskie kompleksy mają najlepsze na świecie warunki do bujnego rozwoju. Wzbranianie się przed porównywaniem własnego dziecka z cudzymi i kompulsywne czynienie tego… Jak bulimia. Nie chcesz, rzygasz tym, ale się napawasz. Wreszcie wyboista droga do zaakceptowania wszystkiego, co cudowne, ale pozornie trudne, wiodąca przez porównanie go do… siebie. I bolesne uzmysłowienie sobie, jak wiele prawdy jest w tym, że w innych ludziach najbardziej drażnią nas własne cechy.

Już za kilka dni wylatujemy. Cień myśli o tym, co może się zdarzyć na lotnisku albo w samolocie, paraliżuje mnie. Staram się o tym nie myśleć, ale to jak powstrzymywanie się od oddychania. Niby nie chcę, samo się robi. Nie uniknę całej wylotowej akcji, pobudki przed 4 rano (lot o 6), pielgrzymek od odprawy do bramki (a może na odwrót? najgorsze, że nie mam pojęcia, gdzie co pierw i na czym się kończy), niesienia Lilianny w chuście przy jednoczesnym taszczeniu plecaków i pchania wózka z Felkiem. Wiele już z moim synkiem przeszłam. Wiele mi udowodnił, wiele razy zachwycił. Ale mimo tego nigdy nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji na nowość i stres. Ostatnio histeryzuje przy myciu włosów. Banalne, może nawet niektórych to rozśmieszyć, że uważam to za problem. Proszę sobie zatem wyobrazić, że co jakiś czas przychodzi ten moment i muszę mu te włosy umyć (chociaż częstotliwość staram się ograniczać do minimum na prawdę niezbędnego) i wtedy dochodzi do scen, których opisywanie nie bawi mnie. Nie kończy się na ryku, a wierzcie mi, iż ten jest przerażający. Nawet teraz, na wspomnienie ostatniej kąpieli z myciem łba, trzęsą mi się ręce. Ranny byk, to jedyne porównanie jakie przychodzi mi do głowy. Mokry, śliski, ślepy, szesnastokilowy żywioł nie do opanowania. Stwarzający zagrożenie dla siebie i innych. I nie myślcie, że nie zapoznałam się z zajebistymi radami matek, których dzieci także nie lubią myć głowy. Mogę je wyrecytować. Mimo to niedawno w tym cholernym kiblu mało nie doszło do tragedii. Aż mnie zatyka, jak pomyślę sobie, że podobna scena rozegra się na lotnisku, np. podczas wchodzenia do samolotu. Tylko że oprócz Felka, będę musiała jeszcze wnieść Liliannę i trochę balastu.

Żeby umilić sobie życie a czas szybciej leciał, niemal codziennie (tradycja której radykalne ucięcie nastąpi po przeprowadzce do Anglii na stałe) kogoś odwiedzamy. Przy okazji kawki, ciast i obserwacji wspólnego rozpieprzania wszystkiego (nie ukrywam, że zdecydowana większość tych odwiedzin ma miejsce w domach z dziećmi) walczę z niską rodzicielską samooceną, bo każdy wydaje mi się bardziej ogarnięty niż ja sama. Jadę do Eweliny i wracam zdołowana, bo w szoku jestem, jak perfekcyjnie opanować można żywioł dwóch przedszkolaków i godzić to z pracą na uczelni pięć miast dalej. Od Michaliny kulam się z przekonaniem, że żadna ze mnie matka, bo nie zrobiłam swojemu dziecku domku dla dinozaurów z firan i lampek choinkowych. Stres, tęsknota i nieustanna schizofrenia internetowa (fejs i jego rodzicowe fora- to powinno być zabronione ustawowo) doprowadziły mnie oto na skraj załamania światopoglądu i samopostrzegania. Podam przykład- na stronie jednej z rodzicielskich społeczności trwa dyskusja kobiet na temat najlepszej pozycji do rodzenia. Stajlowe gloryfikują pion. Moje wspomnienia nie pozwalają mi jednak na przychylność opiniom, że leżenie jest passe (niezdrowe, nienaturalne, za mało eko, niewygodne, bolesne, ZŁE), czemu dałam wyraz, bo lubię (a może czuję przymus) się udzielać w takich ,,rozmowach”. Spotkała mnie krytyka- czaicie? Za to, iż ośmieliłam się napisać, że DLA MNIE pozycja leżąca podczas porodu była dobra i nie miałam marzeń, by podskakiwać, gdyż zajmowało mnie raczej to, czy mam w razie czego gdzie się porzygać. Przez chwilę poczułam wyrzuty sumienia, że jestem taka beznadziejna, bo uważam moje leżące porody w dodatku w szpitalu (!!!) za względnie komfortowe. Jednak ta krytyka właśnie uświadomiła mi, jak absurdalne jest to, co mnie dręczy. Jak ktoś kto mnie nigdy nie widział, może lepiej wiedzieć niż ja, co jest dla mnie wygodne, co bardziej, a co mniej rozdzierające na strzępy, co lepsze, a co gorsze?! I w ten oto sposób z jedną rzeczą a mianowicie kompleksem wobec rodzicielskich trendów online, prawie się uporałam. Teraz aktualnie walczę z murem dla bezwarunkowej akceptacji rzadkich wśród trzylatków cech charakteru i zachowań mojego syna, jaki stanął w mojej głowie, gdyż nie wiedzieć skąd naszły mnie niepokoje, czy aby to w porządku, że Felek jest osobą skrajnie zachowawczą, nieufną wobec nowości i preferującą raczej samodzielne, za to dziwnie (jak na ten wiek) intelektualne i zawstydzająco odkrywcze zabawy zamiast wariowania. I stwierdzam kategorycznie, iż jest to w porządku. Ale muszę pozamiatać po huraganie, jaki w moim mózgu przeszedł w związku z przemyśleniami na ten temat…

PS. Lilianna Małgorzata kończy jutro pół roku. Kto tego nie doświadczył, nie ma pojęcia, jak zmienia się wszechświat gdy nowe życie wkracza do akcji i jest. A jak już pełza po dywanie, to ho ho!- wszechświat sam nie wie, co o tym myśleć…

Łyżeczkowy rock&roll…

   Ciągle odwlekam moment, w którym postanowię, że od teraz Lilianna będzie jadała regularnie co innego niż zawartość cyca. Owszem, od ok. 2 tygodni codziennie znajduję w sobie tyle siły, by dać bobasowi obiadek. Ale jakieś kaszki, deserki- tylko nie to! Każdy bowiem posiłek, podany łyżeczką to dla mnie miliard dodatkowych czynności, calutki pokój zachlapany zupą, dziecko wymagające kąpieli (!) i conajmniej tysiąc kalorii w odwrocie (to akurat dobrze, ale chciałam zobrazować, ile energii mnie kosztuje apetycik mojej ślicznej corci).

   Porę obiadową też każdego dnia odkładam ile się da. Wiem, że aby to przetrwać, muszę koniecznie wypić drugą kawę, a czasami także się zdrzemnąć. Gdy nadchodzi godzina zero, biorę głęboki oddech. Wyjmuję z szufladki ,,czysty” śliniak (nie mam całkiem czystych, może lepiej pasowałoby tu określenie ,,świeżo wyprany”) i zakładam na szyjkę Lileczki. Ona już wie, o co chodzi. Wyraźny błysk w jej oku, powodowany snutymi w złotej główce wizjami mej kaźni a także zaspokojenia głodu, sprawia, że odwracam wzrok. Od tej chwili traktuję sytuację wyłącznie zadaniowo i nie pozwalam sobie na zbędne emocje. Budda rules i do przodu. Wyjmuję z lodówki zapasteryzowany pieczołowicie przez moją mamę słoiczek z warzywno- mięsną papką (moja mama powinna założyć interes, który gerbera i inne bobovity zmiótłby z rynku w ciągu miesiąca) i wydrapuję do miseczki. Mikrofala robi swoje i już mogę skierować swe kroki do bujaczka z Lileczką. Śliniak już oczywiście dawno zdjęty i totalnie ośliniony, więc zakładam jej nowy albo tamten ponownie. Jest to właściwie sztuka dla sztuki, ponieważ podczas jedzonka moja maleńka brudzi się CAŁA. Nie, że buzia naokoło, czy rączki. Wszystko. Absolutnie dosłownie Lilunia jest w żarciu od stóp do głów, wraz z otoczeniem, czyli bujaczkiem, dywanem i mną. Trochę mnie to dziwi, bo chociaż zdaje się, iż nic nie trafia do małej mordki, to jednak widok mielącej żuchwy, odgłos przełykania a potem zawartość pieluchy bardzo zdecydowanie świadczą o sporej ilości pokarmu przemyconego w delikatne trzewia. Ale dość teorii, czas na praktykę. Sadowię się na klęczkach przy wpatrzonej we mnie laleczce. Śliczna ci ona, jak sto diabełków. I jaka cwana. Nakładam pierwszą łyżeczkę (druga leży obok, zaraz powiem po co), co wywołuje ekstazę w niemowlęciu. Podskakuje jak rażone paralizatorem, dyszy i patrzy w wyprofilowany kawałek różowego (a jakże) plastiku jak sroka w gnat. Paszczy nie otworzy. Więc dla zmylenia przeciwnika kręcę kółka łyżeczką nad jego główką, co by ekstazę jeszcze wzmocnić i tym sposobem sprowokować do otworzenia jamy gębowej. Gdy to następuje, delikatnie, ale zdecydowanym ruchem wsuwam łyżeczkę między gołe dziąsła. Na kilka sekund obserwujemy zwolnienie pracy neuroprzekaźników i mielenie pokarmu. Jednakże nie wolno dać się zmanipulować tym słodkim widokiem, bo chwila nieuwagi i już- łyżeczka wyrwana, a kropelki zupki, które nie zdążyły w tym morderczym wyścigu osiągnąć swego celu i przemknąć do buzi, lądują gdzieś w promieniu pół metra. Do tego małe zgrabne paluszki zaciskają się na łyżce i właściwie bez zadawania bólu dziecku nie można jej odzyskać. Ale głupich nie ma! Przecież dodatkowa łyżeczka czeka w pogotowiu. Baczność! Spocznij! Na akcję marsz!

   Kilka nadspodziewanie spokojnych kęsików, po czym jednak wewnętrzny przymus machania rączkami zwycięża. Co gorsza, bezpieczna przystań wszystkich niemowlęcych łap, czyli rozwarta paszcza, i tym razem okazuje się niezastąpiona. Resztki jedzenia z miejsc okołogębowych osiadają jak szarańcza na nadgarstkach i już wiem, co to oznacza. Wiadomo, że skoro rączki odwiedziły buźkę, to teraz konsekwencja nakazuje spotkanie z nóżkami. Świeżozdobyta umiejętność- łapanie się za paluszki u nóg- właśnie teraz musi być gruntownie przećwiczona. W ten sposób ekspansja zupy dokonana zostaje jeszcze dalej. Aby nie osiąść na laurach, Lileczka kompulsywnie fika (by nóżki też miały swój wkład w usyfianie terenu) i wymachuje czym się da. Także przechwyconą wcześniej łyżeczką. Sytuacja się normuje, gdy niebieskie oczki dostrzegą kolejną wypełnioną łyżkę nad sobą. Dla zmiany orientacji w działaniu dziecko uspokaja się i otwiera buzię. Natychmiast po załadowaniu jednym szybkim ruchem wysportowana kobieta wpycha możliwie największy kawał śliniaka między ozor a podniebienie. Tym sposobem cały śliniak jest już sraczkowato- żółty. Fiknięcie, machnięcie i reszta ubrania pławi się w zachecającym kolorku. Żeby nie było za nudno, w tym momencie, wskutek nadmiaru ruchu podczas jedzenia, następuje potężne ulanie. Zupa wkrada się w najbardziej skryte zakamarki fałdek na szyjce i pod paszkami. I już nic nie jest takie, jak dawniej…

   Kolejne podejście i znowu parę pełnych łyżeczek bezproblemowo osiąga zamierzony cel. Ale nic co piękne, nie trwa wiecznie. Druga łyżeczka korci małe rączki i po chwili zostaje mi bezpardonowo zabrana. Nie mam żadnej, więc idę po trzecią do kuchni lub czekam na zmiłowanie. Bo po jakimś czasie morderczy uścisk się zwalnia, czasami do tego stopnia, że śliska, pokryta zupą i śliną łyżeczka sama znajduje drogę do wyjścia i ostatecznie jest możliwość podjęcia kolejnej próby nakarmienia maleństwa. Ale zanim to następuje, zdarza się i tak, że Lilunia popłacze się rzewnie. Dlaczego? Ano dlatego, że gdy już dzierży te 2 łyżeczki i ściska je tak strasznie, traci dużo energii i nachodzi ją głód. Grzecznie otwiera buzię a tu nic! I wtedy ekspresowa wycieczka do kuchni po trzecią łyżkę jest nieodzowna. A gdy już zawartość miseczki znika i obie jesteśmy całe uwalone zupą, biorę dziecko na ręce. I idę z nim do łazienki. Ale toaleta Liluni to już całkiem osobna historia…

Bajki, plastelina,krawaty,dwa wariaty…

   Tak oto w skrócie można by opisać mój dzisiejszy dzień. Otóż wybrałam się z Felkiem i Maksiem do Gdyni na Multi Kulti Bajkowanie-fajną minimprezkę dla dzieci w wieku 3-8, w programie (w założeniu) czytanie bajki, rozmowa o niej, potem zajęcia plastyczne powiązane tematycznie. Dziś motywem przewodnim były Bałkany, czyli w sumie krąg kulturowy bardzo mi bliski. Wiedziałam, że tam pojadę jak tylko znalazłam w internecie info. Udało mi się nakłonić babcię do opieki nad Lilką, wzięłam chłopaków i w drogę!

   Pojechaliśmy tam autobusem, że tak powiem, międzymiejskim. Dzieciaki dokazywały, ile się da. Nawet pomyślałam, że o, moje dziecko się rozbrykało, to może trochę życia w większym gronie, już w księgarni, gdzie Bajkowanie miało się odbyć, też okaże. Ale gdzie tam. Na szczęście ja już wyrosłam z porównywania go do innych dzieci. Byli tam też znajomi ze swoją parką (6 i 3), o dziewczynce wiedziałam, że delikatnie mówiąc, naenergetyzowana, ale to co zobaczyłam, powaliło mnie!! Mała opanowała trudną sztukę multilokacji, była też chętna do dzielenia się swoją wiedzą praktyczną na ten temat z innymi dziećmi. Efekt: rozgardiasz na poziomie dla mnie nieznanym dotychczas! Oczywiście nie tylko Nevenka wariowała, ale i większość innych obecnych tam maluchów, łącznie z Maksiem. Natomiast statyczna postawa Felka musiała budzić pomruk ,,jakie grzeczne/zahukane/ciche/dziwne dziecko”. Nie, żeby ,,nie ściał tam być”, czy coś w typie: ,,nie lubię dzieci”. Nie. Mój synek gdy miał siedzieć, to siedział, gdy miał lepić to lepił, gdy miał być cicho to względnie był. Gdy kazałam mu iść po coś do pani, to szedł (nie bał się) tylko był oburzony i zniesmaczony, że pani go nie słyszy, gdy np. prosił o klej (w jego wykonaniu wyglądało to tak, że otoczony nieziemskim hałasem stał za klęczącą animatorką i słodkim głosikiem mówił ,,poplosę klej”, a jako, że z oczywistych względów nie otrzymywał tego, o co prosił, czerwony i zniecierpliwiony, patrząc na mnie, bliski płaczu pytał ,,No cemu pani mi nie daje kleja?”). Gdyby był najmłodszy, miałabym od razu usprawiedliwienie, ale i podobne jemu trzylatki potrafiły zawalczyć o swoje, latać, ganiać i piszczeć. Piszę o tym, żeby zaznaczyć, że dobrze jest się wyzwolić. Na swoim przykładzie mogę podać kolejny przykład swego rodzaju przemocy stosowanej wobec dzieci. Otóż gdy zauważamy, że w jakiś sposób różnimy się od grupy ludzi, w której się znaleźliśmy lub ją obserwujemy, od razu skłonni jesteśmy w duchu uznać, że ,,wszyscy tutaj są nienormalni”, gdy jednak porównamy do innych maluchów swoje własne dziecko, zaraz zaczynamy zastanawiać się, czy aby z nim wszystko w porządku. Naturalnie nie generalizuję, ja tak miałam, źle mi z tym było, przeszło. I moje dziecko nie słyszy ,,no idź do dzieci/ no pobiegaj/ no dalej, zrób wbrew sobie coś jeszcze, żeby mamusia mogła zrobić fotę i wrzucić na fejsa”. Koło mojego dziecka siedzę, trochę z boku, ale jednak, chociaż inni rodzice wygodnie tkwią sobie na przeznaczonych do tego celu krzesłach. U nas by tak nie było. Gdybym w oddali na krześle spoczęła, to Felek niechybnie zapuściłby korzenie na moich kolanach i już w ogóle by nie uszczknął nic z tych atrakcji… Nie mylić tego wszystkiego ze słuchaniem bajki i wykonywaniem poleceń animatorki. Bajka nie wiem o czym była, bo skupiona byłam na Nevence, zaczarowała mnie dosłownie, a poza tym Felek mniej lub bardziej konspiracyjnym szeptem bez przerwy informował mnie, co tam widać na kartkach otrzymanej książeczki (dzieciaki dostały takie fajne kolorowe publikacje o różnych krajach Europy), chociaż bynajmniej go nie pytałam. Próbowałam zwrócić jego uwagę na czytaną bajkę, ale miał to gdzieś. Kilka razy zapytał mnie: ,,Mamo, a cemu dzieci są takie złe?”. Widząc znak zapytania wymalowany na mej twarzy, dodawał: ,,Cemu dzieci lobią taki hałas, ze nie słychać głosu?”. Co ja miałam mu powiedzieć? Że jest tak, gdyż dzieci są dziećmi i szaleją, czas by to pojął i do nich dołączył? Miałam kiedyś odpał, że nachodziły mnie takie myśli. Teraz też mnie nachodzą, dlatego o tym piszę, ale luz na bani mam już niemal totalny. Pani daje dzieciom plastelinę, mają lepić węża. I znowu system szwankuje, bo o ile nawet te najbardziej szalone (węża Nevenki nie zarejestrowałam, ale znakomita większość reszty próbowała) jakoś starały się wpłynąć na kształt plasteliny i słowo ,,wąż/wąz” przewijało się z ogromną częstotliwością, odmianiane przez wszystkie przypadki, to Felek nie dał się przekonać do wykonania zadania, zafascynowany plasteliną (jego miłość totalna od kilku dni) zabiera Maksiowi jego część (ryk, działania naprawcze, ratunek ze strony animatorki, ale Felek plasteliny nie oddał) i tworzy kulę, breję, owale i prostokąty, ale na pewno nie węża. Nawet pani do niego przyszła i zaproponowała pomoc w lepieniu gada, on z aplauzem na to przystał, a jak tylko dziewczyna zgrabny rulonik machnęła, ten natychmiast, jeszcze na jej oczach, z powrotem go zdeformował, bawiąc się przy tym setnie. Robili też krawaty z kawałków materiału. Każdy dostał wycięty krawat, z pomocą kleju i różnych ozdobników mieli te krawaty ulepszyć i potem pani pomagała dzieciakom je ubrać. Felek za moją zdecydowaną namową (szczegóły już zdradziłam wcześniej, chodził do tej pani aż wychodził, a potem kleił u mnie na kolanach…) 2 krawaty spreparował, ale jak miał je założyć to w życiu. Nie i koniec, w ogóle gadki nie było. Żadnych krawatów, koniec, idziemy na chatę. I dalej Maksa ciągnąć za rękę ze słowami ,,koniec zabawy”. Ten w płacz okropny, bo w kolejce stał do pani, by mu krawat założyła. No po prostu odjazd. Co gorsza, Felek w śmiech. Bardzo zabawne, ukochany kuzynek płacze z jego powodu, a ten ma frajdę. Oczywiście zaczekaliśmy na Maksia aż pani go wystroi. Gustowny karminowy dodatek zawisł dumnie na małej szyi. I zagrała gitara :)

   Jeśli miałabym podsumować, to na pewno bilans wyjazdu dodatni. Odpoczęłam trochę od Lilki (została z babcią, była bardzo grzeczna, spała na spacerku i wydudliła butlę, babcia zaoferowała nawet że będzie z nią chodzić na spacery tak po prostu, a to dowód na szczerość zeznań w temacie niekłopotliwości mej córy…), tego wiecznego grzechotania, przewijania, karmienia, wycierania i przebierania. Chłopaki znowu mieli jakąś odmianę. Ja i tak tych wszystkich atrakcji dla dzieci poszukuję ze względu na siebie. Robię wszystko co mogę, by każdy dzień w czymkolwiek różnił się od poprzedniego (nie dotyczy kwestii co na obiad i co na siebie włożyć), bo dostrzegam w tym sens życia. Swojego. Wcale nie uważam, że Felek lepiej bawi się, kulając plastelinę w księgarni w Gdyni, niż gdy robi to w domu w Rumi, ale mnie przynajmniej cały kolejny dzień zleciał i już go nie ma. Dzieci są o jeden dzień starsze, robi się bliżej do wylotu, do lata, do etapu, w którym młodzież będzie się razem bawić albo zostanie u babci na noc i będzie spokój (ja już zapominam, co to słowo oznacza). I otworzymy sobie z Marcinkiem szampana!