Dzienne archiwum: 1 marca 2012

Dziecko moze się pozłościć!

   Wczoraj mój synek miał napad histerii. Ani to nowe, ani dziwne, chodziło jak często w takich przypadkach o ciuchy. Mniej więcej od lipca ub. r. moje dziecko zwraca nienaturalną wręcz uwagę na to, w co chcę je ubrać. Od tego czasu nie pozwolił ubrać na siebie nic, co ma guziki, ale bywały też inne etapy nienawiści do konkretnych wzorów czy rodzajów odzieży. A więc Feliksik awanturował się już przy paskach, zwierzątkach i koszulkach ze śladowym choćby kołnierzykiem. Czasami nienawidzi dżinsów, a czasami kapturów. Właściwie tylko rajstopy zawsze darzył niepojętą dla mnie admiracją. Jeśli o mnie chodzi, to jest mi zupełnie obojętne, cóż on ma na sobie, byle odpowiadało to mniej więcej aurze w domu (w czasie mrozów mieliśmy tu 16 stopni, więc latanie na majtkach wyłączone) i na zewnątrz. Od kilku dni jednak mój synek przechodzi sam siebie i już w ogóle nie chce się rano ubierać. ,,Cały cas w pizamce scę być!!!” to hasło numer jeden. Ciepło już, żeby nie udowadniać chłopcu swojej przewagi zakładam mu na nogi skarpety i kapcie i pozwalam latać w piżamce aż nadejdzie moment wychodzenia na dwórek- czyli z reguły w okolicach 10.00, albo temperatura w domu spada poniżej 20 stopni. I wtedy się zaczyna. Zdarza się, że wystarczy zaprowadzić go do szafy i poczekać aż wybierze spodnie, koszulkę i bluzę. Bywa, że nawet szybko się z tym uwija. Ale bywają dni jak wczorajszy. Bunt przeciwko jakiemukolwiek ubraniu w cokolwiek. Argumentowanie, że on wcale nie chce się bawić, tylko spać, a przecież w piżamce się śpi (mówił to, siedząc na podłodze wśród rozwalonych zabawek- jego ochota na spanie wydawała mi się mało prawdziwa…). Dobrze- powiedziałam spokojnie- no to idziemy spać.

   Załadowałam szarpiące się dziecko do łóżka, przykryłam kołdrą i czule przytuliłam. Felek szarpał się i wrzeszczał, jak opętany, przy czym spokojnie można by w tym momencie kręcić sceny egzorcyzmów. Wrzask zarzynanego prosiaka, prężenie, wicie, próby wyrwania się z moich objęć. Gdy nabierał powietrza, mówiłam spokojnie: ,,No to już śpimy, syneczku, dobranoc”- odpowiedzią był histeryczny wrzask. Trwało to kilka minut i nagle spokój. Synek mówi z uśmiechem: ,,Dobze, juz wstajemy”, ja na to równie pogodnie: ,,Tak? Już się pozłościłeś?”. ,,Tak- odpowiada radosny maluch- kazde dziecko moze sie casami pozłościć”. Uderzyła mnie prawdziwość tych słów. Były bezdyskusyjne, niespełna trzyletnio- zabójczo szczere. Angażuję się ostatnio na stronie poświęconej akcji ,,Kocham. Nie daję klapsów”, komentując i czytając wszystko, co się da. Zadziwiające, jak niektórzy stosujący klapsy rodzice motywują swoje ,,metody wychowawcze”. Klapsy za nieposłuszeństwo. A czymże ono jest? Według tych teorii Felek powinien wczoraj dostać pasem po gołej dupie. Nie dostał. Nigdy nie dostanie, bo ja też uważam, że każde dziecko może się czasami pozłościć. Poinformowałam o tym mojego strojnisia (,,Tak, syneczku, masz rację, każdy może się czasem pozłościć), na co on odpowiedział wesoło: ,,Tak! I kazde dziecko umie skakać!”, po czym zaczął hopsać. Prawie się popłakałam. Ze wzruszenia, ale także nad smutną prawdą, że nie pozwalamy dzieciom być dziećmi, nie pozwalamy im być ludźmi. Gdybym go zlała za to, że jest ,,niegrzeczny”, bo nie słucha mnie, pani i władczyni, nakazującej mu natychmiastowe założenie ciuchów, nie przekonałabym się jaki jest mądry. A jego nieszkodliwa zupełnie złość nie przerodziłaby się w niewinne, radosne skakanie, a jedynie w poczucie krzywdy, frustrację, ból, lęk. Co było dalej? Ubrałam Felka, ubrałam Lilkę i siebie. Poszliśmy na wspaniały spacerek.

   1 kwietnia lecimy na 3 tygodnie do Marcinka. ,,To tata!”- krzyczy Felek, gdy tylko usłyszy dzwonek do drzwi, pędząc na łeb, na szyję, a mi pęka serce. On wie, że tata jest w pracy, że poleciał samolotem daleko, daleko, do cioci Krystyny i że kiedyś wróci. Nie skarży się, rozumie. Ale jak widać, nadzieja, że tata przyjdzie wieczorem i jeszcze się z nimi powygłupia, wciąż się tli w synkowej podświadomości. Co do mnie, to na codzień próbuję nie myśleć. Traktuję rzeczywistość maksymalnie zadaniowo: są dzieci, jest dom, jest góra prania, płacze jedno, wrzeszczy drugie, nie można usiąść i krzyczeć razem z nimi- ktoś musi być dzielny i to muszę być ja, bo jestem mamą. Roli tej nie traktuję, jako nadany tytuł, uprawniający mnie do wymuszania tępego posłuszeństwa, ,,dzielenia i rządzenia”, nie pretenduję do odbierania ,,należnych” hołdów. Dla mnie to wyróżnienie, które przyjmuję z pokorą i pełną mobilizacją. Przy okazji przypomniał mi się kolejny ,,wspaniały” argument osób opowiadających się za karami cielesnymi: rodzic ma prawo egzekwować konieczność brania z niego przykładu! Pomijam zupełnie kwestię, co to za przykład (odpowiedź: ZŁY!!! ale nie o tym chciałam…), ale zapytuję sama siebie: a niby dlaczego?! Może tak na prawdę mój mały synek, moja cudna córeczka są, będą bardziej wartościowymi ludźmi ode mnie? Może Felek wynajdzie lek na raka, a Lilianna zdobędzie Pokojową Nagrodę Nobla? W przeciwieństwie do mnie, która nie mam takich zasług i z tego, co widzę, mieć nie będę. I dlatego choćby na wszelki wypadek nie zamierzam pokazywać moim dzieciom, że jestem w czymkolwiek lepsza od nich. Bo nikt nie da mi gwarancji, że tak jest.