Dzienne archiwum: 28 marca 2012

Rozterki, roztereczki

Ostatnie dni to dla mnie pasmo udręk. Powody- zarówno realne, jak i wyimaginowane, złożone wszystkie razem sprawiają, że z trudem zbieram myśli.  Wewnętrzne rozdarcie między życiem i wirtualną rzeczywistością, gdzie rodzicielskie kompleksy mają najlepsze na świecie warunki do bujnego rozwoju. Wzbranianie się przed porównywaniem własnego dziecka z cudzymi i kompulsywne czynienie tego… Jak bulimia. Nie chcesz, rzygasz tym, ale się napawasz. Wreszcie wyboista droga do zaakceptowania wszystkiego, co cudowne, ale pozornie trudne, wiodąca przez porównanie go do… siebie. I bolesne uzmysłowienie sobie, jak wiele prawdy jest w tym, że w innych ludziach najbardziej drażnią nas własne cechy.

Już za kilka dni wylatujemy. Cień myśli o tym, co może się zdarzyć na lotnisku albo w samolocie, paraliżuje mnie. Staram się o tym nie myśleć, ale to jak powstrzymywanie się od oddychania. Niby nie chcę, samo się robi. Nie uniknę całej wylotowej akcji, pobudki przed 4 rano (lot o 6), pielgrzymek od odprawy do bramki (a może na odwrót? najgorsze, że nie mam pojęcia, gdzie co pierw i na czym się kończy), niesienia Lilianny w chuście przy jednoczesnym taszczeniu plecaków i pchania wózka z Felkiem. Wiele już z moim synkiem przeszłam. Wiele mi udowodnił, wiele razy zachwycił. Ale mimo tego nigdy nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji na nowość i stres. Ostatnio histeryzuje przy myciu włosów. Banalne, może nawet niektórych to rozśmieszyć, że uważam to za problem. Proszę sobie zatem wyobrazić, że co jakiś czas przychodzi ten moment i muszę mu te włosy umyć (chociaż częstotliwość staram się ograniczać do minimum na prawdę niezbędnego) i wtedy dochodzi do scen, których opisywanie nie bawi mnie. Nie kończy się na ryku, a wierzcie mi, iż ten jest przerażający. Nawet teraz, na wspomnienie ostatniej kąpieli z myciem łba, trzęsą mi się ręce. Ranny byk, to jedyne porównanie jakie przychodzi mi do głowy. Mokry, śliski, ślepy, szesnastokilowy żywioł nie do opanowania. Stwarzający zagrożenie dla siebie i innych. I nie myślcie, że nie zapoznałam się z zajebistymi radami matek, których dzieci także nie lubią myć głowy. Mogę je wyrecytować. Mimo to niedawno w tym cholernym kiblu mało nie doszło do tragedii. Aż mnie zatyka, jak pomyślę sobie, że podobna scena rozegra się na lotnisku, np. podczas wchodzenia do samolotu. Tylko że oprócz Felka, będę musiała jeszcze wnieść Liliannę i trochę balastu.

Żeby umilić sobie życie a czas szybciej leciał, niemal codziennie (tradycja której radykalne ucięcie nastąpi po przeprowadzce do Anglii na stałe) kogoś odwiedzamy. Przy okazji kawki, ciast i obserwacji wspólnego rozpieprzania wszystkiego (nie ukrywam, że zdecydowana większość tych odwiedzin ma miejsce w domach z dziećmi) walczę z niską rodzicielską samooceną, bo każdy wydaje mi się bardziej ogarnięty niż ja sama. Jadę do Eweliny i wracam zdołowana, bo w szoku jestem, jak perfekcyjnie opanować można żywioł dwóch przedszkolaków i godzić to z pracą na uczelni pięć miast dalej. Od Michaliny kulam się z przekonaniem, że żadna ze mnie matka, bo nie zrobiłam swojemu dziecku domku dla dinozaurów z firan i lampek choinkowych. Stres, tęsknota i nieustanna schizofrenia internetowa (fejs i jego rodzicowe fora- to powinno być zabronione ustawowo) doprowadziły mnie oto na skraj załamania światopoglądu i samopostrzegania. Podam przykład- na stronie jednej z rodzicielskich społeczności trwa dyskusja kobiet na temat najlepszej pozycji do rodzenia. Stajlowe gloryfikują pion. Moje wspomnienia nie pozwalają mi jednak na przychylność opiniom, że leżenie jest passe (niezdrowe, nienaturalne, za mało eko, niewygodne, bolesne, ZŁE), czemu dałam wyraz, bo lubię (a może czuję przymus) się udzielać w takich ,,rozmowach”. Spotkała mnie krytyka- czaicie? Za to, iż ośmieliłam się napisać, że DLA MNIE pozycja leżąca podczas porodu była dobra i nie miałam marzeń, by podskakiwać, gdyż zajmowało mnie raczej to, czy mam w razie czego gdzie się porzygać. Przez chwilę poczułam wyrzuty sumienia, że jestem taka beznadziejna, bo uważam moje leżące porody w dodatku w szpitalu (!!!) za względnie komfortowe. Jednak ta krytyka właśnie uświadomiła mi, jak absurdalne jest to, co mnie dręczy. Jak ktoś kto mnie nigdy nie widział, może lepiej wiedzieć niż ja, co jest dla mnie wygodne, co bardziej, a co mniej rozdzierające na strzępy, co lepsze, a co gorsze?! I w ten oto sposób z jedną rzeczą a mianowicie kompleksem wobec rodzicielskich trendów online, prawie się uporałam. Teraz aktualnie walczę z murem dla bezwarunkowej akceptacji rzadkich wśród trzylatków cech charakteru i zachowań mojego syna, jaki stanął w mojej głowie, gdyż nie wiedzieć skąd naszły mnie niepokoje, czy aby to w porządku, że Felek jest osobą skrajnie zachowawczą, nieufną wobec nowości i preferującą raczej samodzielne, za to dziwnie (jak na ten wiek) intelektualne i zawstydzająco odkrywcze zabawy zamiast wariowania. I stwierdzam kategorycznie, iż jest to w porządku. Ale muszę pozamiatać po huraganie, jaki w moim mózgu przeszedł w związku z przemyśleniami na ten temat…

PS. Lilianna Małgorzata kończy jutro pół roku. Kto tego nie doświadczył, nie ma pojęcia, jak zmienia się wszechświat gdy nowe życie wkracza do akcji i jest. A jak już pełza po dywanie, to ho ho!- wszechświat sam nie wie, co o tym myśleć…