Bajki, plastelina,krawaty,dwa wariaty…

   Tak oto w skrócie można by opisać mój dzisiejszy dzień. Otóż wybrałam się z Felkiem i Maksiem do Gdyni na Multi Kulti Bajkowanie-fajną minimprezkę dla dzieci w wieku 3-8, w programie (w założeniu) czytanie bajki, rozmowa o niej, potem zajęcia plastyczne powiązane tematycznie. Dziś motywem przewodnim były Bałkany, czyli w sumie krąg kulturowy bardzo mi bliski. Wiedziałam, że tam pojadę jak tylko znalazłam w internecie info. Udało mi się nakłonić babcię do opieki nad Lilką, wzięłam chłopaków i w drogę!

   Pojechaliśmy tam autobusem, że tak powiem, międzymiejskim. Dzieciaki dokazywały, ile się da. Nawet pomyślałam, że o, moje dziecko się rozbrykało, to może trochę życia w większym gronie, już w księgarni, gdzie Bajkowanie miało się odbyć, też okaże. Ale gdzie tam. Na szczęście ja już wyrosłam z porównywania go do innych dzieci. Byli tam też znajomi ze swoją parką (6 i 3), o dziewczynce wiedziałam, że delikatnie mówiąc, naenergetyzowana, ale to co zobaczyłam, powaliło mnie!! Mała opanowała trudną sztukę multilokacji, była też chętna do dzielenia się swoją wiedzą praktyczną na ten temat z innymi dziećmi. Efekt: rozgardiasz na poziomie dla mnie nieznanym dotychczas! Oczywiście nie tylko Nevenka wariowała, ale i większość innych obecnych tam maluchów, łącznie z Maksiem. Natomiast statyczna postawa Felka musiała budzić pomruk ,,jakie grzeczne/zahukane/ciche/dziwne dziecko”. Nie, żeby ,,nie ściał tam być”, czy coś w typie: ,,nie lubię dzieci”. Nie. Mój synek gdy miał siedzieć, to siedział, gdy miał lepić to lepił, gdy miał być cicho to względnie był. Gdy kazałam mu iść po coś do pani, to szedł (nie bał się) tylko był oburzony i zniesmaczony, że pani go nie słyszy, gdy np. prosił o klej (w jego wykonaniu wyglądało to tak, że otoczony nieziemskim hałasem stał za klęczącą animatorką i słodkim głosikiem mówił ,,poplosę klej”, a jako, że z oczywistych względów nie otrzymywał tego, o co prosił, czerwony i zniecierpliwiony, patrząc na mnie, bliski płaczu pytał ,,No cemu pani mi nie daje kleja?”). Gdyby był najmłodszy, miałabym od razu usprawiedliwienie, ale i podobne jemu trzylatki potrafiły zawalczyć o swoje, latać, ganiać i piszczeć. Piszę o tym, żeby zaznaczyć, że dobrze jest się wyzwolić. Na swoim przykładzie mogę podać kolejny przykład swego rodzaju przemocy stosowanej wobec dzieci. Otóż gdy zauważamy, że w jakiś sposób różnimy się od grupy ludzi, w której się znaleźliśmy lub ją obserwujemy, od razu skłonni jesteśmy w duchu uznać, że ,,wszyscy tutaj są nienormalni”, gdy jednak porównamy do innych maluchów swoje własne dziecko, zaraz zaczynamy zastanawiać się, czy aby z nim wszystko w porządku. Naturalnie nie generalizuję, ja tak miałam, źle mi z tym było, przeszło. I moje dziecko nie słyszy ,,no idź do dzieci/ no pobiegaj/ no dalej, zrób wbrew sobie coś jeszcze, żeby mamusia mogła zrobić fotę i wrzucić na fejsa”. Koło mojego dziecka siedzę, trochę z boku, ale jednak, chociaż inni rodzice wygodnie tkwią sobie na przeznaczonych do tego celu krzesłach. U nas by tak nie było. Gdybym w oddali na krześle spoczęła, to Felek niechybnie zapuściłby korzenie na moich kolanach i już w ogóle by nie uszczknął nic z tych atrakcji… Nie mylić tego wszystkiego ze słuchaniem bajki i wykonywaniem poleceń animatorki. Bajka nie wiem o czym była, bo skupiona byłam na Nevence, zaczarowała mnie dosłownie, a poza tym Felek mniej lub bardziej konspiracyjnym szeptem bez przerwy informował mnie, co tam widać na kartkach otrzymanej książeczki (dzieciaki dostały takie fajne kolorowe publikacje o różnych krajach Europy), chociaż bynajmniej go nie pytałam. Próbowałam zwrócić jego uwagę na czytaną bajkę, ale miał to gdzieś. Kilka razy zapytał mnie: ,,Mamo, a cemu dzieci są takie złe?”. Widząc znak zapytania wymalowany na mej twarzy, dodawał: ,,Cemu dzieci lobią taki hałas, ze nie słychać głosu?”. Co ja miałam mu powiedzieć? Że jest tak, gdyż dzieci są dziećmi i szaleją, czas by to pojął i do nich dołączył? Miałam kiedyś odpał, że nachodziły mnie takie myśli. Teraz też mnie nachodzą, dlatego o tym piszę, ale luz na bani mam już niemal totalny. Pani daje dzieciom plastelinę, mają lepić węża. I znowu system szwankuje, bo o ile nawet te najbardziej szalone (węża Nevenki nie zarejestrowałam, ale znakomita większość reszty próbowała) jakoś starały się wpłynąć na kształt plasteliny i słowo ,,wąż/wąz” przewijało się z ogromną częstotliwością, odmianiane przez wszystkie przypadki, to Felek nie dał się przekonać do wykonania zadania, zafascynowany plasteliną (jego miłość totalna od kilku dni) zabiera Maksiowi jego część (ryk, działania naprawcze, ratunek ze strony animatorki, ale Felek plasteliny nie oddał) i tworzy kulę, breję, owale i prostokąty, ale na pewno nie węża. Nawet pani do niego przyszła i zaproponowała pomoc w lepieniu gada, on z aplauzem na to przystał, a jak tylko dziewczyna zgrabny rulonik machnęła, ten natychmiast, jeszcze na jej oczach, z powrotem go zdeformował, bawiąc się przy tym setnie. Robili też krawaty z kawałków materiału. Każdy dostał wycięty krawat, z pomocą kleju i różnych ozdobników mieli te krawaty ulepszyć i potem pani pomagała dzieciakom je ubrać. Felek za moją zdecydowaną namową (szczegóły już zdradziłam wcześniej, chodził do tej pani aż wychodził, a potem kleił u mnie na kolanach…) 2 krawaty spreparował, ale jak miał je założyć to w życiu. Nie i koniec, w ogóle gadki nie było. Żadnych krawatów, koniec, idziemy na chatę. I dalej Maksa ciągnąć za rękę ze słowami ,,koniec zabawy”. Ten w płacz okropny, bo w kolejce stał do pani, by mu krawat założyła. No po prostu odjazd. Co gorsza, Felek w śmiech. Bardzo zabawne, ukochany kuzynek płacze z jego powodu, a ten ma frajdę. Oczywiście zaczekaliśmy na Maksia aż pani go wystroi. Gustowny karminowy dodatek zawisł dumnie na małej szyi. I zagrała gitara :)

   Jeśli miałabym podsumować, to na pewno bilans wyjazdu dodatni. Odpoczęłam trochę od Lilki (została z babcią, była bardzo grzeczna, spała na spacerku i wydudliła butlę, babcia zaoferowała nawet że będzie z nią chodzić na spacery tak po prostu, a to dowód na szczerość zeznań w temacie niekłopotliwości mej córy…), tego wiecznego grzechotania, przewijania, karmienia, wycierania i przebierania. Chłopaki znowu mieli jakąś odmianę. Ja i tak tych wszystkich atrakcji dla dzieci poszukuję ze względu na siebie. Robię wszystko co mogę, by każdy dzień w czymkolwiek różnił się od poprzedniego (nie dotyczy kwestii co na obiad i co na siebie włożyć), bo dostrzegam w tym sens życia. Swojego. Wcale nie uważam, że Felek lepiej bawi się, kulając plastelinę w księgarni w Gdyni, niż gdy robi to w domu w Rumi, ale mnie przynajmniej cały kolejny dzień zleciał i już go nie ma. Dzieci są o jeden dzień starsze, robi się bliżej do wylotu, do lata, do etapu, w którym młodzież będzie się razem bawić albo zostanie u babci na noc i będzie spokój (ja już zapominam, co to słowo oznacza). I otworzymy sobie z Marcinkiem szampana!

2 myśli nt. „Bajki, plastelina,krawaty,dwa wariaty…

  1. Ewelina

    Sprostowanie: To wszystko Hania, tylko Niuta przez tę swoją kreację po gałach bijącą była widoczna. „Węż” – niebieski – został we włosach i na pazurach:)
    Nam będą już odpisywać: Niestety, wszystkie miejsca już zajęte:)

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Ale ja tam na Hanię nie patrzyłam,chociaż miała kreację równie oczojebną;D nie miała bowiem w sobie tyle uroku osobistego;D co do węża zwracam honor:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>