Do lasu!

   Wczoraj wieczorem nieopatrznie zapytałam Felka, gdzie chciałby następnego dnia wybrać się z mamą i Lilką na spacerek. Spodziewałam się wyboru tradycyjnego (do palku, na duzy plac zabaw, do Maksia, do duzego sklepu czy tym podobne), ale jak zwykle moje dziecko wzięło mnie z zaskoczenia, bo zażądało wyprawy do lasu. ,,Dobrze…”- zgodziłam się niepewnie, mając nadzieję, że fascynacja lasem to tylko tak na teraz (mały od kilku dni meganamiętnie ogląda Muminki i tam motyw lasu pojawia się dosyć często) i do jutra zapomni, ale gdzie tam, o lesie słyszałam już przed śniadaniem. I nie był to miód dla mych uszu, o nie. Bo musicie wiedzieć-mimo, iż Rumia teoretycznie znajduje się dość blisko lasu, to by się do niego dostać, trzeba pokonać tory kolejowe (czytaj: wiadukt albo trasa przeszkód z zarąbistymi schodami w roli głównej) i ogromną górę, a toporny wózek z niemowlęciem plus trzylatek nie pomagają jeśli chodzi o tego typu wyczyny. Dlatego ja w tym lesie nigdy z żadnym z dzieci nie byłam. Ale obiecałam, to trzeba iść. No więc etap pierwszy: wybór drogi za tory. Przez sekundę pomyślałam, że pójdę schodami, ale przypomniało mi się, że nie dam rady przenieść tego wózka, bo jest strasznie ciężki. Przez myśl przemknął mi plan, by wrócić do domu po wózek tzw. mały, który jest lekki i który zabieram na pociągowe wojaże. Plan odpadł, bo na małym nie da się wozić dwójki. Nie, aż tak wychowawcza to ja nie jestem, wiadomo, że starsze rodzeństwo jest zazdrosne i trzeba to szanować!- odmówić synkowi wózka? W życiu. No więc wiadukt. Tylko nie mam za bardzo pojęcia, gdzie za wiaduktem jest droga do lasu. Trochę pochodziłam w tę i wew tę, analizując każdy metr chodnika, spoglądając z przerażeniem na porośnięty świerkami rumski Mount Blanc. ,,Jezusie, ja mam tam z nimi zapier…ć?!”- kołatało mi się pod wełnianą czapką. Przeszliśmy wiadukt i osiągnęłam tyle, że znaleźliśmy się po poprawnej stronie torów. Skręciłam w jakąś uliczkę, która, jak się zdawało, może nas nieco zbliżyć do lasu. Drzewa widziałam, ale potężne góry zniknęły, zostały jakieś pojedyncze, dość łagodne wzniesienia. W duchu zacierałam ręce, ale do czasu, bo nagle znaleźliśmy się w rejonie miasta, gdzie nigdy nie byliśmy. Jakieś odrapane domiska, bloki, napisy na murach w stylu ,,Wynocha!” tylko innymi słowami… Poczułam się nieswojo. Feliksik pytał bez przerwy, gdzie idziemy, ja na to, iż mam nadzieję, że do lasu. Minęliśmy jakieś podwrórka, obszczekały nas psy zza ogrodzeń, dobra, coś zielono- burego mignęło na horyzoncie, no nie wierzę, trawa, polana, ścieżka, LAS!!!

   No i się zaczęło. Felek jak odurzony latał w górę i w dół, zbierał kije, zjeżdżał na dupie z gór usianych zwierzęcymi odchodami, wybebeszał śmieci spod kilku warstw przegniłej trawy, wspinał się na połamane drzewa i z nich spadał, czołgał się pod małymi choinkami, chował się w rozmaitych gęstych zadrzewieniach, urządzał slalomy między kamieniami i lądował w błocie, gdyż chociaż ogólnie sucho, przed nim najmniejsza kropla mokrej gleby nigdy nie ma szans się ukryć. Ja za nim! Z tym wózkiem… Wózek ma tę zaletę, że jego ogromne, pompowane koła idą jak czołg po każdym terenie, także po górach i dolinach, korzeniach i ściółce. Co jakiś czas Felek znikał mi z pola widzenia, a ja oczami duszy widziałam lochę z młodymi atakującą go zza gęstwiny, więc dodawałam tempa, z czapką na oczach podnosiłam głowę, by go wypatrzeć, bo teren taki, że wózka puścić w celu poprawienia nakrycia głowy się nie dało… Boże, ale żałośnie musiałam wyglądać. Majaczył mi jasnoszary kaptur synka, to przystawałam i darłam się: ,,Felek, nie tak szybko”, co działało jak uderzenie palcatem ospałej szkapy, czyli oględnie mówiąc, kapturek przestawał majaczyć, bo włączało się przyspieszenie i Felek znikał wśrod leśnych tajemnic. Aż do czasu, kiedy pojawił się skądś pies, Felek się przestraszył, ja dostałam zawału i nareszcie była jakaś motywacja żeby wracać. Nawiasem mówiąc, z tym psem i jego walniętą paniusią mieliśmy potem jeszcze do czynienia, ale nie chcę sobie wspomnieniem o tej sytuacji humoru psuć, więc pominę rozważania na ten temat- powiem jedynie, że właścicielka była z tych, która wolność i dobre samopoczucie swojego pupila przekładała daleko ponad bezpieczeństwo ludzi. Na szczęście nic się nie stało, ale niesmak został.

   Wracając, odkryłam dość łatwą drogę i dzięki temu następnym razem nie będziemy już błądzić po jakichś podejrzanych dzielnicach, wybierając się na spacer na łono natury. Obiecałam już synkowi, że jak tylko zrobi się nieco cieplej, to zapakujemy jedzenie, picie i zrobimy sobie piknik na trawce. Jestem tylko ciekawa, kiedy synuś mnie zastrzeli nagłą nieodpartą ochotą na tenże piknik- dziś było 0 stopni, więc cieplej może być nawet jutro, o ile będzie +1. Wraz ze mną trzymajcie kciuki, żeby w najbliższym czasie w bajce o Muminkach nie było żadnych hardkorów, kąpania się w morzu, bagien ani latania na miotle.

 A z innych ważnych spraw- Lileczka w końcu, ku mej szalonej radości, zaczęła się kulać! Umie się już przewrócić z plecków na brzuszek i odwrotnie. Wygląda to pociesznie, moja córcia zrobiła się od razu pewniejsza siebie i bardziej ruchliwa, chwyta zabawki które jeszcze niedawno nie miały szans znaleźć się w zasięgu jej wzroku, a cóż dopiero rączki. Jedyne, co mnie martwi, że chyba za szybko poleciałam z jedzeniem… Chociaż miksowane owocki z kleikiem bardzo jej smakują, to jednak źle na nie reaguje, słoiczki trawiła lepiej- a jednak. Tymczasowo przystopowałam z serwowaniem jej czegokolwiek innego, niż mleko, bo miała problemy z mieleniem, dziś dostała jakiejś dziwnej biegunki, a przez to odparzeń, chociaż podczas każdego przewijania (na maksa częstego!!) urządzam jej normalnie spa&wellness… Być kobietą, być kobietą :)

5 myśli nt. „Do lasu!

  1. Dorota

    Oj, tak wybrałaś sobie nie łatwą drogę. Ja proponuję inwestycję w autobus 85 i wyprawę na Szmeltę. Po zatrzymaniu się na ostatnim przystanku, można się udac bądź w głąb lasu, bądź trasą ulicy Kamiennej, brukowanej drogi leśnej, można odbic w bardziej dzikie rejony :)
    Co do zwierząt, to ludzie często są pozbawieni wyobraźni. Dla takiego malucha samo potrącenie przez dużego zwierzaka jest niebezpieczne, a nie mówmy tu o innych zagrożeniach :(
    Podziwiam za konsekwencję :) Pozdrawiam :)

    Odpowiedz
  2. Pingback: Odczarowanie | Mama na Puszczy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>