Łyżeczkowy rock&roll…

   Ciągle odwlekam moment, w którym postanowię, że od teraz Lilianna będzie jadała regularnie co innego niż zawartość cyca. Owszem, od ok. 2 tygodni codziennie znajduję w sobie tyle siły, by dać bobasowi obiadek. Ale jakieś kaszki, deserki- tylko nie to! Każdy bowiem posiłek, podany łyżeczką to dla mnie miliard dodatkowych czynności, calutki pokój zachlapany zupą, dziecko wymagające kąpieli (!) i conajmniej tysiąc kalorii w odwrocie (to akurat dobrze, ale chciałam zobrazować, ile energii mnie kosztuje apetycik mojej ślicznej corci).

   Porę obiadową też każdego dnia odkładam ile się da. Wiem, że aby to przetrwać, muszę koniecznie wypić drugą kawę, a czasami także się zdrzemnąć. Gdy nadchodzi godzina zero, biorę głęboki oddech. Wyjmuję z szufladki ,,czysty” śliniak (nie mam całkiem czystych, może lepiej pasowałoby tu określenie ,,świeżo wyprany”) i zakładam na szyjkę Lileczki. Ona już wie, o co chodzi. Wyraźny błysk w jej oku, powodowany snutymi w złotej główce wizjami mej kaźni a także zaspokojenia głodu, sprawia, że odwracam wzrok. Od tej chwili traktuję sytuację wyłącznie zadaniowo i nie pozwalam sobie na zbędne emocje. Budda rules i do przodu. Wyjmuję z lodówki zapasteryzowany pieczołowicie przez moją mamę słoiczek z warzywno- mięsną papką (moja mama powinna założyć interes, który gerbera i inne bobovity zmiótłby z rynku w ciągu miesiąca) i wydrapuję do miseczki. Mikrofala robi swoje i już mogę skierować swe kroki do bujaczka z Lileczką. Śliniak już oczywiście dawno zdjęty i totalnie ośliniony, więc zakładam jej nowy albo tamten ponownie. Jest to właściwie sztuka dla sztuki, ponieważ podczas jedzonka moja maleńka brudzi się CAŁA. Nie, że buzia naokoło, czy rączki. Wszystko. Absolutnie dosłownie Lilunia jest w żarciu od stóp do głów, wraz z otoczeniem, czyli bujaczkiem, dywanem i mną. Trochę mnie to dziwi, bo chociaż zdaje się, iż nic nie trafia do małej mordki, to jednak widok mielącej żuchwy, odgłos przełykania a potem zawartość pieluchy bardzo zdecydowanie świadczą o sporej ilości pokarmu przemyconego w delikatne trzewia. Ale dość teorii, czas na praktykę. Sadowię się na klęczkach przy wpatrzonej we mnie laleczce. Śliczna ci ona, jak sto diabełków. I jaka cwana. Nakładam pierwszą łyżeczkę (druga leży obok, zaraz powiem po co), co wywołuje ekstazę w niemowlęciu. Podskakuje jak rażone paralizatorem, dyszy i patrzy w wyprofilowany kawałek różowego (a jakże) plastiku jak sroka w gnat. Paszczy nie otworzy. Więc dla zmylenia przeciwnika kręcę kółka łyżeczką nad jego główką, co by ekstazę jeszcze wzmocnić i tym sposobem sprowokować do otworzenia jamy gębowej. Gdy to następuje, delikatnie, ale zdecydowanym ruchem wsuwam łyżeczkę między gołe dziąsła. Na kilka sekund obserwujemy zwolnienie pracy neuroprzekaźników i mielenie pokarmu. Jednakże nie wolno dać się zmanipulować tym słodkim widokiem, bo chwila nieuwagi i już- łyżeczka wyrwana, a kropelki zupki, które nie zdążyły w tym morderczym wyścigu osiągnąć swego celu i przemknąć do buzi, lądują gdzieś w promieniu pół metra. Do tego małe zgrabne paluszki zaciskają się na łyżce i właściwie bez zadawania bólu dziecku nie można jej odzyskać. Ale głupich nie ma! Przecież dodatkowa łyżeczka czeka w pogotowiu. Baczność! Spocznij! Na akcję marsz!

   Kilka nadspodziewanie spokojnych kęsików, po czym jednak wewnętrzny przymus machania rączkami zwycięża. Co gorsza, bezpieczna przystań wszystkich niemowlęcych łap, czyli rozwarta paszcza, i tym razem okazuje się niezastąpiona. Resztki jedzenia z miejsc okołogębowych osiadają jak szarańcza na nadgarstkach i już wiem, co to oznacza. Wiadomo, że skoro rączki odwiedziły buźkę, to teraz konsekwencja nakazuje spotkanie z nóżkami. Świeżozdobyta umiejętność- łapanie się za paluszki u nóg- właśnie teraz musi być gruntownie przećwiczona. W ten sposób ekspansja zupy dokonana zostaje jeszcze dalej. Aby nie osiąść na laurach, Lileczka kompulsywnie fika (by nóżki też miały swój wkład w usyfianie terenu) i wymachuje czym się da. Także przechwyconą wcześniej łyżeczką. Sytuacja się normuje, gdy niebieskie oczki dostrzegą kolejną wypełnioną łyżkę nad sobą. Dla zmiany orientacji w działaniu dziecko uspokaja się i otwiera buzię. Natychmiast po załadowaniu jednym szybkim ruchem wysportowana kobieta wpycha możliwie największy kawał śliniaka między ozor a podniebienie. Tym sposobem cały śliniak jest już sraczkowato- żółty. Fiknięcie, machnięcie i reszta ubrania pławi się w zachecającym kolorku. Żeby nie było za nudno, w tym momencie, wskutek nadmiaru ruchu podczas jedzenia, następuje potężne ulanie. Zupa wkrada się w najbardziej skryte zakamarki fałdek na szyjce i pod paszkami. I już nic nie jest takie, jak dawniej…

   Kolejne podejście i znowu parę pełnych łyżeczek bezproblemowo osiąga zamierzony cel. Ale nic co piękne, nie trwa wiecznie. Druga łyżeczka korci małe rączki i po chwili zostaje mi bezpardonowo zabrana. Nie mam żadnej, więc idę po trzecią do kuchni lub czekam na zmiłowanie. Bo po jakimś czasie morderczy uścisk się zwalnia, czasami do tego stopnia, że śliska, pokryta zupą i śliną łyżeczka sama znajduje drogę do wyjścia i ostatecznie jest możliwość podjęcia kolejnej próby nakarmienia maleństwa. Ale zanim to następuje, zdarza się i tak, że Lilunia popłacze się rzewnie. Dlaczego? Ano dlatego, że gdy już dzierży te 2 łyżeczki i ściska je tak strasznie, traci dużo energii i nachodzi ją głód. Grzecznie otwiera buzię a tu nic! I wtedy ekspresowa wycieczka do kuchni po trzecią łyżkę jest nieodzowna. A gdy już zawartość miseczki znika i obie jesteśmy całe uwalone zupą, biorę dziecko na ręce. I idę z nim do łazienki. Ale toaleta Liluni to już całkiem osobna historia…

8 myśli nt. „Łyżeczkowy rock&roll…

  1. Kasia

    Polecam BLW. Dużo mniej stresu! Przywiozę Ci w sobotę książkę i sobie o tym poczytasz. A dla dzieci, które „jedzą” same polecam fartuszki zamiast śliniaków – takie do malowania farbkami dla 2-letnich dzieci ;) [ http://www.tomiko.pl/files//baby-ono-fartuszek-dzieciecy-36m-845.jpg ] My w takich jemy od początku i sprawdzają się super! Dziecko całe w to ubrane, nie ma prawie szansy się zabrudzić (podkreślam – prawie! :P), a przede wszystkim zmywasz folię i gotowe, nie trzeba prać i martwić się, że niedoprane :P

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Poczytałam trochę na necie.Jestem sceptyczna,bo:
      1) Cytat: ,,Należy uzbroić się w cierpliwość – zanim nowe jedzenie “znajdzie się w pieluszce”, większość z niego skończy rozsmarowana na ubranku lub tacy. Albo spadnie na ziemię – dlatego warto rozkładać pod krzesełkiem dziecka czystą matę – minimalizujemy bałagan i możemy podać ponownie to co wyląduje na ziemi)” (http://babyledweaning.pl/start/co-to-jest.html) czyli ja to rozumiem, obserwując moje dziecko,że do mniej więcej roku ono jednak za dużo w ten sposób nie zje… A ja bym mimo wszystko chciała,żeby po obiedzie było względnie nażarte, bo jak nie,to za pół godz.znów ryk za cycem?-nie mam interesu:(
      2) Zupa jest złożona z iluś tam składników-no ja przepraszam,ale codzień teraz mam osobno gotować 5 warzywek i kawał mięska i jeszcze dodatkowo łapy usmarować masłem czy oliwą żeby tłuszczyk był?;)
      3) Mam pół lodówki zapasteryzowanej zupy i wyjmuję tylko słoiczek… Moja rodzicielska filozofia to jednak BJS (bez jeb…a się).
      Podoba mi się ten pomysł ale tylko i wyłącznie jako ,,uczenie nowych smaków”- w sensie zjadłeś obiad,to masz do łapy banana i się nim smaruj. Ale chyba jako całościowy posiłek to nie wypali u nas… Weź mi Kasiunia powiedz,jak u was było,cały czas bez łyżki jechaliście? bo ja tego po prostu nie widzę:)
      PS. Tam pisze,że by próbować dziecko już musi chociażby siedzieć,a moje nie siedzi póki co:/

      Odpowiedz
  2. Ewelina

    Mam śliniak-fartuch, plastic-fantastic, można się syfić do woli a zostać czystym (rękawy tylko trza zawinąć, bo fartuch bezrękawnik. Wyciągam na widoczne miejsce:)

    Odpowiedz
    1. Ewelina

      znaleziony, czeka na nową właścicielkę, na dodatek ma kieszeń – można se schować żarło na potem:) albo też łapać w nią spływające kęski:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>