Rozterki, roztereczki

Ostatnie dni to dla mnie pasmo udręk. Powody- zarówno realne, jak i wyimaginowane, złożone wszystkie razem sprawiają, że z trudem zbieram myśli.  Wewnętrzne rozdarcie między życiem i wirtualną rzeczywistością, gdzie rodzicielskie kompleksy mają najlepsze na świecie warunki do bujnego rozwoju. Wzbranianie się przed porównywaniem własnego dziecka z cudzymi i kompulsywne czynienie tego… Jak bulimia. Nie chcesz, rzygasz tym, ale się napawasz. Wreszcie wyboista droga do zaakceptowania wszystkiego, co cudowne, ale pozornie trudne, wiodąca przez porównanie go do… siebie. I bolesne uzmysłowienie sobie, jak wiele prawdy jest w tym, że w innych ludziach najbardziej drażnią nas własne cechy.

Już za kilka dni wylatujemy. Cień myśli o tym, co może się zdarzyć na lotnisku albo w samolocie, paraliżuje mnie. Staram się o tym nie myśleć, ale to jak powstrzymywanie się od oddychania. Niby nie chcę, samo się robi. Nie uniknę całej wylotowej akcji, pobudki przed 4 rano (lot o 6), pielgrzymek od odprawy do bramki (a może na odwrót? najgorsze, że nie mam pojęcia, gdzie co pierw i na czym się kończy), niesienia Lilianny w chuście przy jednoczesnym taszczeniu plecaków i pchania wózka z Felkiem. Wiele już z moim synkiem przeszłam. Wiele mi udowodnił, wiele razy zachwycił. Ale mimo tego nigdy nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji na nowość i stres. Ostatnio histeryzuje przy myciu włosów. Banalne, może nawet niektórych to rozśmieszyć, że uważam to za problem. Proszę sobie zatem wyobrazić, że co jakiś czas przychodzi ten moment i muszę mu te włosy umyć (chociaż częstotliwość staram się ograniczać do minimum na prawdę niezbędnego) i wtedy dochodzi do scen, których opisywanie nie bawi mnie. Nie kończy się na ryku, a wierzcie mi, iż ten jest przerażający. Nawet teraz, na wspomnienie ostatniej kąpieli z myciem łba, trzęsą mi się ręce. Ranny byk, to jedyne porównanie jakie przychodzi mi do głowy. Mokry, śliski, ślepy, szesnastokilowy żywioł nie do opanowania. Stwarzający zagrożenie dla siebie i innych. I nie myślcie, że nie zapoznałam się z zajebistymi radami matek, których dzieci także nie lubią myć głowy. Mogę je wyrecytować. Mimo to niedawno w tym cholernym kiblu mało nie doszło do tragedii. Aż mnie zatyka, jak pomyślę sobie, że podobna scena rozegra się na lotnisku, np. podczas wchodzenia do samolotu. Tylko że oprócz Felka, będę musiała jeszcze wnieść Liliannę i trochę balastu.

Żeby umilić sobie życie a czas szybciej leciał, niemal codziennie (tradycja której radykalne ucięcie nastąpi po przeprowadzce do Anglii na stałe) kogoś odwiedzamy. Przy okazji kawki, ciast i obserwacji wspólnego rozpieprzania wszystkiego (nie ukrywam, że zdecydowana większość tych odwiedzin ma miejsce w domach z dziećmi) walczę z niską rodzicielską samooceną, bo każdy wydaje mi się bardziej ogarnięty niż ja sama. Jadę do Eweliny i wracam zdołowana, bo w szoku jestem, jak perfekcyjnie opanować można żywioł dwóch przedszkolaków i godzić to z pracą na uczelni pięć miast dalej. Od Michaliny kulam się z przekonaniem, że żadna ze mnie matka, bo nie zrobiłam swojemu dziecku domku dla dinozaurów z firan i lampek choinkowych. Stres, tęsknota i nieustanna schizofrenia internetowa (fejs i jego rodzicowe fora- to powinno być zabronione ustawowo) doprowadziły mnie oto na skraj załamania światopoglądu i samopostrzegania. Podam przykład- na stronie jednej z rodzicielskich społeczności trwa dyskusja kobiet na temat najlepszej pozycji do rodzenia. Stajlowe gloryfikują pion. Moje wspomnienia nie pozwalają mi jednak na przychylność opiniom, że leżenie jest passe (niezdrowe, nienaturalne, za mało eko, niewygodne, bolesne, ZŁE), czemu dałam wyraz, bo lubię (a może czuję przymus) się udzielać w takich ,,rozmowach”. Spotkała mnie krytyka- czaicie? Za to, iż ośmieliłam się napisać, że DLA MNIE pozycja leżąca podczas porodu była dobra i nie miałam marzeń, by podskakiwać, gdyż zajmowało mnie raczej to, czy mam w razie czego gdzie się porzygać. Przez chwilę poczułam wyrzuty sumienia, że jestem taka beznadziejna, bo uważam moje leżące porody w dodatku w szpitalu (!!!) za względnie komfortowe. Jednak ta krytyka właśnie uświadomiła mi, jak absurdalne jest to, co mnie dręczy. Jak ktoś kto mnie nigdy nie widział, może lepiej wiedzieć niż ja, co jest dla mnie wygodne, co bardziej, a co mniej rozdzierające na strzępy, co lepsze, a co gorsze?! I w ten oto sposób z jedną rzeczą a mianowicie kompleksem wobec rodzicielskich trendów online, prawie się uporałam. Teraz aktualnie walczę z murem dla bezwarunkowej akceptacji rzadkich wśród trzylatków cech charakteru i zachowań mojego syna, jaki stanął w mojej głowie, gdyż nie wiedzieć skąd naszły mnie niepokoje, czy aby to w porządku, że Felek jest osobą skrajnie zachowawczą, nieufną wobec nowości i preferującą raczej samodzielne, za to dziwnie (jak na ten wiek) intelektualne i zawstydzająco odkrywcze zabawy zamiast wariowania. I stwierdzam kategorycznie, iż jest to w porządku. Ale muszę pozamiatać po huraganie, jaki w moim mózgu przeszedł w związku z przemyśleniami na ten temat…

PS. Lilianna Małgorzata kończy jutro pół roku. Kto tego nie doświadczył, nie ma pojęcia, jak zmienia się wszechświat gdy nowe życie wkracza do akcji i jest. A jak już pełza po dywanie, to ho ho!- wszechświat sam nie wie, co o tym myśleć…

11 myśli nt. „Rozterki, roztereczki

  1. Justyna

    Bożesz… to kiedy ja będę mieć okazję zobaczyć te wasze mordki? a na lotnisko to jak jedziesz? mam nadzieję, że taszczenie pakunków i małych blocków samej nie będzie ci dane

    Odpowiedz
      1. Kasia

        Ale może pomóc taszczyć i nadać bagaż, i dowiedzieć się, co kiedy, i odprowadzić do samej bramki! Szkoda, że nie masz lotu 12 godzin później… ;) Nie myśl o tragediach tylko o tym, że będziecie mieli rodzinne Święta, zjecie sobie dziwny angielski sernik i pójdziecie na spacer wszyscy czworo :D To jest piękne!
        A tak a propos porównywania do innych matek, to się nie rozczulaj – jak to mawiała ś.p. ciocia mojej mamy. Jesteś najlepszą matką, jaką mogą mieć Twoje dzieci, i one Cię kochają jak nikogo na świecie, nawet jeśli urodziłaś je nie-eko, na leżąco i nie robisz im teatru lalkowego co wieczór! Mogę się założyć, że każda z tych matek, z którymi się porównujesz znalazłaby u Ciebie jakąś cechę, której nie ma, a chciałaby mieć. Każdy ma inne priorytety :) Choć z drugiej strony warto chwalić innych – ja na przykład lubie to robić :)

        Odpowiedz
  2. Dorota

    Hej, kobieto dasz radę ! Za kilka dni będziesz miała to za sobą. Bałam się pierwszego lotu z moją córką, ale okazało się, że niepotrzebnie. Weszła usiadła i spała, jak suseł. A jeśli wszystko pójdzie nie tak, to i tak złap mocno za rączkę i nie puszczaj…najwyżej współtowarzysze Cię znienawidzą …i co z tego?
    Zgadzam się z Kasią, jesteś najlepszą mamą dla swoich dzieci. A to, że dzieci nie zawsze są aniołkami? Normalne.
    Co do porodu to każda z nas ma inne doświadczenia. Ja byłam tak wyczerpana, że pozycja leżąca już mi nie przeszkadzała. Sam poród trwał tylko 2 godziny, ale przygotowanie organizmu dobę. Słuchałam, co mówią do mnie położne i starałam się wykonywac wszystko, jak mówią.
    No i co, że pozycja pionowa jest najlepsza do porodu, nasze realia są jakie są. Ludzie czasem przesadzają z tym, co dobre.

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Właśnie chodziło mi o to,że każda mama ma subiektywne odczucia co do porodu… realia czy nie,ja sobie nie wyobrażam stać czy kucać w ostatniej fazie porodu-może inne kobiety tak by wolały,ale ja nie, nawet jeśli ta pozycja jest najlepsza.Lotu się nie boję,bardziej tego,co przed… na lotnisku itd;( ale co tam,jakoś rade dam tylko stresuję sie okropnie:/

      Odpowiedz
  3. Mamanapuszczy-1

    Masz babo placek…Powiedz sobie, bo to jest prawda, tylko świat to póki co, przemilcza, że bycie TRENDY jest jak najbardziej PASSE. Ja też mam rajzefiber, mało się nie pokicham.

    Odpowiedz
  4. love's patient

    Fajnie to napisałaś. Mnie chwilami ogarnia przemożny lęk przed napisaniem czegoś na forum, zapytaniem… W mojej głowie od razu roi się od odpowiedzi urągających mi za to i owo… Ale uczę się to zwalczać, także pisząc blog.

    Odpowiedz
  5. mamanapuszczy--1

    Do mojej przedmówczyni:po lekturze dwóch wpisów na Twoim blogu doznałam uczucia błogości, że są tak wrażliwe, wyczulone i subtelne mamy…A to najtrudniejsza z ról i nie sposób się do niej zdystansować. Do „mocnych w gębie”, natomiast, można, a nawet trzeba. Jednak należy sobie uświadomić, że rady, nawet te najbardziej irytujące, nie wynikają ze złej woli, a wręcz przeciwnie. Proszę też o wyrozumiałość dla Babć, które nieźle się nagimnastykują, aby nie namieszać, bo ich wola jest najlepsza z możliwych. Wcale nie wieki temu , przeszły to samo, a nie sypiają już tak dobrze, aby się zregenerować po rodzinnych kwasach. Z wyrazami uznania dla talentu…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>