Miesięczne archiwum: Kwiecień 2012

Chrzest ziemny

Już będąc u Marcinka w Anglii testowałam Liliannę na obecność fascynacji glebą i wykryłam ją, podobnież jak u jej starszego brata, który jednak jako półroczny niemowlak na gołej ziemi kładziony nie był- pora roku nie była odpowiednia. Natomiast Lilka ma to szczęście, że już teraz może zaliczać spotkania najwyższego stopnia z przyrodą… Dzisiaj przeżyła swój ,,pierwszy raz” z naszym przydomowym ogródkiem. Słońce daje, trawa zielona, ziemia czarna, Lileczka bladoróżowo- biała, z rozkoszną przewiewną falbankową czapeczką. Koc jest, umiejętność czołgania się jak u żołnierza w okopach jest, zatem matce czas dziecko na spacerniak wystawić, a dziecku w trybie natychmiastowym z koca się wyzwolić i rozpocząć grzebanie w ziemi, które to matka wyżej wspomniana uważa za bazę swojej rodzicielskiej filozofii.

Lilka grzebie z zapamiętaniem, natomiast ja nie zapominam, iż mimo wszystko czarno- bura zawartość rączki (trawa i liście to pół biedy) nie powinna dostawać się do paszczy. Każda moja reakcja ,,tego, Niulina, nie bierz do buzi” spotyka się z buntem. Ale czysta poszewka od podusi w pogotowiu, więc wycieranie wrze. Lileczka nieszczęśliwa! Podnoszę ją i przestawiam tak, by w zasięgu wzroku było raczej to zielone. Bingo! Lileczka łapie soczysty pęk liści mniszka, napina tłuściutkie bicepsiki i tricepsiki, na pyzatej buzi maluje się wysiłek, szacunek do pracy… Pęk wyrwany niemal z korzeniami! Zamach jednak wielki, cała zielenina wraz z niewielkimi grudkami ziemi ląduje obok bobaska. Podejście numer dwa. Tym razem między zgrabne paluszki dostaje się mniej flory, natomiast bardziej przez to interesującej, bo zawierającej cieniutkie źdźbła. Kciuczek pospołu z wskazującym łapią jak maleńkie szczypeczki jedno z nich, a modre oczki przyglądają się z zaciekawieniem. Główeczka przechyla się w niedowierzaniu tak mocno, że przeważa i cały różowo-pasiasty korpusik ląduje na pleckach wśród zielska! Teraz to dopiero raj dla badaczki! Niestety mama jak zwykle stanowi ograniczenie dla nauki, bo badaczkę przekłada z powrotem na koc. Płacz!!! I kara dla mamy- w trybie ekspresowym cała garść piachu pędzi do buzi. No to galop do łazienki po mokre gaziki i usuwanie szkody- płacz, bunt i zgrzytanie dziąseł, bo ząbek bialutki jest, ale dopiero jeden.

Mama, w trosce zarówno o botanikę i geologię polską, jak o zdrowie siedmiomiesięcznego kochania, przekłada koc wraz z bobasem w rejony, gdzie nie ma ziemi, tylko bujna roślinność. Lilianka jest już jednak obrażona na tyle, że nie docenia planu. Złą do granic przyzwoitości miną informuje, że chce udać się na odpoczynek. Zdejmuję jej brudną koszulkę, wycieram raz jeszcze łapki i buzię, kładę do łóżeczka. Zasypia w 3 minuty. Bycie mamą pod koniec kwietnia to sama rozkosz:)

Refleksje na wieczór

   Wiele tematów atakuje mnie ostatnio, czuję wręcz obowiązek pisania, ale bardzo łatwo przychodzi mi również odkładanie tego na niewiadomokiedy. Kilka razy mocno mnie coś trzepnęło w rodzicielski łeb i już, już układałam w nim skwapliwie treść na stronkę, kiedy okazuje się, że jestem zbyt zmęczona po wieczornym, prawie całkiem niewinnym spacerku z siostrą albo właściwie to już dawno nie widziałam się z sąsiadem i czas to nadrobić. Ale dziś, chociaż siostra nocuje u mnie i wybrałyśmy już nawet jakąś wyjątkową zapewne komedię polską, zdecydowałam się napisać. Wszak jest o czym!

   Na przykład o tym, że byłam dzisiaj z Lileczką na szczepieniu. Miało niedawno dziecko różne problemy z wysypkami, najpewniej na tle alergicznym, toteż nie omieszkałam o tym pani doktor poinformować. Ją trudno z równowagi wytrącić, więc i tym razem się nie przejęła. Zapytała, co dziecko je. Ja na to, że wciąż ją karmię, dietę uzupełniając o zupki i owoce, czasami jakieś kaszki. Zapisała w zeszycie. Okazało się jednak, że to za mało- ,,A jakie mleko jej pani podaje?”. Ja na to, że żadne, bo ją karmię. I wiecie co? Wygięła usta w chwilowym zdziwieniu, zapisała, dalej nie pytała. A więc pani doktor- pediatra została zaskoczona, iż nie podaję siedmiomiesięcznemu niemowlęciu żadnego sztucznego mleka, bo karmione jest piersią. Zanim podejmę temat, uprzedzę wszystkich, których aż palce swędzą, by zarzucić mi umiłowanie przesady oraz ocenianie wszechświata wyłącznie z własnej perspektywy. Żadna ze mnie terrorystka laktacyjna. Każdy może sobie karmić dziecko, jak mu się podoba i mnie to nie obchodzi totalnie, chociaż wiadomo, że nie ma lepszego pokarmu dla bobasa niż mleko matki. Felka karmiłam pół roku i żadne z nas nie przejawiało ochoty, by to przedłużać, więc na tych sześciu miesiącach bez żalu poprzestaliśmy. Lilkę będę karmić dłużej, bo nie chce mi się wstawać w nocy ani o świcie, by zrobić jej butlę. Poza tym ona chce być karmiona. I lubi to. Więc nie myślę na razie o zakończeniu karmienia naturalnego ani w tym miesiącu, ani w następnym. Uważam, że nikomu nic do tego. Niemniej sytuacja, w której lekarka reaguje zdziwieniem na informację, że nie podaję małej chemii nafaszerowanej tauryną (bo to jest niestety mleko modyfikowane- każde zawiera taurynę<!!!>) budzi we mnie zażenowanie. Tylko nie wiem dlaczego. Bo wśród moich koleżanek (większość z nich jest fiśnięta na punkcie naturalnego rodzicielstwa:) ) sztuczne karmienie to rzadkość, więc mniemałam zawsze, iż tak po prostu jest. Poza tym, jak już pisałam, nie obchodzi mnie, kto i jak karmi swoje niemowlęta. Interesuje mnie moje dziecko i najlepszy z możliwych start dla niego. Bliskość, odporność, rozwój mózgu. Więc skąd emocjonalna reakcja? Ech…..

   Wracając z przychodni, byłam świadkiem spacerku przedszkolaków w parku. Jedno z dzieci na chwilę oddaliło się od grupy (hasającej po trawie) na kilka metrów. Dopadła je pani, po czym- uwaga- szarpnęła (!!!) za rękę i wrzasnęła tak głośno, że podskoczyłam będąc w odległości ok. 40 metrów od tego zdarzenia: ,,Co robisz???!!!! Gdzie chodzisz???!!!!!” Dziecku pewnie bębenki napuchły. Ja w szoku. Tu już mnie nie obchodzi, że oskarżycie mnie o generalizowanie i powiem wprost co o tym sądzę: ,,NO JA PIER…..!!!”. Ależ oczywiście, wiem, że to zapewne sytuacja jednostkowa, że przedszkole ma same plusy i w ogóle to raj na Ziemi dla każdego bez wyjątku dziecka, gdyż takimi argumentami raczą mnie przedszkolni terroryści sugerujący, iż nie posyłając Felka do placówki, skazuję go na nędzny żywot aspołecznego kretyna, w dodatku maminsynka, dzieciofoba i niepełnosprawnego człowieka niepotrafiącego trafić łyżką do buzi. Niemrawo na tego typu zarzuty zawsze reagowałam, ale od dziś mam nieco więcej pewności siebie. Któż mi zaręczy, że jakaś głupia małpa, jadąca na trójach i ślizgająca się między kolejnymi imprezami po kolokwiach i egzaminach przez kilka lat jakiejś zamulonej pedagogiki na prywatnej ,,uczelni” nie napatoczy się akurat mojemu synowi? Wiadomo, są ,,przedszkolanki” i przedszkolanki. Na dniach otwartych przedszkola wszystkie prezentują się równie apetycznie…

   Cóż, emocjonalnie dzisiaj. Dlatego, że nie wiem za bardzo, co mnie czeka w najbliższym czasie i się denerwuję. Nie wiem, kiedy zobaczę się z Marcinkiem, nie wiem, gdzie będę mieszkać za miesiąc, nie wiem, czy na urodziny Felka będzie ładna pogoda. I to wszystko powoduje, że łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Dodatkowo znowu mam tyle do załatwiania, łażenia, dzwonienia. Zaczyna się po raz kolejny jednoosobowy kierat ze słodkimi obciążnikami po obu stronach. Kocham być mamą, gdy temperatura na dwórku sięga daleko powyżej 20 stopni. Kocham planować wypady do teatrzyku, do ZOO (byliśmy ostatnio!), na Hel (w fazie projektu). Ale cała ta idealna organizacja to kolos na glinianych nogach, gdy nie ma Marcinka. Wystarczy głupie spojrzenie lekarki a ja już wątpię w ludzkość…

Pan mnie pogłaskał

Jako, że jutro już wracam do kochanego kraju i stres przedlotniczy wibruje we mnie jak silnik Tupolewa sprzed wojny, poświęcę chwilę na temat, który niedawno ponownie powrócił do mnie wraz z powiewem lęku o dziecko. O dzieci. Wiem na pewno, że jeśli ktoś skrzywdziłby któreś z nich, zabiłabym i wiedza ta nieco mnie przeraża. No wiecie, peace & love, ale jednak byłabym zdolna do pozbawienia kogoś życia. Za to jedno- za krzywdę któregoś z moich maluchów. Rozważania mam nadzieję, czysto teoretyczne, acz sprawy zboczeńców pojawiają się co jakiś czas w mediach i burzą ludzki spokój.

Wczoraj w sklepie bez powodu, odruchowo, jak to czynię często, przejechałam ręką po ostrzyżonej czuprynce mojego ślicznego synka. Akurat w tym samym momencie przechodził obok niego jakiś facet. Felonek obejrzał się i zakomunikował mi z wymalowanym miłym zaskoczeniem na opalonej buzi: ,,Pan mnie pogłaskał, mamusiu”. Przez ułamek sekundy, nim uświadomiłam sobie, że nie spuszczałam malca z oka i w sumie to ja go przecież własnoręcznie pogłaskałam, a nie żaden pan, miałam ochotę szukać drania i z pianą cieknącą po brodzie, zapytać go, czy potrzebuje przygód. W porę ochłonęłam i odpowiedziałam dość chłodno, bo jeszcze szał nienawiści do potencjalnego zboka nie minął: ,,Synku, to nie pan cię pogłaskał, tylko mama. Pan tylko przechodził kolo ciebie”. Feliksik przyjął do wiadomości i zapomniał o sprawie. Ale ja nie.

Czy trzy latka to wiek odpowiedni, by uświadamiać dziecko na tematy, które są przecież dla niego jeszcze zbyt drastyczne? Ostatnio wątek pilnowania dzieci pojawił się na zaprzyjaźnionym blogu pisanym przez kuzynkę Marcinka (http://babskiepogaduszki.pl/?p=1239) i od tego czasu co jakiś czas nachodzą mnie różne myśli. Jestem przeciwniczką chowania dziecka pod kloszem, a zabranianie mu ,,rozmowy z obcymi” uważam za niedorzeczne. Zaszczepianie lęku jest złe, ale przecież każdy wie, że ufać wszystkim nie można. Czy fakt, iż moje dziecko rozbawiła możliwość pogłaskania go przez obcego chłopa nie jest jednak trochę niepokojący? Czy źle zrobiłam, nie ciągnąc kwestii? Jak długo jeszcze on będzie ,,za mały” by o tym rozmawiać? Nie chodzi mi o przekazywanie brutalnych treści, chociaż przecież gwałcone są nawet niemowlaki, a gorszy horror trudno sobie wyobrazić. Przedszkolaki masowo padają ofiarą tego rodzaju przemocy. Bo uczone są od urodzenia, że dorosłym się nie odmawia? Bo ich ostrzejszy sprzeciw wobec tego, co im się nie widzi, spotyka się z reprymendą, klapsem, szarpaniem, groźnymi minami? I w końcu zatracają umiejętność wyrażania tegoż sprzeciwu w sposób, który akurat tutaj byłby adekwatny?

Pomyślałam sobie, że nauczę Felka tak: jeśli dotknie cię, pogłaszcze, złapie za rączkę obcy pan, masz krzyczeć. Z całej siły. Nieważne dlaczego, mały nie pojmie, ale chodzi o zwrócenie uwagi i odstraszenie ,,potencjalnego”. Ale z drugiej strony, wyobraziłam sobie ścisk w pociągu i mimowolny kontakt dotykowy z jakimś Bogu ducha winnym facetem a następnie dziki wrzask Felka. Albo kolega taty, którego widzi pierwszy raz, będzie chciał się z nim przywitać. Oczywiście lepiej tłumaczyć dziwne zachowanie dziecka komukolwiek, niż je narazić na dramat. Ale właściwie to nie wiem. Wiem, że bym zabiła, ale nie chcę mieć okazji tego udowadniać… Pilnowanie dziecka- oczywiście. Ale w końcu pójdzie do przedszkola, a naczytałam się różnorakich historii mających miejsce w przedszkolnych czy szkolnych murach. Najgorsza jest świadomość, że maluch, choćby się z nim rozmawiało tylko i wyłącznie na temat seksualnej przemocy wobec dzieci i sposobami na walkę z nią, jest bezbronny. Nie mówię już nawet o gwałcie, ale bardziej ,,miękkich” formach molestowania, jakieś podłapywanie, ekshibicjonizm, nafaszerowana erotyzmem gadka. Miałam do czynienia z kilkoma zboczeńcami w swoim życiu. Wszystkich wyśmiałam i kuraż ich opuścił. Nie byli gotowi na taką reakcję. Ale ja byłam już dorosła, gdy mnie to spotykało. Znałam trochę ludzi, trochę miałam wiedzy, trochę pogardy wobec tego, co szuka przemocy nad słabszym. Czyli to wszystko, czego kilkulatkowi tak potwornie brakuje. Na razie stawiam na wrzask, ale jak w ogóle zacząć uświadamiającą rozmowę z takim maluszkiem? Z maluszkiem, który cieszy się, że obcy facet pogłaskał go po główce- brrr, aż mnie ciarki przechodzą, gdy to wspomnę, bez kitu…

PS. Dziś pojawił się pierwszy ząbek Lilianny! Zwieńczenie 3 tygodni nieprzespanych nocy- wyjątkowo długo się skubany przebijał…