Dzienne archiwum: 8 kwietnia 2012

Dobrze mi tu…

Czuje się dobrze, gdy w miejscu, gdzie nie ma przejścia dla pieszych, rozpędzone samochody zatrzymują się, by umożliwić mi przeprawę na drugą stronę, a kierowcy uśmiechają się i machają przyjaźnie zamiast piorunować spojrzeniem wariatkę, której nikt przecież dzieci mieć nie kazał i niech se teraz radzi, a nie ruch zaburza. Wzruszam się, widząc te wszystkie udogodnienia dla wózków, dla niepełnosprawnych, sympatię wobec dzieci, ludzi do siebie nawzajem. Te wspaniałe, oblężone przez półgołe (mimo kilku stopni na plusie tu ludzie zwykli chodzić w japonkach i cienkich koszulkach gdy tylko wyjrzy słońce, podobnie ubrane są nawet bobasy we wózkach, chociaż moje w rajstopach pod spodniami i czapkach… porażka :P ) dzieciaki place zabaw. Życzliwość. Wszechobecna. W drzwiach osoba z wózkiem przepuszczana jest zawsze i przez każdego, od nastolatków, po staruszków z laskami. W centrach handlowych pokoje do karmienia czy przewijania wyposażone są w takie luksusy, że opada szczęka. Mikrofale, krzesełka, wygodne fotele dla matek, podgrzewacze, zabawki. W takich warunkach nie łapią cię wyrzuty sumienia, że masz dzieci i że zatruwasz nimi życie reszcie społeczeństwa. Tu każdy, kto ma w jakikolwiek sposób ograniczoną mobilność, spotyka się z atencją, sympatią, pomocą. Wchodzimy z przychówkiem do pizzerii i na dzień dobry nie wita nas westchnienie i zbolałe spojrzenie załogi oraz innych klientów, tylko ładnie ubrana dziewczyna rzuca się do nas z informacją, że zaraz wyszuka dla nas komfortowe miejsce. Leci po fotelik dla dziecka, pytając, czy i drugi potrzebny. W każdym kiblu przewijak. Także w męskim, co u nas jest nie do pomyślenia… Dlaczego nie jestem patriotką? Dlaczego mi tu bezgranicznie dobrze? Bo akurat jestem mamą dwójki dzieci, które są dla mnie najważniejsze. Co do innych mam, to podobnie jak w Szwecji- w każdziutkim publicznym miejscu zagęszczenie wózków dziecięcych na poziomie nienaturalnym aż. Rodziny z jedynakami to rzadkość, przeważają dwójki i trójki. Chrzanią o tym starzeniu się Europy. Starzeje się Polska. I nie dziwi mnie to wcale, ale trochę zasmuca.

Wiecie co to jest? To przyzwolenie na doznawanie przyjemności, którego w kraju nad Wisłą nie ma. Do 5 lat we wózku, po 40-stce na samochodziku inwalidzkim, bo nie chce się chodzić. Do 12 lat szaleństwa na placu zabaw, potem wiadomo co i darmowa antykoncepcja w szkołach. To nie jest zepsucie. To jest program który nie dopuszcza możliwości, że ktoś źle się czuje, jest ograniczony. Możesz oczywiście wychowywać dziecko jak chcesz, np. tak, by w wieku nastu lat nie odwiedzało łóżek wszystkich kolegów z klasy, ale jeśli ci się nie uda lub nie chce, już sztab mózgów od umilania życia zasiada, by ustalić, co dalej. Czy ja to popieram? Oczywiście, bo uważam, że każdy ma prawo do własnego wyboru. I mam silne wrażenie, że tutaj jest to oczywiste, a nie kojarzone z chorą fanaberią. Tutaj nie musisz mieć dzieci. Państwo zapewni ci wszelkie środki za darmo, jeśli tylko podejmiesz taką decyzję. Ale jeśli je masz, to także zrobi wszystko, by było ci lżej. Gdy Marcinek opowiadał w pracy, że w Polsce został zwolniony po tym, jak musiał siedzieć z chorym dzieckiem w szpitalu, słuchali tego, jak o inwazji ufoludków. Nie do końca wierząc, bo to przecież w głowie się nie mieści, ale jednak znamiona megarewelacji posiada. A mi kwaśno, że to, co u nas jest normą, tu jest kosmosem. Bo ta norma nie jest dobra. Wcale a wcale.

Święta dziś. Obkleiliśmy jajka naklejkami, a Felonek znalazł w szopce wielkie wykonane przez tatę z papierowej masy jajo z niespodzianką. Jaki on jest tu szczęśliwy, Boże… Oszalał z radości gdy zobaczył tatę. Chcemy być wszyscy razem, tyle powiem.