Dzienne archiwum: 26 kwietnia 2012

Refleksje na wieczór

   Wiele tematów atakuje mnie ostatnio, czuję wręcz obowiązek pisania, ale bardzo łatwo przychodzi mi również odkładanie tego na niewiadomokiedy. Kilka razy mocno mnie coś trzepnęło w rodzicielski łeb i już, już układałam w nim skwapliwie treść na stronkę, kiedy okazuje się, że jestem zbyt zmęczona po wieczornym, prawie całkiem niewinnym spacerku z siostrą albo właściwie to już dawno nie widziałam się z sąsiadem i czas to nadrobić. Ale dziś, chociaż siostra nocuje u mnie i wybrałyśmy już nawet jakąś wyjątkową zapewne komedię polską, zdecydowałam się napisać. Wszak jest o czym!

   Na przykład o tym, że byłam dzisiaj z Lileczką na szczepieniu. Miało niedawno dziecko różne problemy z wysypkami, najpewniej na tle alergicznym, toteż nie omieszkałam o tym pani doktor poinformować. Ją trudno z równowagi wytrącić, więc i tym razem się nie przejęła. Zapytała, co dziecko je. Ja na to, że wciąż ją karmię, dietę uzupełniając o zupki i owoce, czasami jakieś kaszki. Zapisała w zeszycie. Okazało się jednak, że to za mało- ,,A jakie mleko jej pani podaje?”. Ja na to, że żadne, bo ją karmię. I wiecie co? Wygięła usta w chwilowym zdziwieniu, zapisała, dalej nie pytała. A więc pani doktor- pediatra została zaskoczona, iż nie podaję siedmiomiesięcznemu niemowlęciu żadnego sztucznego mleka, bo karmione jest piersią. Zanim podejmę temat, uprzedzę wszystkich, których aż palce swędzą, by zarzucić mi umiłowanie przesady oraz ocenianie wszechświata wyłącznie z własnej perspektywy. Żadna ze mnie terrorystka laktacyjna. Każdy może sobie karmić dziecko, jak mu się podoba i mnie to nie obchodzi totalnie, chociaż wiadomo, że nie ma lepszego pokarmu dla bobasa niż mleko matki. Felka karmiłam pół roku i żadne z nas nie przejawiało ochoty, by to przedłużać, więc na tych sześciu miesiącach bez żalu poprzestaliśmy. Lilkę będę karmić dłużej, bo nie chce mi się wstawać w nocy ani o świcie, by zrobić jej butlę. Poza tym ona chce być karmiona. I lubi to. Więc nie myślę na razie o zakończeniu karmienia naturalnego ani w tym miesiącu, ani w następnym. Uważam, że nikomu nic do tego. Niemniej sytuacja, w której lekarka reaguje zdziwieniem na informację, że nie podaję małej chemii nafaszerowanej tauryną (bo to jest niestety mleko modyfikowane- każde zawiera taurynę<!!!>) budzi we mnie zażenowanie. Tylko nie wiem dlaczego. Bo wśród moich koleżanek (większość z nich jest fiśnięta na punkcie naturalnego rodzicielstwa:) ) sztuczne karmienie to rzadkość, więc mniemałam zawsze, iż tak po prostu jest. Poza tym, jak już pisałam, nie obchodzi mnie, kto i jak karmi swoje niemowlęta. Interesuje mnie moje dziecko i najlepszy z możliwych start dla niego. Bliskość, odporność, rozwój mózgu. Więc skąd emocjonalna reakcja? Ech…..

   Wracając z przychodni, byłam świadkiem spacerku przedszkolaków w parku. Jedno z dzieci na chwilę oddaliło się od grupy (hasającej po trawie) na kilka metrów. Dopadła je pani, po czym- uwaga- szarpnęła (!!!) za rękę i wrzasnęła tak głośno, że podskoczyłam będąc w odległości ok. 40 metrów od tego zdarzenia: ,,Co robisz???!!!! Gdzie chodzisz???!!!!!” Dziecku pewnie bębenki napuchły. Ja w szoku. Tu już mnie nie obchodzi, że oskarżycie mnie o generalizowanie i powiem wprost co o tym sądzę: ,,NO JA PIER…..!!!”. Ależ oczywiście, wiem, że to zapewne sytuacja jednostkowa, że przedszkole ma same plusy i w ogóle to raj na Ziemi dla każdego bez wyjątku dziecka, gdyż takimi argumentami raczą mnie przedszkolni terroryści sugerujący, iż nie posyłając Felka do placówki, skazuję go na nędzny żywot aspołecznego kretyna, w dodatku maminsynka, dzieciofoba i niepełnosprawnego człowieka niepotrafiącego trafić łyżką do buzi. Niemrawo na tego typu zarzuty zawsze reagowałam, ale od dziś mam nieco więcej pewności siebie. Któż mi zaręczy, że jakaś głupia małpa, jadąca na trójach i ślizgająca się między kolejnymi imprezami po kolokwiach i egzaminach przez kilka lat jakiejś zamulonej pedagogiki na prywatnej ,,uczelni” nie napatoczy się akurat mojemu synowi? Wiadomo, są ,,przedszkolanki” i przedszkolanki. Na dniach otwartych przedszkola wszystkie prezentują się równie apetycznie…

   Cóż, emocjonalnie dzisiaj. Dlatego, że nie wiem za bardzo, co mnie czeka w najbliższym czasie i się denerwuję. Nie wiem, kiedy zobaczę się z Marcinkiem, nie wiem, gdzie będę mieszkać za miesiąc, nie wiem, czy na urodziny Felka będzie ładna pogoda. I to wszystko powoduje, że łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Dodatkowo znowu mam tyle do załatwiania, łażenia, dzwonienia. Zaczyna się po raz kolejny jednoosobowy kierat ze słodkimi obciążnikami po obu stronach. Kocham być mamą, gdy temperatura na dwórku sięga daleko powyżej 20 stopni. Kocham planować wypady do teatrzyku, do ZOO (byliśmy ostatnio!), na Hel (w fazie projektu). Ale cała ta idealna organizacja to kolos na glinianych nogach, gdy nie ma Marcinka. Wystarczy głupie spojrzenie lekarki a ja już wątpię w ludzkość…