Chrzest ziemny

Już będąc u Marcinka w Anglii testowałam Liliannę na obecność fascynacji glebą i wykryłam ją, podobnież jak u jej starszego brata, który jednak jako półroczny niemowlak na gołej ziemi kładziony nie był- pora roku nie była odpowiednia. Natomiast Lilka ma to szczęście, że już teraz może zaliczać spotkania najwyższego stopnia z przyrodą… Dzisiaj przeżyła swój ,,pierwszy raz” z naszym przydomowym ogródkiem. Słońce daje, trawa zielona, ziemia czarna, Lileczka bladoróżowo- biała, z rozkoszną przewiewną falbankową czapeczką. Koc jest, umiejętność czołgania się jak u żołnierza w okopach jest, zatem matce czas dziecko na spacerniak wystawić, a dziecku w trybie natychmiastowym z koca się wyzwolić i rozpocząć grzebanie w ziemi, które to matka wyżej wspomniana uważa za bazę swojej rodzicielskiej filozofii.

Lilka grzebie z zapamiętaniem, natomiast ja nie zapominam, iż mimo wszystko czarno- bura zawartość rączki (trawa i liście to pół biedy) nie powinna dostawać się do paszczy. Każda moja reakcja ,,tego, Niulina, nie bierz do buzi” spotyka się z buntem. Ale czysta poszewka od podusi w pogotowiu, więc wycieranie wrze. Lileczka nieszczęśliwa! Podnoszę ją i przestawiam tak, by w zasięgu wzroku było raczej to zielone. Bingo! Lileczka łapie soczysty pęk liści mniszka, napina tłuściutkie bicepsiki i tricepsiki, na pyzatej buzi maluje się wysiłek, szacunek do pracy… Pęk wyrwany niemal z korzeniami! Zamach jednak wielki, cała zielenina wraz z niewielkimi grudkami ziemi ląduje obok bobaska. Podejście numer dwa. Tym razem między zgrabne paluszki dostaje się mniej flory, natomiast bardziej przez to interesującej, bo zawierającej cieniutkie źdźbła. Kciuczek pospołu z wskazującym łapią jak maleńkie szczypeczki jedno z nich, a modre oczki przyglądają się z zaciekawieniem. Główeczka przechyla się w niedowierzaniu tak mocno, że przeważa i cały różowo-pasiasty korpusik ląduje na pleckach wśród zielska! Teraz to dopiero raj dla badaczki! Niestety mama jak zwykle stanowi ograniczenie dla nauki, bo badaczkę przekłada z powrotem na koc. Płacz!!! I kara dla mamy- w trybie ekspresowym cała garść piachu pędzi do buzi. No to galop do łazienki po mokre gaziki i usuwanie szkody- płacz, bunt i zgrzytanie dziąseł, bo ząbek bialutki jest, ale dopiero jeden.

Mama, w trosce zarówno o botanikę i geologię polską, jak o zdrowie siedmiomiesięcznego kochania, przekłada koc wraz z bobasem w rejony, gdzie nie ma ziemi, tylko bujna roślinność. Lilianka jest już jednak obrażona na tyle, że nie docenia planu. Złą do granic przyzwoitości miną informuje, że chce udać się na odpoczynek. Zdejmuję jej brudną koszulkę, wycieram raz jeszcze łapki i buzię, kładę do łóżeczka. Zasypia w 3 minuty. Bycie mamą pod koniec kwietnia to sama rozkosz:)

5 myśli nt. „Chrzest ziemny

  1. Marta

    oj tak w końcu pogoda piękna i dzieciaczki moga szaleć na podwórkach :) My mamy juz dwa ząbki. Spotkania z trawka nie planowałyśmy ale po tym co przeczytałam mam nadzieję że jutro pogoda piekna będzie, kocyk spakuje i na działkę :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>