Miesięczne archiwum: Maj 2012

Jaka ona jest fajna!

   Odwiedziłyśmy dzisiaj (Lileczka i ja) moją bliską koleżankę Alę, jej męża i córeczkę Polę. Polcia ma 13 miesięcy i jest jednym z rozkoszniejszych maluchów, jakie znam. Nie da się jej opisać w kilku słowach (że tak przypomnę mój wpis z kwietnia 2011, kiedy Polcia przyszła na świat- już wtedy obezwładniła mnie swoją śliczną twarzyczką i emanującą pogodą ducha!), trzeba ją zobaczyć. Polcia ma to, co tak uwielbiam u ufnych dzieci- przeświadczenie, że świat jest dla nich, bo mama je kocha. Dwa bobasy baraszkowały na podłodze. Lileczka wczoraj nauczyła się nareszcie siedzieć, więc powoli granice w poznawaniu świata przestają dla niej istnieć, przynajmniej w jej mniemaniu. Dwa bobasy łapały się za rączki i wpatrywały w siebie nawzajem z rozdziawionymi śmiechem buźkami. Widok iście rozkoszny. Jak zwykle w takich przypadkach, zapragnęłam trzeciego dziecka, ale zasłońmy tę dygresję kotarą milczenia. Dwa bobasy, dwie małe delikatne dziewczynki o długich rzęsach. I dwie mamy obserwujące maślanymi oczami, każda zarówno reakcje swojej, jak i cudzej pociechy. Ala: ,,Jaka ona jest fajna.” Ja: ,,Nooooo”, nie zastanawiając się w sumie, o której to miało być. Ala: ,,Jak ja z nią lubię przebywać”. Piękne. Bo już wiem, że to o Poli. Jak często zdarza wam się słyszeć od mamy, że po prostu LUBI swoje dziecko? Lubi jego towarzystwo, lubi z nim rozmawiać, nawet jeśli jeszcze małe nie umie mówić. Gadki o dzieciach oscylują z reguły wokół kilku tematów nadrzędnych: ,,Jak mi ciężko”, ,,Co nowego Jaś umie”, ,,Jak zaspokajam swoje potrzeby nowoczesnej matki” oraz ,,Gerber czy Bobovita, Pampers czy Hagis, oto są pytania”. Przyznaję szczerze, że nawet mnie, regularnie spotykającej się i rozmawiającej z rzeszą innych mam, nieczęsto nadarza się okazja rejestrować zdanie: ,,Lubię ją/go”. Bo że się dziecko kocha, bo że się je wychowuje według najnowszych albo najlepszych, czyli tradycyjnych metod, bo że się chce wszystko dla jego dobra- to oczywiste. Ale to jeszcze nie znaczy lubić. Odnoszę często wrażenie, że nie wszyscy rodzice lubią swoje dzieci. Czyli nie czerpią radości ze wspólnego spędzania czasu, nie mają podobnego co one poczucia humoru i nie stoją za sobą murem, nie grają w jednej lidze, nie tworzą jednej bandy. Takiej jak za dawnych lat, kiedy jeszcze dzieci bawiły się na podwórkach. Ale to już temat rzeka na inny raz.

Dziewczynka

   Czasami wydaje mi się, a właściwie chcę sobie roić, że jestem wciąż małą dziewczynką. I wtedy odwracam odruchowo, na dźwięk pościelowego szelestu głowę. Okazuje się, że Naprawdę Mała Dziewczynka leży w łóżeczku na różowym prześcieradełku i przez sen przyjmuje pozycję na brzuszku, podkurczając tłuściutkie kolanka. Nie wyglądam na 35 lat, ale na 16 też nie. Ona ma i wygląda na swoje osiem miesięcy. Ja jestem matką, bo spłodziłam, urodziłam, ale jestem też i chyba bardziej mamą, bo tulę, karmię, noszę i tarmoszę. Jestem wzruszona Córeczką. Felek u babci. Mogę się spokojnie wzruszać Córeczką bez zaniedbywania Synka.

   Chyba mam już wszystko. Coraz więcej siły, żeby przypominać sobie, co lubię robić. Lubię koncerty pod chmurką. Pojadę. Z Córeczką, może i z Synkiem. Lubię podróże pociągiem, nawet krótkie. Oni mi w niczym nie przeszkadzają. Tak jest czy sobie wmawiam? Czy próbuję coś komuś udowodnić? Cóż tu udowadniać? Moje Dzieci to nieskończony wszechświat. Albo i dwa. Różnią się od siebie pod każdym względem. Jedno zachowawcze, poważne, myślące, ma kilka osób, które kocha i jest im wierny od zawsze na zawsze.  Drugie roześmiane, ruchliwe, żyje chwilą i kocha wszystkich od pierwszego wejrzenia. Córeczka. Chcę ją nauczyć, że piękno jest w niej. Wiedząc to, będzie uwielbiana przez świat. Zabiorę ją na festiwal pociągiem. Ona lubi muzykę. Wywija tłuściutkimi kolankami w jej rytm.

Zawsze to samo?

   Dziecku nie wolno okazać, że masz zły humor. Broń Boże dać choćby cień podejrzeń, że ten humor to przez nie! Przez to, że wysypało kilo cukru i polało litrem wody w trakcie, gdy matka przysiadła jak mysz pod miotłą, by nakarmić wrzeszczące niemowlę. Nie! W takim wypadku należy dziecko przytulić, pochwalić za kreatywność, dolać oleju i pozwolić maluchowi wymieszać wszystko miotłą. Jeśli dziecko wali młotkiem w głowę młodszej siostry (rzeczone niemowlę), należy przede wszystkim starszaka przytulić i zapewnić o swojej miłości. W dalszej kolejności można delikatnie wyjąć młotek z rączki i bez słowa reprymendy popędzić na zajęcia sportowe, by maluch mógł się wyładować w inny sposób. Jeśli w drodze na te zajęcia dziecko ucieka ci na ulicę, musisz popędzić za nim. Postarać się zatrzymać samochód, a kierowcę zbluzgać, bo jak baran jeździ, przecież stwarza zagrożenie. Dla DZIECKA! Skandal. Bo przecież dziecko jest tylko dzieckiem. Przesadne pilnowanie go to przemoc. Zwrócenie uwagi na to, że jego zachowanie jest niewłaściwe- też przemoc.

   Ostatnio na fejsie brałam udział w ciekawej dyskusji, w której kobiety wypowiadały się na temat długiego karmienia piersią (nawet to 7 lat…). Moje poglądy nieco ewoluowały przez 3 dni, tyle bowiem trwała słowna internetowa batalia, od obrzydzenia, po częściowe zrozumienie, acz na pewno nie pełną akceptację oraz chęć naśladowania. Natomiast interesujący był argument jednej z mam, że odstawienie dziecka od piersi zawsze jest przemocą, chyba, że dziecko samo się odstawi, mówiąc: ,,nie chcę”. Od razu zakładamy zatem, że karmienie do wieku gadatliwego musi być, inaczej stosujemy terror wobec niewinnego maleństwa. Pomyślałam sobie: dżizas. Wszystko ładnie pięknie, jak lubią, niech karmią i 16 lat, ale na litość boską, przeczyta to taka nieszczęsna, za to podatna na wpływy istota, w dodatku zakompleksiona i zawrzeszczana ze wszechstron dobrymi radami, a jednak chcąca dla malca jak najlepiej… i co? I załamka, bo już bo ptakach, bo dziecko karmiła tylko rok i koniec nastąpił miesiąc temu, więc już nie wrócą… Dziecko może wszystko. Może wisieć na matce przez ileś lat swego życia (w sensie dosłownym), może okładać rodziców po twarzy, czynić rozpierdziel ogólny, a nikt nie ma prawa ruszyć palcem by go powstrzymać, bo to przemoc. Sprzeczna z Attachment Parenting. Prymitywna, zgubna, krwiożercza.

   Wiecie, jakie jest moje podejście. Też uważam, że w pojęciu przemocy mieści się baaaaaaaaaaaardzo wiele. I owszem, przerzucanie na dziecka odpowiedzialności za swój zły humor, jest moim zdaniem przemocą. Podobnie, jak zmuszanie do jedzenia, nieprzytulanie, zimny chów, wszelkie próby walki z charakterem, np. przesadne namawianie nieśmiałego dziecka do zabawy z obcymi rówieśnikami. Ale wmawianie matkom, że przemocą jest nienoszenie w chuście (ba! w niektórych wypowiedziach czuć pogardę dla posiadania wózka w ogóle!), niekarmienie powyżej 2 lat i niespanie z potomstwem w łóżku, to już przegięcie. Niektóre rodzicielskie trendy w ogóle zabraniają wpływać w jakikolwiek sposób na zachowanie malca. A przecież czasami wyjścia nie ma. Jeśli toleruję przemoc Felka wobec siostry, automatycznie działam przemocowo wobec Lilki. Dlatego hasło na dziś brzmi: SITKO. Przesiewajmy teorie tak, by zostało tylko to, co na prawdę dobre nie w ogóle, tylko dla NAS i NASZYCH dzieci.