Dzienne archiwum: 27 maja 2012

Jaka ona jest fajna!

   Odwiedziłyśmy dzisiaj (Lileczka i ja) moją bliską koleżankę Alę, jej męża i córeczkę Polę. Polcia ma 13 miesięcy i jest jednym z rozkoszniejszych maluchów, jakie znam. Nie da się jej opisać w kilku słowach (że tak przypomnę mój wpis z kwietnia 2011, kiedy Polcia przyszła na świat- już wtedy obezwładniła mnie swoją śliczną twarzyczką i emanującą pogodą ducha!), trzeba ją zobaczyć. Polcia ma to, co tak uwielbiam u ufnych dzieci- przeświadczenie, że świat jest dla nich, bo mama je kocha. Dwa bobasy baraszkowały na podłodze. Lileczka wczoraj nauczyła się nareszcie siedzieć, więc powoli granice w poznawaniu świata przestają dla niej istnieć, przynajmniej w jej mniemaniu. Dwa bobasy łapały się za rączki i wpatrywały w siebie nawzajem z rozdziawionymi śmiechem buźkami. Widok iście rozkoszny. Jak zwykle w takich przypadkach, zapragnęłam trzeciego dziecka, ale zasłońmy tę dygresję kotarą milczenia. Dwa bobasy, dwie małe delikatne dziewczynki o długich rzęsach. I dwie mamy obserwujące maślanymi oczami, każda zarówno reakcje swojej, jak i cudzej pociechy. Ala: ,,Jaka ona jest fajna.” Ja: ,,Nooooo”, nie zastanawiając się w sumie, o której to miało być. Ala: ,,Jak ja z nią lubię przebywać”. Piękne. Bo już wiem, że to o Poli. Jak często zdarza wam się słyszeć od mamy, że po prostu LUBI swoje dziecko? Lubi jego towarzystwo, lubi z nim rozmawiać, nawet jeśli jeszcze małe nie umie mówić. Gadki o dzieciach oscylują z reguły wokół kilku tematów nadrzędnych: ,,Jak mi ciężko”, ,,Co nowego Jaś umie”, ,,Jak zaspokajam swoje potrzeby nowoczesnej matki” oraz ,,Gerber czy Bobovita, Pampers czy Hagis, oto są pytania”. Przyznaję szczerze, że nawet mnie, regularnie spotykającej się i rozmawiającej z rzeszą innych mam, nieczęsto nadarza się okazja rejestrować zdanie: ,,Lubię ją/go”. Bo że się dziecko kocha, bo że się je wychowuje według najnowszych albo najlepszych, czyli tradycyjnych metod, bo że się chce wszystko dla jego dobra- to oczywiste. Ale to jeszcze nie znaczy lubić. Odnoszę często wrażenie, że nie wszyscy rodzice lubią swoje dzieci. Czyli nie czerpią radości ze wspólnego spędzania czasu, nie mają podobnego co one poczucia humoru i nie stoją za sobą murem, nie grają w jednej lidze, nie tworzą jednej bandy. Takiej jak za dawnych lat, kiedy jeszcze dzieci bawiły się na podwórkach. Ale to już temat rzeka na inny raz.