Dolce Vita

   Maj to od trzech lat miesiąc dla mnie absolutnie wyjątkowy. Mówię: maj, myślę: miesiąc urodzin mojego pierworodnego syna. Przypominam sobie czas ciąży, czas wielkich zakazów i obciążeń, z którymi nie do końca chciałam się pogodzić. Termin porodu wyznaczony na 12 maja, ostatecznie jednak synek przywitał się z tym światem 2 dni wcześniej.

   Boże, jakie to były emocje.

   Czekaliśmy na TO z Marcinkiem strasznie. Płakałam od ostatnich dni kwietnie codziennie, z żalu, że jeszcze nie rodzę! Obie nasze koszatniczki doczekały się w tych dniach potomstwa, nienawidziłam ich z zazdrości! No i w końcu, w nocy z 9 na 10, zaczęło się, tańczyłam pod prysznicem i śpiewałam do niego jak do mikrofonu, z radości, że nie będę w ciąży już zaraz, za moment, jeszcze tylko obejrzymy sobie film, szpital, poród i wreszcie. O synku, miłości, macierzyństwie, przewróceniu się wszechświata, jeszcze wtedy,pod prysznicem, zmywając resztki wód płodowych, nie myślałam.

   Ale wkrótce zaczęłam. 10 maja 2009 to dla mnie dzień magiczny. Już trzeci raz w życiu wyprawiam go zatem hucznie i z wszelkimi honorami. Najpierw impreza dziadkowo-babciowo- ciociowo- wujkowa, potem prezent od mamusi i dzień tylko dla nas, potem jeszcze kinderbal, wciąż w tym roku przed nami. Za każdym razem wypieki (w piekarniku i na twarzy), mniej lub bardziej wyraźne, emocje, prezenty, sprzątanie, słodkości. No właśnie. Bo o tym miało być. Temat, jak zauważyłam na tak ukochanych przeze mnie forach nowoczesnych rodziców (dla czytelników mających skłonność do przyswajania co 4 zdania i na tej podstawie wyrażających potem swoje opinie zaznaczam, iż w słowach tych zawarta jest ironia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ironia ) jest na czasie. To znaczy nikt oficjalnie nie przyznaje się, że w ogóle daje dziecku gotowe słodycze ze sklepu, a matki wymieniają poglądy na temat tego, czy zdrowszy jest syrop z agawy czy klonowy. Oprócz tego zwierzenia typu ,,piekę z córkami codziennie ekobabeczki- megafrajda!”. Miszczem ten, kogo dziecko nigdy nie poznało smaku i konsystencji lizaka. Do tego pomstowanie na babcie, które z żądzą otrucia wnuków podkarmiają je skrycie batonami z Biedronki.

   To ja coś powiem. Sama bez słodyczy żyć nie mogę i jem ich zdecydowanie za dużo. Biję się w pierś! W dodatku, gdy jeszcze byłam w ciąży, postanowiliśmy z Marcinkiem, że w kwestii słodyczy, wprowadzimy model szwedzki uradykalniony- czyli zero słodkiego nigdy, a jak już się skuma, że istnieją, to raz w tygodniu. Skumał się szybko. A my jeszcze szybciej zapomnieliśmy o naszych ambitnych planach. Degrengolady jednak udało się uniknąć-  słodko zazwyczaj raz dziennie, nigdy zamiast posiłku, w lato lody obowiązkowo ale już wtedy nic innego. Żadnych czipsów ani słodzonego picia. Było to względnie pod kontrolą i ja też nie miałam doła, że sama się obżeram, a dziecku żałuję. Ale piękne czasy, kiedy Felek ograniczony był wysokością, szafkami itd, minęły bezpowrotnie. A że prowadzone jest w naszym domu, zarówno w Gdańsku tak było, jak jest tutaj, dość obfite życie towarzyskie, słodkości nigdy nie brakowało… Jako jedyne dziecko w mojej rodzinie (już teraz niejedyne- bo jeszcze Lileczka) każda większa i mniejsza okazja oznaczała słodyczowe żniwa. A ja święta nie byłam, bo zdarzało mi się bez powodu uszczęśliwiać synka batonikiem ze sklepu. I wtedy okazało się, że Felek za dużo czekolady jeść nie może. Ma swoją dawkę, którą udało mi się zaobserwować jako bezpieczną, i po większej wymiotuje. Zawsze. Jest gościna, widzę, ile żre i już wiem, co nastąpi. I następuje. Pół roku temu postanowiłam, że jakoś muszę to ogarnąć. Definitywnie przestałam kupować słodycze w sklepie, chociaż zdarzają się wyjątki typu flipsy czy herbatniki (w sensie bez czekolady) albo małe przewinienia typu czekoladowa polewa gdy koleżanka ma zajść na kawkę. Zaczęłam też sama piec. Dzięki przefantastycznemu kulinarnemu blogowi mojej przyjaciółki Kasi (http://razoweciasteczka.blogspot.com/) przełamuję kolejne bariery, jeśli chodzi o domowe słodkości. Tylko oczywiście Felonek nie chciał podejmować ze mną tego wyzwania i bojkotował ciasteczka z amarantusem, czy inne bułeczki z daktylami. Mimo to nie poddawałam się. Wczoraj mieliśmy urodzinową imprezkę rodzinną. Zero kupnych słodyczy, za to stół obładowany efektami mojej lektury Kasinego bloga. Nie wszystko wyglądało przewspaniale, ale nie przeszkodziło to gościom w aktywnym częstowaniu się. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu Felek zjadł kilkanaście (!) razowych ciastek z morelami (wynik poprawił dziś rano tym, co zostało). Z trwogą obserwowałam kolorystykę jego twarzy. Nie zmieniła się. Żadnych sensacji. Jestem już troszkę pewniejsza siebie i swoich decycji odnośnie ,,wychowanie w słodkości”, ale wciąż mam dylematy. Tak jak dziś, gdy Felonek bawił się mamutem i świnką: ,,Mamucie, jak się cujes?”- ,,Dobze świnko, nie boli mnie bzusek.”- ,,Nie zjadłeś za duzo słodycy i nie będzies wymiotował?”. Fajnie, że świnka taka troskliwa, a jednak nie chciałam żeby synek miał jakiś uraz. A chyba ma, skoro przy każdym kęsie słyszy od wyrodnej matki, że ma nie przesadzać, bo będzie wymiotował. Może z opowiednim samozaparciem odkręcę to jakoś?

   Mój synek za 3 dni skończy 3 latka. Nie wierzę aż…

11 myśli nt. „Dolce Vita

  1. Miszelę

    Ja słodycze uwielbiam, co ma zgubny wpływ na moją sylwetkę ;)
    Jagodzie staram się serwować „eko”, ale nie popadam w skrajnosc. W zasadzie w 100% zgadzam się z Twoim wpisem.

    Odpowiedz
      1. Kasia

        a, no tak! tylko ja NAPRAWDĘ uważam, że cukier zabija, a nie krzepi… może mam już jednak eko-odpał, ale wolę dziecka nie przyzwyczajać, bo wiem, że pewnie u babci będzie chlał kolę, a w przedszkolu już go dzieci kinderkami poczęstują… ale liczę na to, że jakoś to będzie, bo co prawda w moim domu były raczej domowe wypieki, a kupne raczej od święta (do buta i na zajączka ;p), ale ogólnie nie byłam jakoś mega chroniona przed słodyczami… a jednak nie umarłam i jakoś do swojego własnego domu przeniosłam dobre wzorce :)

        Odpowiedz
  2. Dorota

    Mam rozwiązanie. Musimy częściej Cię odwiedzać i bez skrupułów będę wyjadała Felkowi słodycze, dla jego dobra oczywiście :) A co do urodzin to ja nie wierze, że Felek kończy DOPIERO 3 ;) taki z niego „mały gigant” ;)

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      nawet ,,jeśli ich wygląd sugerować będzie brak pyszności”?- jak to powiedziała moja mama a ja się z tym zgadzam w 100 %?;D:D

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>