Kuzyni

   Zabrałam dzisiaj Maksia i Felka na wycieczkę nad morze. Cóż, wczoraj temperatura w cieniu wynosiła ok. 27 st., w słońcu zaś 35, pomyślałam sobie zatem, że może fajnie będzie zostawić Lilkę babci, która pospaceruje z nią w cieniu, a chłopców wyciągnąć do Gdyni, żeby sobie pobiegali po piasku i zamoczyli koniuszki palców u stóp. Od wczoraj zatem zgodnie napalaliśmy się na wyjazd i to na tyle, że nawet fakt, iż wieczorem rozpętała się burza, na Rumię napadł huragan, a dzisiaj rano było 9 st. (nie w słońcu, bo słońca nie stwierdzono przez cały dzień), nie był w stanie nas odwieźć od tych ambitnych planów. Jedno na pewno wyszło jak trzeba, a mianowicie Lileczka z babcią naspacerowały się w cieniu za wszystkie czasy. Cień ten był przyczyną do tego, by spacer odbywał się w zimowym kombinezonie mimo środka maja. Ale przejdźmy do zagadnienia nr 1, czyli naszej wspaniałej wyprawy.

   Przyszła babcia, oddała mi pod opiekę swego pierworodnego wnuka, w zamian za to wzięła jedyną wnusię i się zaczęło. Marsz w kierunku przystanku autobusowego (10-15 minut, w zależności od ilości dzieci oraz stopnia ich sprawności) z domu przebiegł (w przypadku co niektórych bardzo dosłownie) nad wyraz spokojnie. Bo cóż znaczy kilkakrotne w ciągu tej niedługiej trasy zakładanie i zdejmowanie kurtek, czapek, a u Maksia także rękawiczek, przez wzgląd na to, czy słońce znajdowało się akurat pod cienką chmurą i było średnio zimno, czy pod grubą i było bardzo zimno? Albo nachalne epatowanie pragnieniem picia, którego zakup musiałam obiecać zaledwie 20 razy? Nawet w autobusie było całkiem przyjemnie. Tylko na kilka minut Felek się obraził, bo niesprawiedliwa pani z głośnika zapowiadająca przystanki przydzieliła Maksiowi Dąbrowskiemu most i kościół (następny przystanek: Most Dąbrowskiego, następny przystanek: Kościół Dąbrowskiego), a biednemu synowi memu nic. Ale on nie w ciemię bity! Nie dadzą mu, to weźmie sobie sam. Skutkiem tego znosić musiałam spojrzenia pełne znaków zapytania na każdym kolejnym przystanku. Dialog z głośnikiem prezentował się bowiem dość zagadkowo:

- Następny przystanek: Gruszkowa na żądanie.

- Oooooo!!!!! Gluskowa na ządanie jest moja!!!!

- Następny przystanek: Energetyków.

- A eneldedytów jest mój!

   Z przystanku na plażę, co do której postawiłam warunki już w domu (będzie wielki plac zabaw, ale jest za zimno na lody i kąpiel w morzu), szło się także miło. Po drodze zahaczyliśmy oczywiście o sklep, wszak bez obiecanych soczków sensu nie miałyby żadne atrakcje. W sklepie okazało się, że nie tylko soczki, ale także tlóntotne ciastko jest nieodzowne. I lizaki. Tych jednakże pozwoliłam sobie nie kupić, więc twarz Maksia przybrała wyraz kota ze Szreka. Wtedy postanowiłam, że albo będę twarda, nie pozabijam ich i nie zbankrutuję, albo dam się złapać na tanie chwyty rysowników sympatycznego filmu o przygodach zielonego olbrzyma i może od razu chodźmy do cukiernio- lodziarni spędzić ten wietrzny czas na czymś pożytecznym, a nie będziemy wygłupiać się i udawać, że wolimy ruch na BARDZO świeżym powietrzu. Wybrałam to pierwsze po kontroli zasobów portfela. Starczyłoby może na godzinę w krainie słodkości, a ja chciałam mieć ich z głowy na dłużej…

   Na trasie tylko kilka skrzyżowań. Felek kilkanaście metrów za nami, bo jedzenie tlóntotnego (dla mniej domyślnych- w kształcie trójkąta) ciastka wymagało od niego koncentracji, a za tym z kolei szło spowolnienie ruchów. Maksio wziął sobie za cel pogonienie niesfornego młodszego kuzyna, więc co chwila puszczał moją rękę i gnał nazad, by upomnieć Felka. Chyba nie muszę mówić, że w takim przypadku musiałam zatrzymać się całkowicie (zgubienie swojego dziecka to jeszcze, ale cudzego?jak bym zgubiła swoje, każdy by mi współczuł, a jak cudze, to przecież żywo bym z tego nie wyszła!) i cierpliwie zaczekać aż niedojdy dojdą. Gdy dochodziły, naiwnie próbowałam stworzyć z nim zgrane trio i trzymając każdą za rączkę, słabym tempem, ale iść przed siebie. A tu filmowy festiwal po drodze, jakieś kolorowe banery, litery, dziwne pojazdy. Miłość cierpliwa jest… Ale też przebiegła:

- No chodźcie już, jak dojdziemy na plac zabaw, dostaniecie soczki…

Czytałam o wielu metodach wychowawczych. Klapsy, reprymendy, rozmawianie o uczuciach, rodzicielstwo bliskości, dalekości i nijakości. Partnerskie traktowanie. Poważne traktowanie. Zrozumienie potrzeb i podążanie za nimi. Pies to wszystko j….ł. Najskuteczniejszą wychowawczą metodą jest obietnica przekazania soczku w przypadku zachowania pozytywnego…

  Na plaży wspomniany już wielki plac zabaw. Maksio jak zerwany ze smyczy poleciał i tyle go widziałam. Felek należy do osobowości odmiennej. Jest od rówieśników większy, masywniejszy, rzec można- ociężały. Tak to wygląda, bo on zanim wejdzie na drabinkę, przemyśli korzyści z tego płynace, wpływ tego posunięcia na losy świata oraz potencjalny efekt motyla- czyli np. możliwość wystąpienia tsunami w Japonii po tym, jak on wsunie się między szczebelki. W tym samym czasie dzieci w mniej więcej jego wieku zdążą obiegnąć 10 hektarów placu zabaw dookoła, zjechać z 5 zjeżdżalni, pokłócić się z innymi o kolejność przejścia przez tunel oraz opracować autorski system wspinania się na sztuczną skałkę. Czyli Maksio. I to wszystko poczynił, może poza kłótnią, bo tak uprzejmego i dyplomatycznego malucha to ze świecą szukać. Problem z moim klapnięciem na ławkę polegał na tym, że Felek, kręcąc się wokół własnej osi, ze łzami w oczach wołał Maksa, by na końcu podejść do mnie, wtulić się i wyżalić cały ból:

- Mamo, gdzie jest Maksio?

A matka, wrażliwa na krzywdę dziecięcia, tak bardzo pomóc pragnąca, w niemocy trwająca okrutnej, wkurzyła się (najbardziej dlatego, że krzywda przeszkodziła jej w zajęciu ławki) i poszła rzeczonego Maksia szukać. Znalazła delikwenta gdzieś między skałką a metalową karuzelą dla nastolatków i gdy nareszcie udało się go unieruchomić i zogniskować jego uwagę, ponformowała lojalnie:

- Maksiu, przyszliśmy tu wszyscy razem, więc proszę nie uciekać. Róbcie co chcecie, ale mniej więcej koło siebie. Ciocia ma was widzieć!

Skruszony Maks przyrzeka poprawę, posługując się przy tym rzeczownikiem ,,ciocia” w wołaczu, ale czujne ucho Felka już wykryło zdradę:

- To nie jest ciocia tylko mama.

Tu następuje dość intensywna wymiana zdań na temat tego, czy jestem ciocią, czy mamą, w której nie biorę udziału, ponieważ tłumaczyłam im zagadnienie już milion razy i milion pierwszy wydaje mi się nadużyciem oraz obrazą ich inteligencji. Siadam. I mogę już tymczasowo bez przeszkód oddawać się rozkosznej czynności siedzenia, która tak rzadko jest mi dana w tak przyjemnej formie. Obserwuję Maksa latającego jak fryga po drewnianych i metalowych elementach zabawowej konstrukcji, dzieci z ojcami (ach te soboty! ach, te Franki i Julki napawające się obecnością tatusiów, z takim zapałem oddających się rodzicielskim obowiązkom!) i Felonka, który będąc z Maksem, usiłuje mu dorównać pod względem fizycznej sprawności i… nie poddaje się. Chce wejść, wspiąć się i dać radę. Normalnie jak nie on. Bo gdy jest ze mną, słysząc słowo ,,sam” z mych ust, nawet jeśli chodzi o zjedzenie bułki, z rozbiegu i odruchowo rozwiera paszczę w udawanym ryku, zapewniając mnie że nie umie. Oczywiście, gdy go uczę, ryczy i gdy go zachęcam by spróbował coś tam zrobić, też ryczy. Dopiero gdy go niemal zmuszę, jest szczęśliwy i dumny z siebie, ze umie. A teraz… SAM. Po kilkanaście razy próbował trudnego wejścia, spadał, ślizgał się, ale próbował. Aż do skutku. I ten uśmiech, duma! A ja w ekstazie.

  Siedziałam na ławce i pilnowałam kurtek, jak i tych nieszczęsnych soczków. Niedługo. Felek wypił swój niemalże natychmiast, a Maksio po jakimś czasie postanowił się ze swoją butelką nie rozstawać. Gdy został w niej już zaledwie łyczek, wręcz kilka kropelek, butla spadła na piasek i cały ,,dzióbek”okleił się maleńkimi kamyczkami. Jęk:

- Ciociu, picie mi spadło!

- No tak, całe od piachu. Wyrzucę do śmieci, nic już tam nie było.- wyrzucam.

-Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!

- Ale Maksiu, tam już nic nie było. Gdyby nie spadło, i tak by już była pusta butelka do wyrzucenia.

Łzy w oczach:

- Ciociu, a kupisz mi nowy soczek?

Chwila wahania. Będą mi sikać! Jak temu, to drugiemu też! A co ja, na kasie śpię? Jezus, i znowu do sklepu? Nie, no ja z nimi nie wyrobię.

- Oczywiście, Maksiu, ciocia ci kupi.

Powrót po udanej zabawie nie był już taki przyjemny. Cały kawał szliśmy pod pioruński wiatr, Felek się rozpłakał, że chce na opka, ale go nie wzięłam, bo jakaś sprawiedliwość musi być, serce me jednak we łzach, bo rzeczywiście ciężko się szło, nawet mnie, a co dopiero maluchom. Wlekliśmy się zatem, żeby każdy nadążył, ale to nie wystarczyło, Felek jęczał i łapał mnie za nogi, kucając na chodniku. Trochę mi to utrudniało, eufemistycznie się wyrażając, poruszanie. Nagle oba dostały powera- na horyzoncie pokazało się stoisko z jakimiś gównianymi chińskimi pamiątkami. Wybrali sobie każdy po jednej i poszli dalej. Nie wzięli tylko pod uwagę faktu, że ze mną tego nie konsultowali, a ja nie zapłaciłam ani płacić nie zamierzałam, czym z kolei zdegustowany był sprzedawca. Udało mi się dogonić małych myśliwych i odebrać trofea. Zdegustowanie sprzedawcy pozostało widoczne na jego twarzy- pewnie już miał nadzieję na 10 zł zysku… Potem kolejno próbowano mnie naciągnąć na: lody, maszyny do udawanej jazdy (tak, te wszystkie boskie samochodziki przy każdej budce z piwem), wesołe miasteczko i lizaki. Ciocia i matka ze mnie beznadziejna. Mam jednak swoje powody i nie chodzi wyłącznie o to, że jestem sknera. Lody w ten huragan, w dodatku przed obiadem który czekał w domu, nie wydawały mi się najlepszym pomysłem. Maszyny włączone za pomocą niewinnej dwuzłotówki przyprawiają o zawał moje dziecko, które owszem siada na nie chętnie, ale gdy kilka razy nieopatrznie wrzuciłam monetę, zaczęło w biegu wyskakiwać, raz niemal zrobiło sobie przy tym poważną krzywdę. Wesołe miasteczko, a szczególnie samochody jeżdżące dziko i z impetem się zderzające, które tak pociągały Maksa? Że niby który miałby sam prowadzić, skoro autka dwuosobowe? A może miałam im pozwolić jeździć we dwójkę? Hmmm, zabawne.

   Autobus po nas przyjechał i był zatłoczony. Ale posadziłam dwa maluchy na jednym siedzeniu, wyszarpując je jak wygłodzony pies w schronisku kawał kurzej skóry spod betonowej płyty podłoża. Nie spodziewałam się jednak atrakcji w postaci awarii pojazdu. Nagle między Gdynią a Rumią kierowca nakazał wysiadać i wsiąść do podstawionego autobusu czekającego kilka metrów dalej. Te kilka metrów pokonałam z dwójką obciążników trochę wolniej, niż pędząca reszta, wskutek czego ledwo udało nam się zapakować, o wolnym siedzeniu mowy nie było. Maksia przygarnęły jakieś dwie matrony, żeby sobie postał między nimi a szybą zabezpieczającą i popatrzył przez okienko. Maksio na takie rozwiązanie przystał ochoczo, ale Felonek nie skorzystał. Więc go ostentacyjnie z miną naszej szkapy zdychającej z wysiłku ciągnięcia wozu z pełną trumną, wziąłam na ręce, przy okazji bacząc, by zamach podnoszonego dziecka skierował jego nóżkę w pijaka siedzącego wygodnie obok nas:

- Ach!!!- krzyknęłam jak ta dziewica której cierń rozdarł jedną z dwudziestu falban sukni, odsłaniając centymetr kostki- przepraszam pana!- chociaż do ,,pana” tej nabrzmiałej facjacie było daleko. W każdym razie zabieg odniósł sukces, bo już za chwilę miałam całe dwa siedzenia na własny użytek… Kopnięty nie ruszył się, bo nie mógł się ruszyć, ale dwóch jego kumpli podskoczyło jak oparzeni. Pewnie nie chcieli kolegi narażać na kolejne bliskie spotkanie z butem Felka.

   Pisałabym dalej. O tym, jak to później jeszcze przez kilka godzin w domu miałam 3 dzieci i ostatecznie zapragnęłam przynajmniej w jednej jeszcze ciąży w tym życiu swoim być. Jak Felek wykazuje coraz większą agresję w stosunku do Lilki, a ja nie potrafię sobie z tym poradzić. I jak Maksio, dla odmiany, bawi się z nią fantastycznie, ona go uwielbia i śmieje się radośnie, jak tylko go widzi. I o tym, jak moja córeczka pokochała płatki gryczane. Ale właśnie się zorientowałam, że już ponad 1,5 godz. piszę, więc może te tematy sobie zostawię na potem.

 

5 myśli nt. „Kuzyni

  1. Basia

    „Najskuteczniejszą wychowawczą metodą jest obietnica przekazania soczku w przypadku zachowania pozytywnego…” – tak, tak, tak!!! :)

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Proszę nie przepraszać tylko nie spamować:) jeśli chce Pani wypowiedzieć się na temat opisany w poście, zapraszam,a jeśli zareklamować stronę… nie będę więcej zatwierdzać takich komentarzy. Pozdrawiam serdecznie:)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>