Miesięczne archiwum: Czerwiec 2012

W nieznane!

  Jako, że z moimi dziećmi przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu dłużej niż pół godziny grozi poważnymi powikłaniami, codziennie staram się im fundować jakieś rozrywki. Czasami wychodzi z tego coś sensownego, czasami mniej, ale generalnie chodzi o to, że w plenerze ich konfiguracja jest dużo bardziej znośna. Jeździmy zatem na plażę (przedwczoraj; plażowy debiut Lileczki z zapałem raczkującej po piachu), do ZOO (wczoraj; bez towarzystwa też było uroczo, tym bardziej, że wybraliśmy się przed południem i mogliśmy podziwiać karmienie zwierząt!) a dziś… Pojechaliśmy w nieznane. Cel jakiś tak mgliście określony był: kupić miód z pasieki z zadupia za Rumią. To znaczy, wiedziałam, że w Dębogórzu (rzeczone zadupie, mieszkańców przepraszam) jest pasieka i mają tam jagodowy miód. Chciałam go kupić, ale bez ciśnienia. Felek, pamiętający smak miodu porzeczkowo-waniliowego z tejże pasieki, zakupionego na targach ogrodniczych, gorąco kibicował takiemu celowi. No to wyszliśmy z domu mimo grubo ponad 30-stopniowego upału i poszliśmy na przystanek. Pierwszym autobusem, który przyjechał zabraliśmy się w nieznane. Bo nie miałam pewności, czy ON TAM JEDZIE, i jak to w takich przypadkach bywa, nie jechał…

Wysiedliśmy na ostatnim przystanku ledwo żywi, bo klima oczywiście nie działała, wskutek czego w pojeździe było tych stopni chyba z 45. Całą drogę nawadniałam z butli lepką Lileczkę, zakręcając i odręcając na zmianę dużą butelkę, w zależności od tego, czy Felek już się napił, czy chciał się napić jeszcze łyczek. Od razu po wyjściu, miast pasieki zauważyliśmy statek, wigwamy, ujeżdżalnię i plac zabaw, a za chwilę Murzyna w stroju żołnierskim wykrzykującego po angielsku komendy do grupy dzieciaków w wieku ok. 12-13 lat. Chciałam się zdziwić, ale pomyślałam tylko, że w pełnym umundurowaniu i wysokich butach musi mu być potwornie gorąco i ciekawe, ile zarabia. Felek patrzył na to wszystko z mieszanką niesmaku, zaciekawienia i strachu. Zapytałam panią w stroju do jazdy konnej, o co tu chodzi i gdzie my właściwie wylądowaliśmy… Była bardzo miła. Dała ulotkę rancza (bo okazało się, że to ranczo) i wpuściła nas do zwierzęcego zaścianka, gdzie występowały konie w oknach stajni, ponadto jakieś kudłate bydlę (z możliwościa pomacania), koguty, kaczki, gęsi, indyki, kury, lamy (!!) i kozy. Felek grzecznie zagadał do tłustych gęsi, przedstawił siebie oraz swoją mamę i siostrę, zapytał o samopoczucie i polecił dużo pić, bo upał. Konia się trochę bał, lama na nas syczała (miała małe i chyba była na tym tle nerwowa, skąd ja to znam?), krowę pogłaskał, koguta wyśmiał. Plac zabaw bardziej go interesował ogólnie, ale nie mam mu za złe. Ważne, że czas mijał, Lilka się nie darła, zapas wody był.

Na placu zabaw spotkaliśmy małą dziewczynkę z tatusiem. Dzięki temu dowiedziałam się, że to jeszcze nie to zadupie o które mi chodziło (w kontekście miodu) i muszę teraz pod górę iść przez las parę kilometrów, jeśli chcę swój cel osiągnąć. Chciałam. Felek podniecił się koniecznością przebycia drogi przez las, bo on kocha wszelaką dzicz. Tatuś dziewczynki trochę się zdziwił, że odległość i pogoda nie zniechęciły mnie, ale powiedziałam mu: ,,Zaplanowałam sobie dzień poza domem, więc nie robi mi różnicy, czy to będzie pięć kilometrów, czy dziesięć. Po prostu dzieci są znośniejsze, gdy coś się dzieje, więc niech się dzieje co chce”. On ze śmiechem przyznał mi rację. Z rozmowy wywnioskowałam, że opiekuje się dzieckiem samotnie, z obserwacji, że mała zakochana w nim po uszy z wzajemnością. Czyli na pewno mnie rozumiał…

Poszliśmy przez ten las. Rzeczywiście, droga do najłatwiejszych nie należała. W zasadzie cały czas pod górę, zero pobocza, a ruch jak to między wiochami, umiarkowany, ale trzeba było jednak uważać. Felek ile dał rady iść, tyle dał, i tak wg mnie dużo, jak na niego. Objawienie: poziomki. Wielkie, słodkie. Rosły przy samej drodze, co oczywiście zaświeciło mi w głowie lampką z dzieciństwa: ,,Spaliny!!!”, ale zgasiłam ją natychmiast, bo jakoś nie mogłam się powstrzymać. Sama żarłam i karmiłam Felka, jak konia, całą otwartą dłonią poziomek. Nawet obecność komarów nam nie przeszkodziła w celebrowaniu tej chwili. I tak dotrwaliśmy do Dębogórza, że tak powiem, właściwego. Burzowe chmury zebrały się nad nami, ale gorąco wciąż było tak, że nawet w duchu modliłam się o delikatne deszczowe odświeżenie. Od razu trafiliśmy na dobry trop i pasiekę, gdzie kupiliśmy ten zasrany miód. Żurawinowy. Felek aż skakał z radości i uznał wycieczkę za skonsumowaną. A że wszystko, co skonsumowane, robi się nudne, od razu po zakupie, mój syn obwieścił, że chce do domu. Ja też chciałam. Tylko za bardzo nie wiedziałam, jak, a wracać lasem jakoś mi się nie uśmiechało, tym bardziej, że zaczęło mżyć. Znaleźliśmy przystanek, a obok niego szkołę z placem zabaw. Sprawdziłam, że do autobusu (innego niż ten, którym dojechaliśmy do rancza, oczywiście, tego, którym od razu powinnam jechać, albo i nie powinnam, bo bym wówczas nie ujrzała indyków i kaczek) mamy prawie 50 minut. Poszliśmy zatem na ten plac zabaw. I zaczęło lać.

Najpierw lało, potem lało mocno, a na końcu tak lało, że drewniane zadaszenie, pod którym się skryliśmy przestało pełnić swoją funkcję. Przytuliliśmy się, jak tylko to było możliwe, do muru, Felek okrył się moją długą spódnicą, a Lilkę obłożyłam czym się dało (za dużo tego nie było, z uwagi na upał nie pomyślałam nawet o zabraniu skarpetek dla kogokolwiek, a cóż dopiero jakichś kocyków czy folii). Ona akurat z pozytywnymi uczuciami przyjęła to oberwanie chmury, bo lubi szumy, a ten był taki, że nie słychać było normalnie wypowiadanych słów. Staliśmy pod tym daszkiem, wyżerając całą trójką miód żurawionowy ze słoika. Po chwili otaczało nas jezioro. Droga zmieniła się w rzekę, którą samochody musiały przepływać (tak to wyglądało), co niezmiernie bawiło mojego syna. Z zakamarków powychodziły maleńkie, zaledwie centymetrowe żabki, będące przedmiotem fascynacji trzylatka (no cóż, ten rozmiar fauny jak widać akceptuje). Nagle minęło pół godziny. I kolejne 15 minut. Deszcz ustał. Poszliśmy na przystanek.

W autobusie usiadł na przeciwko nas pan z gołymi nogami, pełnymi paskudnych ran. Wyglądało to jak zaawansowane zmiany martwicze… Fala współczucia i obrzydzenia uderzyła mnie w mózg. Człowiek z ironicznym uśmiechem,który nie schodził z jego twarzy i różową czapeczką Hello Kitty na głowie prezentował się dość upiornie. Spojrzałam na Felka, czy widzi i przygotowałam się na pytanie, co panu się stało. Nie padły. Mały chłopiec patrzał na okrutnie chore nogi starszej osoby z wielkim skupieniem. Po chwili jakby coś sobie przypomniał. Podniósł swoje śliczne opalone kolanka do góry, obdarzając je krótkim, ale wnikliwym spojrzeniem. Coś jakby ulga i już nie oglądał- ani swoich, ani pana. Przyszło mi na myśl, że mój synuś dopiero poznaje prawdę, mianowicie że nie wszystko jest tak cudne, wesołe i bezpieczne, jak to, co go otacza. I niejeden szok przed nim…

W domu dzieciaki dość szybko padły. Uwielbiam takie wycieczki. Dzień mija (do przyjazdu Marcinka 3 tygodnie!), maluchy na powietrzu, coś tam zobaczą, jest okazja sprawdzić się w różnych warunkach, nie ma miejsca na nudy. Bo ja nie wiem. Nie wiem, co można robić z dziećmi w domu. Frustruje mnie to potwornie, że ich nie ogarniam w 4 ścianach, ale jak jest możliwość to obejść, to obchodzę. A czasami objeżdżam. Bardzo dosłownie:)

 

Poranek

,,Mamo”- słyszę, a na zębach jeszcze piana. Miałam nadzieję, że chociaż zęby po ,,śniadaniu” uda mi się umyć. Przechodzą mnie ciarki, prąd, ale nic przyjemnego. I mam ochotę wrzasnąć: ,,No co, do ch…a, co?!!”, ale nie wrzeszczę. ,,Słucham synku.”

Kiedyś miałam wiele wzniosłych marzeń. Teraz mam jedno: móc ogolić nogi bez przerw. Lilka bawi sie lalą w łóżeczku.Wymykam się w piżamie (godz. 9.40) do łazienki, maszynka, mydło, ekspres! Ale gdzie. Zaraz ryk. Krew z kolana. Muszę wyjść.

Umyta zabieram się na obiad, bo muszę go mieć przed południem, żeby potem przypadkiem nikt na niego nie czekał. Opracowałam umiejętność wykonywania do trzech czynności jednocześnie. Ale poranki takie jak dzisiaj stają metalową drzazgą między zębatymi kołami mechanizmu który nazywa się organizacja.

   Lilka drze się cała czerwona, bo chce spać, ale coś jej nie pozwala. Pakuję ją w chustę, szybko i wychodzi krzywo, coś piekielnie wrzyna mi się w obojczyk, ale dziecko zadowolone. Wracam do kuchni. Kilo mąki na podłodze, Felek się w tym papra, też zadowolony. Myślę sobie, że albo go zatłukę albo nie zrobię nic. Policzyłam w duchu do 10. Obojczyk boli, małe się wierci. Poszłam po odkurzacz. Felek chce odkurzać. Proszę bardzo. Dobrze mu poszło, cieszę się w duchu, dołączyłam na minutę do grona zadowolonych.

 Przygotowałam jajka na suflet ryżowy. Poszłam odłożyć dziecko, które znów zaczęło nadawać. Odetchnęłam. Wracam do kuchni, małe w ryk, patrzę, jajko rozbite na ziemi, Felek infromuje: ,,Tloskę się zbiło”, wyjmuję z lodówki nowe. Ścieram stare. Daję Felkowi trzepaczkę, ubija, idę do Lilki myśląc, co zastanę w kuchni jak znowu tam wrócę, no co, k…a, chyba zdechłego bawoła! Udaje mi się uśpić małe. Wracam. Felek ubija. Wrzucam do miski ryż, groszek, sos pomidorowy, przyprawy. Felek miesza.

Plusy i minusy

  Niedawno wraz z mamą Marcinka oraz moim sławetnym przychówkiem odbierałam Maksia z przedszkola. ,,Maksio był dzisiaj niegrzeczny”- oznajmiła pani na wstępie. No to babcia pyta, jak to, czemu i w ogóle- odpowiedź rozwaliła mnie: ,,Rozśmieszał dzieci”. Maksio niezainteresowany, bo autentycznie zakochany w młodszej kuzyneczce i jej poświęcił całą atencję. Za chwilę przychodzi tata, dajmy na to, Dawidka. I znowu: ,,Dawidek był dzisiaj niegrzeczny”. Powtórka, tata zaniepokojony, dziecko pozornie olewające totalnie, ale jednak lekko zarumienione pod wpływem reprymendy pani i ojca. Już nie pamiętam, co to było takiego, że Dawidek został uznany niegrzecznym, ale pewnie coś równie strasznego, jak w przypadku Maksia. Pomyślałam: ,,Dżizas”, ale nie odważyłam się wtedy napisać na blogu z obawy, że uznacie mnie za przewrażliwioną albo walniętą.

No ale dzisiaj znowu byłam świadkiem sceny odbierania dzieci z przedszkola. Od 2 miesięcy chodzę z Felonkiem raz w tygodniu po południu na angielski do jednej z rumskich placówek. I dopiero dzisiaj zauważyłam na ścianie tablicę z plusami i minusami przy imionach dzieci. Przychodzi mama Uli: ,,Ooo, a za co ten minus?!”. Ula patrzy w podłogę, pani z pretensją w głosie: ,,No, minus, minus, niech sama powie”. Mama drąży. Dziecko się wierci, szuka jakiejś podpowiedzi i ślepy by zauważył, że nie ma pojęcia, ,,za co ten minus”. W końcu cedzi: ,,Pewnie byłam niegzecna?”. Ucho rośnie mi do monstrualnych rozmiarów, bo zastanawiam się, cóż tutaj uważa się za niegrzeczność- rozśmieszanie, pokolorowanie słońca na zielono zamiast na żółto, a może zawołanie do kolegi ,,ty ch…u” ? Nie. Ula dostała minus, bo nie zjadła obiadu. Afera, pytania: dlaczego, co było na obiad… Cóż, tak oto Ula została zaliczona do niegrzecznych (czyli gorszych, co zostało upublicznione i przekazane głośno przy obcych ludziach!) bo nie podeszła jej zupa pomidorowa. To nie koniec. W tym samym czasie mama przyszła także po Edka (imionami posługuję się tutaj wymyślonymi…), który poszczycić się mógł tego dnia plusem. ,,A ty ładnie zjadłeś!”- cieszą się kobiety. Mały puchnie z dumy, posyłając pełne wyższości spojrzenie przestraszonej Uli, okraszając je komentarzem: ,,A ONA NIE!!”. Byłam zażenowana.

  Powiedzcie mi, ale tak szczerze: czy ze mną jest coś nie tak, że dostrzegam w tym brak szacunku wobec dzieci i jakiś absurd? Jak można ukarać (bo taki minus chyba nagrodą nie jest?) dziecko za to, że nie zjadło obiadu?! Jak można głośno o tym debatować w jego obecności w biernym towarzystwie innych dzieci, a także całkiem obcych ludzi? Jak można od razu po ,,dzień dobry” tonem rozkapryszonej królewny informować, że dziecko było NIEGRZECZNE, nie wspominając ani słowem na temat tego, co Staś, Ola, Sławuś zrobili tego dnia dobrego? Gdy widziałam to w przedszkolu Maksia, pomyślałam, że babka ma po prostu gorszy dzień. Gdy sytuację miałam okazję ,,podziwiać” w innym przedszkolu, dało mi to do myślenia. Ale też uczuliło. Zauważyłam, że opiekunowie dzieci, które przez panie zostały określone, jako niegrzeczne, sami od razu stają w pąsach i żeby odreagować, trzymają stronę przdszkolanek (nawet gdy zarzut jest dziwaczny). Dziecko w tym momencie samotnie musi stawić czoła bezsensownym zasadom i sytuacji, w której jest poniżone, negatywnie ocenione. Mój syn nie chodzi do przedszkola. Może kiedyś pójdzie. Więc muszę pamiętać, by w razie usłyszenia tekstu ,,Felek był dzisiaj niegrzeczny”, stanąć w jego obronie i przede wszystkim zripostować, że bieganie/niejedzenie zupy/rozśmieszanie to nie przestępstwo, ponieważ autentycznie tak uważam, a w oczach synka nie chcę jawić się jako schizofreniczka.