Ocean Park

   Dzisiaj udało się zrealizować plany dotyczące wycieczki do Władysławowa, a konkretnie do otwartego w maju br. Ocean Parku, który to emocje wzbudził ogromne i w rozmowach jego temat przetrwał do końca dnia. Ocean Park to miejsce, gdzie zgromadzono modele morskich zwierząt w naturalnych rozmiarach, punkt gastronomiczny i plac zabaw kosmiczny, maksymalnie nowoczesny i czaderski (poczułam się normalnie jak nie w swoim kraju), atrakcji będzie niebawem więcej, bo Park wciąż jest w budowie. Więcej będzie, ale jak na dzisiaj to dla nas starczyło, dzieciaki się pozytywnie zmęczyły, dobrze jest. Skład tym razem obejmował babcię, dziadka, mamę oraz 2 łobuzów, Felinka i Maksia. Już za bramą mieszane uczucia zapalił w nas potężny aligator. Gdy Felek go ujrzał, zapowiedział hardo, iż iść dalej nie zamierza i nawet solenne zapewnienia, że aligator plastikowy, wykrzykiwane pospołu przez wszystkich łącznie z troskliwym kuzynem, nie zdołały stłumić strachu. Dopieroż dziadek, łeb na karku mający, na ów kark jeszcze i wnuka jedynego wrzucił ochoczo i podszedł z balastem do rozwartej paszczy, a wsunąwszy palce między zębiska przewielkie, przekonał dziecko, iż aligator niegroźny. A dziecko pragnieniem ognistym zapłonęło, by zwiedzać dalej. I już się nie bało.

   A dalej orki, foki, kałamarnice, żółwie, pingwiny, ryby, uszatki, walenie i rekiny. Zainteresowanie żywe wzbudzały, wbrew pozorom szczególnie figury względnie nieduże, takie, które można było dotknąć, a nawet przytulić. Chociaż monumentalna orka z rzędem białych zębów, także się podobała. Dzieciaki na początku latały jak naćpane, chciały widzieć i głaskać wszystko, a niestety co jakiś czas trzeba było dokonywać wyboru, gdzie iść, gdyż nie było jednego, narzuconego kierunku zwiedzania; park zbudowany jest raczej z sieci ścieżek, łączących się w różnych punktach. W sklepiku z pamiątkami był do odebrania upominek (dla wszystkich korzystających z Ocean Parku w czerwcu przygotowano taką niespodziankę), który okazał się być pierdzącą plasteliną albo kauczukową piłką. U nas były 4 bilety, więc, jak nietrudno się domyśleć, każde z dzieci otrzymało i pierdzącą plastelinę, i piłkę. Plastelina, jakkolwiek estetycznych doznań zbyt wzniosłych nie wzbudzała w pełnoletnich uczestnikach wyprawy, to jednak ci niepełnoletni oszaleli na jej punkcie. I to słowo: ,,pierdzieć”, odmieniane przez wszystkie kategorie gramatyczne… Upodobał je sobie szczególnie Maksio, który z racji wieku już zdaje sobie sprawę, że pierdzenie może nie do końca jest na miejscu w towarzystwie, no ale skoro pani w sklepiku sama tego słowa użyła, to tabu zniknęło. Czteroipółletnie rozsmakowanie w cedzeniu tych rozkosznych sylab: ,,PIER- DZI!!, PIER-DZĄ-CA!, PIER- DZIEĆ!” umilało nam spacer w sposób dość specyficzny, ale że radość wielka, to i nikt rozsmakowania hamować nie śmiał…

   Gdy już większość lyb, lekinów i innych pingwinów została obmacana, przyszedł czas na plac zabaw. No, powiem szczerze, jako koneserka placów zabaw, widziałam już ich wiele w naszym (i nie tylko) kraju, ale takiego cuda to jeszcze nie miałam okazji podziwiać. Nawet nie wiem, od czego zacząć.Trampoliny różnego rodzaju, dmuchane materace i zjeżdżalnie, różne instalacje rodem z festynów i wesołych miasteczek, wszystko za to nowiutkie, bez dodatkowych opłat i z obsługą, która czuwała nad bezpieczeństwem bawiących. Oprócz tego ogromny, wielopiętrowy zamek ze zjeżdżalniami i rurami, labiryntami i schodami, drabinami, dachami i tunelami! Odjazd! To nie koniec, bo plac usiany był również mniejszymi atrakcjami, pojedynczymi zestawami, huśtawkami w kształcie fok, jajkami do chowania się i dziesiątkami tak rozmaitych realizacji, że nie wiem, kto to projektował, ale zmysł i znajomość dziecięcych upodobań miał na pewno. No i wszystko na piasku, a nie na betonie, który to straszy we wielu tego typu miejscach, nawet budowanych współcześnie. Dzieciaki wsiąkły, my sobie z moją mamą wypiłyśmy kawkę i zjadłyśmy lody (sprytnie, żeby nam nikt nie sępił), a dziadek- cóż…- no przecież ktoś ich musiał tam na tym placu zabaw pilnować…

   Po wybrykach na trampolinach, zamkach i fokach ruszyliśmy ponownie w trasę, bo jeszcze kilka zwierzaków do zobaczenie zostało. Chłopcy jednak byli wyczerpani, jedyne co ich interesowało, to butelka z zimną gazowaną wodą. Maksio nawet sam przyznał, że on już nie chce oglądać, ale chwała Bogu, 200 metrów marszu zostało do parkingu. Felkowi się przypomniało, że on chce jednak z Maksiem iść za ląckę, Maksio z nim iść nie chciał, już się Felkowi syrena włączała, więc hop!- do dziadka na barana i do widzenia. Kolejna turystyczna miejscówa w okolicy przetestowana i nawet nie zdechłam ze zmęczenia, bo przecież byli moi rodzice, więc pomoc i transport samochodem zapewnione. Dzień oceniam na pięć z plusem! Do szóstki brakuje jedynie połowy wieloryba, bo jak mówiłam, nie wszystko jeszcze w Ocean Parku skończone, m. in. płetwal błękitny zbudowany do połowy i tylko ogon wznosi się pod niebo. Ale czepialska nie jestem.

Pytałam się po południu Felonka, czy i gdzie jeszcze ma ochotę dzisiaj iść na spacerek z mamą i Lilką. Odpowiedź: ,,Na ten plac zabaw, co były lekiny”. Myślę zatem, że i w jego ocenie Ocean Park zasługuje na pochwałę!:)

4 myśli nt. „Ocean Park

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>