Stado wielbłądów w pędzie

   Tytuł świadomie nawiązuje do świata zwierząt, dzisiaj bowiem stało się to w sezonie bywa nieodzowne, gdy ma się dzieci- własne lub w ogóle w rodzinie- znalazłam się w gdańskim ZOO. Oczywiście nie w byle jakim towarzystwie, bowiem wraz ze mną na wyprawę wyruszyło dwóch amigo- śniady jak Cygan trzylatek nazywany dalej Felkiem oraz aryjski blondyn o spojrzeniu jak zimna stal, w niektórych kręgach określany jako Maksio. Zaraz na początku, w tzw. małym ZOO, gdzie można pogłaskać kózkę lub stanąć oko w oko z najprawdziwszym chomikiem (tak między nami była to świnka morska, ale eksplorerzy tak bardzo podniecili się faktem ujrzenia chomika, że szkoda mi było wyprowadzać ich z błędu), usłyszałam słodkie ,,Dzień dobry”. Nie inaczej, oto śliczna mała dzieweczka do mnie kierowała te słowa! Patrzę na nią, jak niedorozwinięta, buzia znajoma,ale o ile pamiętam, rozmiar nie był tak spory… Myślę- no tak!! Dominika!! ,,Dzień dobry!!”- krzyknęłam- ,,Dominiczka!! Gdzie mama?!”. Ludzie, wzruszyłam się. Oto dziecko sześcioletnie, które nie widziało mnie ponad rok, poznało we mnie swą dawną sąsiadkę z Gdańska, z ulicy P…, klatki I. Poznało… I dzięki temu dalsza wędrówka po ZOO odbywała się w uroczym towarzystwie dwóch eks- sąsiadek oraz chmary pociech, bo Dominiczka ma młodszego o rok brata Filipa.

   Chmara niezmiernie szybko się zintegrowała. Maks zapałał uczuciem do nowopoznanego rówieśnika Filipa, przez co zdrada ukochanego kuzyna niechybnie nastąpiła. Ale nie ma tego złego… Dominika, przez młodszego brata także opuszczona, instynkty opiekuńcze realizować musząca, zajęła się Felkiem przykładnie. Gdyby miała siłę, samodzielnie wkładałaby go do wózka. A tak ja to robiłam raz na jakiś czas (zaznaczam, że rzadko, bo chociaż nie nadążał, moj mały i tak latał za resztą stada, czasami przyprawiając mnie o stan przedzawałowy, gdy z góry na pazury z totalnie wyłączonymi hamulcami pędził na łeb, na szyję…), ona zaś przypinała go szelkami i pchała ten nieszczęsny wózek, chociaż wagowo, podejrzewam, ,,dziecko” niewiele różniło się od ,,opiekunki”… Natomiast co fajne: Maks oraz dzieci Moniki przejechały się na konikach (Felek też zapragnął, więc zapłaciłam i za jego przejażdżkę i wówczas Felkowi przypomniało się, że właściwie to nie chciał jechać, tylko biegać za łażącym w kółko koniem… Na szczęście udało się go od tego pomysłu odwieść, a pani oddała pieniądze), zjedliśmy wszyscy frytki i gofry, dzieciaki nakarmiły wielbłądy. Ponadto tygrys się zdenerwował i skakał na szybę oddzielającą go od widowni z otwartą paszczą! Ja tam się przestraszyłam, to jest chyba taki atawistyczny lęk. I jeszcze: zdzwoniłyśmy się z Sabinką, czyli niebawem dołączyła do nas i ona wraz z mężem i Helenką. Czyli klatkowy (niezapomniana klatka I…) mityng w ZOO. Poczułam się… nie wiem, czy jak dawniej. Na pewno było bardzo miło. Cudownie się gadało. Dzieciaki latały. Helenka już bez pieluchy, opowiadająca… A przecież poznałam Sabinkę dosłownie kilka dni po tym, jak dowiedziała się, że jest w ciąży. A przecież przez dwa lata stałyśmy się sobie bardzo bliskie. Bywałyśmy u siebie codziennie. Czasami wydaje się, że coś jest niezniszczalne. Przychodzi mały wietrzyk i rozdmuchuje wszystko w drobny pył. Życie się nie skończyło, kto wie, może jeszcze kiedyś los nas rzuci obok siebie, w tym kraju, czy w innym. W takich chwilach uświadamiam sobie, jak bardzo mi jej brakuje. Jak szczęśliwa byłam TAM. Ale cóż…

   Pozytywne zaskoczenie: nie tylko ja odnajduję się w stadzie wielbłądów, zwanych czasami dziećmi. Okazało się, że matki pociech w ilości więcej niż 1 łączy tajemna więź. A mianowicie: różnicę robi im tylko, czy jedno czy inna ilość. W sensie, czy jedno, czy dwa, jedno czy trzy… A nie np. dwa czy trzy. Dywaguję oczywiście na temat ilości dzieci pod kontrolą. Czasami jest mi głupio, że jestem taka walnięta, bo dobrze mi w stadzie i nawet na moje poczucie humoru jakoś tam oddziałują dziecięce teksty, zachowania. W chwilach nadmiernej aktywności maluchów, patrzałam badawczo na Monikę. Raz nawet ośmieliłam się (dość nieszczerze) określić zjawisko: ,,co za dzicz!”, chociaż do dziczy w znaczeniu bandy bolszewików było mu dość daleko. Reakcja Moniki: zero przewracania oczami, zero wzdychania pełnego przerażenia czy irytacji, zero ,,niech to się już skończy”. Jedynie pobłażliwy uśmiech  Prosto się wyrażając, jest mi z dziećmi wesoło, a dziś przekonałam się, że nie tylko mi. W naszej orbicie baraszkowała czwórka. Ile tu momentów do zapamiętania, jaka behawioralna podróż po historii ludzkości w małym zoologicznym skrócie! Ile nawiązanych relacji… Dwa, czy cztery, to tak szczerze już różnicy nie robi. Na prawdę. Chyba że pozytywną.A przez to, że stado zajmowało się generalnie sobą, dwa osobniki pod moją kuratelą nie były w żaden sposób męczące. I powiem więcej, jak czasami jestem gdzieś tylko z Felkiem, to on sam jest dużo bardziej absorbujący, niż on z Maksem, niż on z Maksem, Dominiką i Filipem. Tak się cieszę, że mam już jakiś etap za sobą. W sensie ciążę, poród, okres noworodkowy i wczesne niemowlęctwo DRUGIEGO DZIECKA. Jak jeszcze Lilunia nauczy się bronić przed agresją ze strony brata, będzie już zupełnie z górki.

W powrotnej drodze byliśmy już nieco zmęczeni. Jechaliśmy autobusem, potem czekaliśmy prawie pół godziny na pociąg, potem tymże podróż trwała ponad 40 minut. Całe szczęście, od Sabinki Felek dostał taki fajny samolotowy zestaw, w skład którego wchodziło foliowe lotnisko, 2 samolociki i książeczka tematycznie powiązana z resztą. Chłopcy, można nawet tak powiedzieć, razem się bawili. Czasami się szczypali, czasami wyrywali sobie samoloty, chociaż każdy miał po jednym, czasami któryś kopnął jakiegoś współpasażera niechcąco. Reagowałam jedynie gdy musiałam reagować. Generalnie nie wtrącam się w ich problemy. Mniej więcej co 7 pisków sennie mruczę coś w stylu: ,,Cicho/ Nie bić się/ Zostaw go”, ale nie dążę nawet by się przekonać, jaki jest tego skutek. Nie patrzę na nich. Chyba, że dzieje się coś nieoczekiwanego, wyjątkowego, co może oznaczać chociażby jakąś groźną chorobę któregoś z nich. Np. dzisiaj, gdy ni z gruszki, ni z pietruszki Felek ujął twarz Maksia w obie dłonie i pełen zachwytu zaczął deklamować: ,,Maksiu, jesteś jesce mały. Jesteś słodziutki. Jesteś ukochany…” Cóż, nie wiem, co mu odbiło, gdyż przez całą wyprawę akurat dzisiaj kuzynowska miłość buchała w solidnym ukryciu. Maks uciekał Felkowi, a ten ryczał, że tak nie wolno, przy czym jak tylko mu się udało go dorwać, szarpał go i popychał. Czyli normalna norma.

Powoli. Powoli uczę się dawać sobie prawo do przeżywania emocji związanych z macierzyństwem takimi, jakie one są. Jestem szczęśliwą mamą a obecny trend nakazujący akcentowanie negatywnych stron rodzicielstwa nie odbierze mi tego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>