W nieznane!

  Jako, że z moimi dziećmi przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu dłużej niż pół godziny grozi poważnymi powikłaniami, codziennie staram się im fundować jakieś rozrywki. Czasami wychodzi z tego coś sensownego, czasami mniej, ale generalnie chodzi o to, że w plenerze ich konfiguracja jest dużo bardziej znośna. Jeździmy zatem na plażę (przedwczoraj; plażowy debiut Lileczki z zapałem raczkującej po piachu), do ZOO (wczoraj; bez towarzystwa też było uroczo, tym bardziej, że wybraliśmy się przed południem i mogliśmy podziwiać karmienie zwierząt!) a dziś… Pojechaliśmy w nieznane. Cel jakiś tak mgliście określony był: kupić miód z pasieki z zadupia za Rumią. To znaczy, wiedziałam, że w Dębogórzu (rzeczone zadupie, mieszkańców przepraszam) jest pasieka i mają tam jagodowy miód. Chciałam go kupić, ale bez ciśnienia. Felek, pamiętający smak miodu porzeczkowo-waniliowego z tejże pasieki, zakupionego na targach ogrodniczych, gorąco kibicował takiemu celowi. No to wyszliśmy z domu mimo grubo ponad 30-stopniowego upału i poszliśmy na przystanek. Pierwszym autobusem, który przyjechał zabraliśmy się w nieznane. Bo nie miałam pewności, czy ON TAM JEDZIE, i jak to w takich przypadkach bywa, nie jechał…

Wysiedliśmy na ostatnim przystanku ledwo żywi, bo klima oczywiście nie działała, wskutek czego w pojeździe było tych stopni chyba z 45. Całą drogę nawadniałam z butli lepką Lileczkę, zakręcając i odręcając na zmianę dużą butelkę, w zależności od tego, czy Felek już się napił, czy chciał się napić jeszcze łyczek. Od razu po wyjściu, miast pasieki zauważyliśmy statek, wigwamy, ujeżdżalnię i plac zabaw, a za chwilę Murzyna w stroju żołnierskim wykrzykującego po angielsku komendy do grupy dzieciaków w wieku ok. 12-13 lat. Chciałam się zdziwić, ale pomyślałam tylko, że w pełnym umundurowaniu i wysokich butach musi mu być potwornie gorąco i ciekawe, ile zarabia. Felek patrzył na to wszystko z mieszanką niesmaku, zaciekawienia i strachu. Zapytałam panią w stroju do jazdy konnej, o co tu chodzi i gdzie my właściwie wylądowaliśmy… Była bardzo miła. Dała ulotkę rancza (bo okazało się, że to ranczo) i wpuściła nas do zwierzęcego zaścianka, gdzie występowały konie w oknach stajni, ponadto jakieś kudłate bydlę (z możliwościa pomacania), koguty, kaczki, gęsi, indyki, kury, lamy (!!) i kozy. Felek grzecznie zagadał do tłustych gęsi, przedstawił siebie oraz swoją mamę i siostrę, zapytał o samopoczucie i polecił dużo pić, bo upał. Konia się trochę bał, lama na nas syczała (miała małe i chyba była na tym tle nerwowa, skąd ja to znam?), krowę pogłaskał, koguta wyśmiał. Plac zabaw bardziej go interesował ogólnie, ale nie mam mu za złe. Ważne, że czas mijał, Lilka się nie darła, zapas wody był.

Na placu zabaw spotkaliśmy małą dziewczynkę z tatusiem. Dzięki temu dowiedziałam się, że to jeszcze nie to zadupie o które mi chodziło (w kontekście miodu) i muszę teraz pod górę iść przez las parę kilometrów, jeśli chcę swój cel osiągnąć. Chciałam. Felek podniecił się koniecznością przebycia drogi przez las, bo on kocha wszelaką dzicz. Tatuś dziewczynki trochę się zdziwił, że odległość i pogoda nie zniechęciły mnie, ale powiedziałam mu: ,,Zaplanowałam sobie dzień poza domem, więc nie robi mi różnicy, czy to będzie pięć kilometrów, czy dziesięć. Po prostu dzieci są znośniejsze, gdy coś się dzieje, więc niech się dzieje co chce”. On ze śmiechem przyznał mi rację. Z rozmowy wywnioskowałam, że opiekuje się dzieckiem samotnie, z obserwacji, że mała zakochana w nim po uszy z wzajemnością. Czyli na pewno mnie rozumiał…

Poszliśmy przez ten las. Rzeczywiście, droga do najłatwiejszych nie należała. W zasadzie cały czas pod górę, zero pobocza, a ruch jak to między wiochami, umiarkowany, ale trzeba było jednak uważać. Felek ile dał rady iść, tyle dał, i tak wg mnie dużo, jak na niego. Objawienie: poziomki. Wielkie, słodkie. Rosły przy samej drodze, co oczywiście zaświeciło mi w głowie lampką z dzieciństwa: ,,Spaliny!!!”, ale zgasiłam ją natychmiast, bo jakoś nie mogłam się powstrzymać. Sama żarłam i karmiłam Felka, jak konia, całą otwartą dłonią poziomek. Nawet obecność komarów nam nie przeszkodziła w celebrowaniu tej chwili. I tak dotrwaliśmy do Dębogórza, że tak powiem, właściwego. Burzowe chmury zebrały się nad nami, ale gorąco wciąż było tak, że nawet w duchu modliłam się o delikatne deszczowe odświeżenie. Od razu trafiliśmy na dobry trop i pasiekę, gdzie kupiliśmy ten zasrany miód. Żurawinowy. Felek aż skakał z radości i uznał wycieczkę za skonsumowaną. A że wszystko, co skonsumowane, robi się nudne, od razu po zakupie, mój syn obwieścił, że chce do domu. Ja też chciałam. Tylko za bardzo nie wiedziałam, jak, a wracać lasem jakoś mi się nie uśmiechało, tym bardziej, że zaczęło mżyć. Znaleźliśmy przystanek, a obok niego szkołę z placem zabaw. Sprawdziłam, że do autobusu (innego niż ten, którym dojechaliśmy do rancza, oczywiście, tego, którym od razu powinnam jechać, albo i nie powinnam, bo bym wówczas nie ujrzała indyków i kaczek) mamy prawie 50 minut. Poszliśmy zatem na ten plac zabaw. I zaczęło lać.

Najpierw lało, potem lało mocno, a na końcu tak lało, że drewniane zadaszenie, pod którym się skryliśmy przestało pełnić swoją funkcję. Przytuliliśmy się, jak tylko to było możliwe, do muru, Felek okrył się moją długą spódnicą, a Lilkę obłożyłam czym się dało (za dużo tego nie było, z uwagi na upał nie pomyślałam nawet o zabraniu skarpetek dla kogokolwiek, a cóż dopiero jakichś kocyków czy folii). Ona akurat z pozytywnymi uczuciami przyjęła to oberwanie chmury, bo lubi szumy, a ten był taki, że nie słychać było normalnie wypowiadanych słów. Staliśmy pod tym daszkiem, wyżerając całą trójką miód żurawionowy ze słoika. Po chwili otaczało nas jezioro. Droga zmieniła się w rzekę, którą samochody musiały przepływać (tak to wyglądało), co niezmiernie bawiło mojego syna. Z zakamarków powychodziły maleńkie, zaledwie centymetrowe żabki, będące przedmiotem fascynacji trzylatka (no cóż, ten rozmiar fauny jak widać akceptuje). Nagle minęło pół godziny. I kolejne 15 minut. Deszcz ustał. Poszliśmy na przystanek.

W autobusie usiadł na przeciwko nas pan z gołymi nogami, pełnymi paskudnych ran. Wyglądało to jak zaawansowane zmiany martwicze… Fala współczucia i obrzydzenia uderzyła mnie w mózg. Człowiek z ironicznym uśmiechem,który nie schodził z jego twarzy i różową czapeczką Hello Kitty na głowie prezentował się dość upiornie. Spojrzałam na Felka, czy widzi i przygotowałam się na pytanie, co panu się stało. Nie padły. Mały chłopiec patrzał na okrutnie chore nogi starszej osoby z wielkim skupieniem. Po chwili jakby coś sobie przypomniał. Podniósł swoje śliczne opalone kolanka do góry, obdarzając je krótkim, ale wnikliwym spojrzeniem. Coś jakby ulga i już nie oglądał- ani swoich, ani pana. Przyszło mi na myśl, że mój synuś dopiero poznaje prawdę, mianowicie że nie wszystko jest tak cudne, wesołe i bezpieczne, jak to, co go otacza. I niejeden szok przed nim…

W domu dzieciaki dość szybko padły. Uwielbiam takie wycieczki. Dzień mija (do przyjazdu Marcinka 3 tygodnie!), maluchy na powietrzu, coś tam zobaczą, jest okazja sprawdzić się w różnych warunkach, nie ma miejsca na nudy. Bo ja nie wiem. Nie wiem, co można robić z dziećmi w domu. Frustruje mnie to potwornie, że ich nie ogarniam w 4 ścianach, ale jak jest możliwość to obejść, to obchodzę. A czasami objeżdżam. Bardzo dosłownie:)

 

4 myśli nt. „W nieznane!

  1. dorota

    no strasznie ciężko ;) wyjmij telefon z tyłka i napisz smsa :) Albo mam lepszy plan daj Felkowi on ogarnie na pewno ;)

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      ja ci dam znać,ty się będziesz godzinę fatygować,a pogadamy 5 minut:) szkoda mi Twojego czasu marnować,wierz mi,że to raczej nie są pobyty relaksacyjne;p

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>