Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

Miało być o obawach…

… więc będzie. Drugi wpis tego samego dnia, no szaleństwo! Tego jeszcze nie było. Ale emocje są. Lileczka w fazie zasypiania (już bezgłośnego), Felek na wieczornej przechadzce z tatą. Ja w rozsypce. Właśnie świeżutko po pożegnalnej kawce z moimi rodzicami. Coś mi mokro na oczach. A dzielna staram się być tak bardzo, że aż mnie głowa rozbolała.

Ludzie. Niby jestem antyspołeczna i introwertyczna. Najlepiej mi samej albo z Marcinkiem. Tak mi się zdawało. Że lubie dawkować sobie towarzystwo. Teraz spada na mnie jak kowadło świadomość, że kawka z koleżanką to będzie święto, a piwo z sąsiadem- szczyt marzeń. Że nie podrzucę dzieci do babci, nie pojadę na wieś do rodziców, nie umówię się na dworcu, ani w parku, ani pod sklepem. Będzie mi brakowało ,,siedzenia”- przyjdź, to sobie w ogródku usiądziemy. Przyjedź, to sobie wieczorem posiedzimy. Wpadnij, będzie jeszcze G, I. i W., mam nową kanapę to będziemy sobie siedzieć jak dzieci zasną. W ,,siedzeniu” zawiera się sieć przyjaźni, znajomości bliższych i dalszych, urodzinek, grilów, ognisk, noclegów, kaw, piw, czipsów, babeczek, no ten… życia. W Gdańsku, w Rumi, swego czasu dawno temu w Sopocie, nigdy tego nie brakowało. A teraz zabraknie.

Robi mi się słabo na myśl o tym, że się nie odnajdę, bo ze wszystkich stanów na świecie najbardziej nienawidzę czuć ,,nieodnalezienia”. Tu mam portal Miasto Dzieci, który wysyła mi newsletter i wiem, jakie teatrzyki, warsztaty, pikniki. Znam Trójmiasto, z zamkniętymi oczami trafię do ZOO, do oceanarium, na plaże, na klify, na wszystkie najfajniejsze place zabaw. Widzę na fejsie, że w Gdańsku dekorowanie babeczek dla maluszków, to pakuję manatki i tam jestem. Nie czaruję się- mój angielski nie otworzy przede mną nagle wzystkich lokalnych portali, nie przykłuje wzroku do plakatu promującego jakieś wydarzenie. Jedna nadzieja w tym, że tam jest dzieci na prawdę dużo. I chyba coś się dla nich dzieje. U nas niby taki słaby ten przyrost naturalny, a nie da się nudzić w mieście, bo na upartego każdego dnia można być gdzie indziej i spędzić miło czas wśród innych ludzi, dzieci, zabawek, ciekawych zajęć, nieznanych zjawisk, zwierzaków. Ale tutaj… wiem i znam wszystko! Autobusy, pociągi, skróty. Każdy mi mówi: ,,ogarniesz się!” i zapewne ma mnie to pocieszyć. Więc uśmiecham się, bo trzeba robić dobrą minę do złej gry. Ja na prawdę się martwię, jak dam radę wypełnić czas dzieciakom czymś pożytecznym, a zarazem przyjemnym, ciekawym. Bo spacer na pastwisko w celu popatrzenia na krówki- tak, ale ile dni z rzędu będzie to atrakcja? Dwa, trzy? To moja, po braku życia towarzyskiego, największa bolączka.

Trzecia sprawa, która mnie męczy, jest absurdalna. Sama zastanawiałam się, czy o tym pisać. Ale napiszę, jak już drugi raz tu dzisiaj włażę, to będę szczera. Otóż przez te 5 miesięcy wykształciłam w sobie taką samodzielność, taką organizację, w dodatku połączoną z oszczędnością, że teraz boję się, że…. będzie za łatwo. W tym sensie, że jednak nie będę zdana na siebie, zwłaszcza przez jakiś nieokreślony czas, gdy będziemy mieszkać u Marcinka siostry. Ona robi zakupy dla wszystkich przez internet, jej pralka nie psuje się co kilka dni (i ma suszarkę elektryczną…), tynk nie kruszy się na głowę z sufitu, Marcinek zobowiązał się do gotowania w weekendy. Nie potrafię być niepotrzebna i chyba nie potrafię być zadbana. Boleśnie wkręciłam sobie pod czaszkę przeświadczenie, że muszę dbać o siebie sama i teraz równie bolesne będzie wykręcenie. Głupie, co? Ale mnie męczy. I chciałabym wiedzieć, że inni też tak mają, lecz wyciągnąć z ludzi takiego typu zwierzenia graniczy z cudem.

I tak właśnie spędzam wieczór. Na zamartwianiu się, przetykanym euforią. Jestem zmęczona, a nie mogę się położyć, jakiś wewnętrzny przymus mi na to nie zezwala. Marcinek z Felkiem… Widok ich razem to moja motywacja, żeby już te obawy jakoś pokonać. I pokonam, kto ma dać radę, jak nie wieczna wojowniczka?:)

Walizki

Żeby dostać się do komputera, musiałam ominąć cichutko (Lileczka śpi) potwornie ogromną walizę, leżącą jak zdechły wieloryb na plaży na środku naszej sypialni. Z walizy wyglądają bebechy- fioletowe legginsy, malinowe bolerko, błękitne body niemowlęce, czrwona dziecięce koszulka z pociągiem Tomkiem, pielucha tetrowa i liliowe rajstopy. To na wierzchu, środek o wiele bogatszy, bo wchłonął większość garderoby matki z dwojgiem dzieci. Jak tak patrzę i oceniam, waliza będzie jeszcze jedna. Zamierzamy wprawdzie skorzystać z usług firmy kurierskiej i część dobytku jej powierzyć, ale i tak… Patrzę na ten cały nasz mikrokosmos. Duplo, kurtka zimowa, miliony kolczyków. Pościel w liski mojego synka. Już dwa razy z Marcinkiem zdążyliśmy się poprztykać o to, co i w jakiej ilości zabrać. On, że mam to wywalić. Ja na to, że nie będę nowych rzeczy wyrzucać. No to on, że zostawić. No to ja, że przecież potrzebuję. I tak w kółko. Nie jestem przywiązana do przedmiotów, nie cenię ich, ale skąd mam wiedzieć, czy gorycz zmiany miejsca zamieszkania nie zostanie malutkiemu chłopcu nieco osłodzona, jeśli będzie zasypiał na swojej podusi, z ustawionymi koło swojego łóżka, swoimi ludkami i zwierzątkami? Jeśli tak, to czy mogę mieć dylemat…? A nie wiem tego, bo mi nie powie, bo ma trzy latka i pewnych rzeczy nie potrafi zwerbalizować. A moim obowiązkiem jest odgadywać, podążać za tymi odgadnięciami i ratować, gdy jest źle.

Najbardziej cieszę się, że będziemy wszyscy razem. Że wieczorami, gdy dzieci posną, MY będziemy dla siebie. A w weekendy będziemy całą rodziną jeździć na wycieczki lub miło spędzać czas w domu, na spacerze. Będziemy z Marcinkiem obgadywać nasze dzieci, naśmiewając się z ich min i sposobu jedzenia. Wyjątkowe rodzicielskie poczucie humoru: ,,Weź już tę małpę ode mnie, bo się cała uje…. od tego żarcia a ja mam białą koszulkę.” W nocy zaś, po ostatnim całusie w śpiące trzyletnie czółko: ,,Nie, no tego dziś chyba popier…, naćpał się czy co?!”. Zgadzamy się z tym w pełni, jest wsparcie. Całe zmęczenie, frustracja, schodzi. Włączamy horror i ja zakrywam oczy przy wyrywaniu zębów na żywca, a Marcinek zdobywa się na recenzję: ,,Co za gówno.” Teraz gdy to piszę, łzy bezgłośnego śmiechu spływają mi po policzkach. Właśnie to jest to. Nie musimy niczego udawać. Lukier życia rodzinnego skrobiemy łyżeczką, zostaje tylko, co w środku, samo sedno, smak bez mdłości. Tak mi tego brakowało, tak bardzo szczęśliwa jestem, że już wróciło i wymazuję z pamięci ten okres, kiedy… Po prostu nie chcę tego pamiętać, nie było, zaczynamy od nowa.

Są i obawy, ale o nich potem. Lileczka się obudziła, więc dziś kończę na tym, co piękne :)

Z tatą

Mali chłopcy lubią przebywać z tatą. Gdy jest tata, młodsza siostra nie jest uciążliwa i przez to i jej żywot staje się znośny, bo za swą niemowlęcą uciążliwość nie obrywa. I mama jakaś taka sensowniejsza, bo zadowolona i komputer nie zawiesza się bez przerwy, bo nikt z niego nie korzysta. Gdy jest tata, to i obiady zdrowe lepiej smakują. I zwierzęta w ZOO ciekawsze, i ryby w oceanarium kolorowsze, i woda w morzu cieplejsza, i koty się małe rodzą od razu u sąsiadki, i gałęzie trzeba ściąć, bo za długie urosły, a potem je razem z tatą posprzątać z chodnika, i w szafie z jedzeniem nie ma czasu grzebać ku niezadowoleniu mamy, i wujek nagle jakiś przyjeżdża i zabiera razem z tatą na wycieczkę, i w ogóle ten świat jakiś taki przyjemniejszy.

Gdy jest tata, mały chłopiec od razu ma poździerane kolanka. Bo lata i bryka więcej, i po żużlu, i po piachu, i po drzewach. I czasem się popłacze, bo myśli, że tata przyjechał tylko się z nim bawić, a tu się okazuje, że tata też zabrania włażenia na kredens. Tylko że taty się słucha. I to słuchanie, ten wewnętrzny przymus słuchania taty powoduje czasami złość i zawód, ale tylko na chwilę. A mama obserwuje i oddycha z ulgą, bo cieszy się, że synek nie spadnie z kredensu.

Mama: ,,Nie skacz, bo spadniesz i się uderzysz”- ,,Nie udezę się”. Skok. Jeden, drugi, trzeci i upadek na krzesło- rozcięte ucho. Płacz, tulenie, mama: ,,Kochanie, widzisz, mama ostrzegała, bo nie chciała, żebyś zrobił sobie krzywdę.” Na drugi dzień seria skoków, a jakże. Tata: ,,Nie właź tam!”- Próba włażenia- ,,Powiedziałem: nie właź!”. Podkówka, minuta buczenia, pójście sobie i zakrycie głowy kołdrą. Ale nie ma rozciętego ucha.

Do mamy: ,,Mamo, jestem dzidziunią, ulodziłem się w spitalu z bzuska”- ,,Oczywiście syneczku, zawsze będziesz moim malutkim synkiem ukochanym”. Mama: ,,Synku, idź sam zrobić siusiu, jesteś duży, poradzisz sobie”- histeryczny płacz: ,,Jestem jesce mały!!!” Tata: ,,Synku, jak ty urosłeś!”. Przyjęte jako dogmat. ,,Ulosłem jus” wszędzie i do wszystkich. Felek urósł, bo ma już swojego wielkiego tatę. I świat się dopełnił.

Mama: ,,Synku, idziesz ze mną do sklepu?”- ,,A tata idzie?”- ,,Nie, zostaje z Lilką.”- ,,Ja tes zostaję z Lilką.” Synek, na widok przytulonych do siebie rodziców: ,,To mój tata”. Mama się przekomarza: ,,To mój Marcinek.” Felek, kokosząc się między rodzicami: ,,To tata Felka i mamy i Lilki. Całej lodziny.” Mamę coś ściska. I wie już na pewno, że nigdy przenigdy. Bo Cała Lodzina musi się trzymać razem.