Miało być o obawach…

… więc będzie. Drugi wpis tego samego dnia, no szaleństwo! Tego jeszcze nie było. Ale emocje są. Lileczka w fazie zasypiania (już bezgłośnego), Felek na wieczornej przechadzce z tatą. Ja w rozsypce. Właśnie świeżutko po pożegnalnej kawce z moimi rodzicami. Coś mi mokro na oczach. A dzielna staram się być tak bardzo, że aż mnie głowa rozbolała.

Ludzie. Niby jestem antyspołeczna i introwertyczna. Najlepiej mi samej albo z Marcinkiem. Tak mi się zdawało. Że lubie dawkować sobie towarzystwo. Teraz spada na mnie jak kowadło świadomość, że kawka z koleżanką to będzie święto, a piwo z sąsiadem- szczyt marzeń. Że nie podrzucę dzieci do babci, nie pojadę na wieś do rodziców, nie umówię się na dworcu, ani w parku, ani pod sklepem. Będzie mi brakowało ,,siedzenia”- przyjdź, to sobie w ogródku usiądziemy. Przyjedź, to sobie wieczorem posiedzimy. Wpadnij, będzie jeszcze G, I. i W., mam nową kanapę to będziemy sobie siedzieć jak dzieci zasną. W ,,siedzeniu” zawiera się sieć przyjaźni, znajomości bliższych i dalszych, urodzinek, grilów, ognisk, noclegów, kaw, piw, czipsów, babeczek, no ten… życia. W Gdańsku, w Rumi, swego czasu dawno temu w Sopocie, nigdy tego nie brakowało. A teraz zabraknie.

Robi mi się słabo na myśl o tym, że się nie odnajdę, bo ze wszystkich stanów na świecie najbardziej nienawidzę czuć ,,nieodnalezienia”. Tu mam portal Miasto Dzieci, który wysyła mi newsletter i wiem, jakie teatrzyki, warsztaty, pikniki. Znam Trójmiasto, z zamkniętymi oczami trafię do ZOO, do oceanarium, na plaże, na klify, na wszystkie najfajniejsze place zabaw. Widzę na fejsie, że w Gdańsku dekorowanie babeczek dla maluszków, to pakuję manatki i tam jestem. Nie czaruję się- mój angielski nie otworzy przede mną nagle wzystkich lokalnych portali, nie przykłuje wzroku do plakatu promującego jakieś wydarzenie. Jedna nadzieja w tym, że tam jest dzieci na prawdę dużo. I chyba coś się dla nich dzieje. U nas niby taki słaby ten przyrost naturalny, a nie da się nudzić w mieście, bo na upartego każdego dnia można być gdzie indziej i spędzić miło czas wśród innych ludzi, dzieci, zabawek, ciekawych zajęć, nieznanych zjawisk, zwierzaków. Ale tutaj… wiem i znam wszystko! Autobusy, pociągi, skróty. Każdy mi mówi: ,,ogarniesz się!” i zapewne ma mnie to pocieszyć. Więc uśmiecham się, bo trzeba robić dobrą minę do złej gry. Ja na prawdę się martwię, jak dam radę wypełnić czas dzieciakom czymś pożytecznym, a zarazem przyjemnym, ciekawym. Bo spacer na pastwisko w celu popatrzenia na krówki- tak, ale ile dni z rzędu będzie to atrakcja? Dwa, trzy? To moja, po braku życia towarzyskiego, największa bolączka.

Trzecia sprawa, która mnie męczy, jest absurdalna. Sama zastanawiałam się, czy o tym pisać. Ale napiszę, jak już drugi raz tu dzisiaj włażę, to będę szczera. Otóż przez te 5 miesięcy wykształciłam w sobie taką samodzielność, taką organizację, w dodatku połączoną z oszczędnością, że teraz boję się, że…. będzie za łatwo. W tym sensie, że jednak nie będę zdana na siebie, zwłaszcza przez jakiś nieokreślony czas, gdy będziemy mieszkać u Marcinka siostry. Ona robi zakupy dla wszystkich przez internet, jej pralka nie psuje się co kilka dni (i ma suszarkę elektryczną…), tynk nie kruszy się na głowę z sufitu, Marcinek zobowiązał się do gotowania w weekendy. Nie potrafię być niepotrzebna i chyba nie potrafię być zadbana. Boleśnie wkręciłam sobie pod czaszkę przeświadczenie, że muszę dbać o siebie sama i teraz równie bolesne będzie wykręcenie. Głupie, co? Ale mnie męczy. I chciałabym wiedzieć, że inni też tak mają, lecz wyciągnąć z ludzi takiego typu zwierzenia graniczy z cudem.

I tak właśnie spędzam wieczór. Na zamartwianiu się, przetykanym euforią. Jestem zmęczona, a nie mogę się położyć, jakiś wewnętrzny przymus mi na to nie zezwala. Marcinek z Felkiem… Widok ich razem to moja motywacja, żeby już te obawy jakoś pokonać. I pokonam, kto ma dać radę, jak nie wieczna wojowniczka?:)

5 myśli nt. „Miało być o obawach…

  1. alinka

    Kurde,Maryś!Łeb do góry i pierś do przodu !!!!Wiem,pieprzę jak potłuczona,bo łatwo się tak gada.Ale przecież nie jedziecie na amen.Wkrótce wrócicie no chyba,żeby wam się porobiło i odmieniło…..to już insza para kaloszy.Najgorzej jest opuścić chałupkę.Byle do samolotu,a potem to już tylko do przodu:):):)Trzymajcie się cieplutko.Ale jeszcze jedno.Wydawało mi się,że pisałaś,że wylatujecie 8 a teraz dowiaduję się że 2.Czy coś mi się popierdasiło?

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      od początku wersja taka,że lecimy 2.08:) może z kimś się Pani pomyliło:) dziękuję za wsparcie… wiem, że będzie dobrze,ale smutno mi,że zawsze trzeba z czegoś rezygnować. I serce mi pęka,jak pomyślę o tej bliskiej relacji Felcia z dziadkami;(

      Odpowiedz
  2. Kasia

    Chciałabym Ci coś napisać, ale sama nie wiem co… Wyobrażam sobie siebie w tej sytuacji i wiem, że też bym się zamartwiała, wiedząc, że to tak naprawdę do niczego przecież nie prowadzi… Człowiek boi się nieznanego, to naturalne. Wiadomo, że dasz radę, bo jesteś inteligentna, bystra itp. itd. ;) Ale nawet sama przed sobą nie potrafię ukryć, że i ja będę za Wami tęskniła…
    Przyślijcie nam koniecznie własnoręcznie zrobioną kartkę! :*

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>