Porzeczki

  Przyjaciółka Kasia oraz dziewczyny z forów na tematy powiązane z rodzicielstwem bliskości i ekologią, zachęciły mnie miesiąc temu do idei BLW. Długo nie mogłam się przekonać, wszak mózg naszpikowany ,,osiągnięciami cywilizacji” apriorycznie odrzuca niekiedy to, co mądre. Było tak: pomysł do mnie przemawiał, niemniej nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Przede wszystkim obawiałam się, że w ten sposób nie da się dostarczyć organizmowi dziecka wszystkich potrzebnych składników, bo jak spapkuję i podam łyżeczką, to całą michę zawsze zje. Tutaj jednak zarówno zwolenniczki BLW, jak i przeczytane przeze mnie teksty na ten temat, uspokoiły mnie, że w wieku 8,9 miesięcy podstawą diety malucha wciąż jest mleko. I to ono ma za zadanie odżywić niemowlę. Ale byłam uparta. No bo jak to: niemowlakowi bez zębów dawać teraz w kawałkach owoce i warzywa, SUROWE? A, dawać. I powiem tak: Lileczka na brak apetytu nie narzekała nigdy, natomiast to, jak trzęsie się teraz na widok śliwek, bananów i truskawek, które kocha do obłędu, jest efektem tylko i tylko BLW. Bo czerwonymi papkami raczej by się tego nie dało osiągnąć. Przykład: Felonek. Póki żarł papki, żarł wszystko (spapkowane). Truskawki, awokado, poziomki, porzeczki, buraki, marchew, brokuły, pietruszkę, no wszystko. Gdy w buzi zabielił się komplet ząbków, czyli w okolicach roczku, przestałam papkować. A on przestał jeść jakiekolwiek owoce, nie mówiąc o warzywach, które odstawił na rok całkowicie, a i teraz nie powiem, żeby jakoś wybitnie je kochał. Owoce? Podobnie. Z łaski czasami jakiś banan, czy jabłko, truskawki go serdecznie obrzydzały. W zmiksowanej zupce (a ja miksuję wszystkie zupy, gdyż tak lubię od zarania dziejów) zjadł wszystko, położone na kanapce- zazwyczaj też. Ale już to samo jako warzywo do obiadu, dodatek do spaghetti, czy w jakiejkolwiek innej formie było porzucane nielitościwie na brzegu stołu. Było, co ja mówię!- jest. Chociaż obserwuję jakąś tendencję wzrostową, jeśli chodzi o ilość produktów akceptowalnych przez mojego syna. Mięso, o tak. Mleko i jego przetwory, a nade wszystko- słodycze. Na temat tych ostatnich już się kiedyś produkowałam, więc nie będę ciągnąć.

   Moja mama ma ogród, a w nim- owoce. W sezonie mam pełne zaopatrzenie. Dziś podjadałam sobie porzeczki, a Lileczka raczkowała po pokoju. Miałam pewne obiekcje przed podaniem jej tak malutkich kuleczek, w dodatku twardych, więc starałam się (co za wyrodna matka ze mnie) ukryć owo podjadanie. Ale mnie zwietrzyła. A jak ona czuje się oszukana, to lepiej uciekać, a na pewno zrobić wszystko po jej myśli. Lileczka bardzo dosłownie rozumie sformułowanie ,,na żądanie” i odnosi do niego wszystkie sfery życia. No więc krótki, nieco chrapliwy, za to nadany na częstotliwości aż bolesnej, krzyk i wyciągnięta łapeczka. Cóż robić? Wybrałam najbardziej dojrzałą, czerwoną porzeczkę i położyłam na otwartej dłoni. Wzięła perfekcyjnym chwycikiem szczypcowym i włożyła do różowej buzi. Chwila zaskoczenia i skwaszenia. Sekunda nadziei, że jej nie smakowało. Łapeczka wyciągnięta ponownie…

Razem zjadłyśmy cały półlitrowy kubek porzeczek czerwonych i żółtych. W międzyczasie Lileczka na chwilę się oddaliła, po czym wróciła z plastikowym bakłażanem i usiłowała załadować go do kubka z porzeczkami. A to nowość, jeszcze jej nie widziałam, ładującej coś do czegoś. Opracowała także inną umiejętność- podawane do łapki porzeczki, łapane w dwa paluszki, sprawnie miażdżyła i taką marmoladę z pestkami pakowała do buzi. Obserwacja tego skupienia, malującego się na małej twarzy, gdy jędrna kulka pod wpływem nacisku przeistaczała się w rozchlapane coś- bezcenna. Gdy owoce się skończyły, musiałam jej pokazać puste naczynie, by uwierzyła, że już nie ma. Melduję: nie udławiła się, nie miała żadnych pokarmowych sensacji.

Lubię patrzeć, jak Lileczka je. Taki talerzyk z kawałkami jabłka i wydrylowanymi śliwkami. Rzuca się najpierw zawsze na to, co lubi albo- co dziwne może- na to, czego jeszcze nigdy nie jadła. Tak było ostatnio, gdy położyłam jej melon i śliwki- spojrzała łakomie na znane sobie owoce, ale sięgnęła po bladozielone słupki. Po krótkim namyśle jednak kawałek melona wypluła, by zająć się śliweczkami. Śliweczki się skończyły, to wzięła się za melona. W zasadzie zawsze zdecydowana większość znika. Śliwki. Ładuje do buzi połówkę i ciamka, że aż słychać wysysanie i połykanie soku. Trwa to tak długo, aż granatowa, czyściutka skórka nie zostanie wypluta albo z zamachem wyrzucona… Lileczka czuje się taka ważna, gdy dostaje ten swój talerz z niebieską krówką i może sama wybierać, jeść, rezygnować, wracać, macać, rzucać, gryźć tymi swoimi dwoma ząbkami, obracać w paluszkach, miażdżyć dziąsłami, lizać, wąchać, wcierać. Siedzę obok, zapatrzona w zmieniające się jak w kalejdoskopie wyrazy jej okrąglutkiej facjatki. Ale ona nie patrzy na mnie, bo jest tak zafascynowana aktywną konsumpcją, że zapomina o Bożym świecie.

To fakt, każdy posiłek trwa przynajmniej 20 minut, a po nim całą Lileczkę należy umyć i przebrać, a krzesełko do karmienia najlepiej wynieść na dwór i tam czyścić za pomocą wiadra z wodą (deszcz pomaga…) oraz rolki ręczników papierowych. Pod krzesełkiem rozłożyłam ostatnio folię (taki tam gadżecik dizajnerski, podobnie jak wmontowana na stałe w pokoju rolka ręczników papierowych…), bo odkurzacz poległ w walce z truskawkami i gotowaną pietruszką. Ale co to jest w obliczu tak jawnego szczęścia dziecka, które na dodatek prawdopodobnie zwiastuje znacznie mniejsze problemy z jedzeniem w przyszłości. Powiem zatem szczerze, że od miesiąca stosuję system mieszany ze zdecydowaną przewagą BLW. Obiadki- zupy kremuję , zdarzy mi się też pognieść banana widelcem, gdy coś spowoduje, że muszę się spieszyć. Mniej więcej raz na tydzień Lilka zajada gotowy sklepowy słoiczek- ale to na wyjeździe albo gdy przekazuję ją pod opiekę babci, od której nie śmiem wymagać, by z równą mi cierpliwością podziwiała owocowo- warzywne wyczyny wnusi.

Jeszcze tylko napomknę o karmieniu piersią- Lilunia miała ostatnio okres, że ssać chciała właściwie tylko w nocy i myślałam, że to początek końca, tym bardziej, że nagle produkcja poważnie zmalała. Po ok. 12 dniach miłość do cyca wróciła u Lileczki ze zdwojoną siłą i po prostu po chamsku się do mnie dobiera, czy jest głodna, czy nie, nawet co godzinę w ciągu dnia i co kilka w nocy. Ale to historia na osobną notkę. Tymczasem zachęcam wszystkich do spróbowania koncepcji BLW, bo skoro ja- sceptyk nr 1 się przekonałam i zakochałam, to jeśli ktoś tylko bardziej nie jest zakochany w dywanie, niż w dziecku, powinien zobaczyć, ile radości to daje :)

4 myśli nt. „Porzeczki

    1. Trus

      Mój też nie ;) Ma 20 miesięcy i dopiero zaczyna cokolwiek poza flipsami i rodzynkami wkładać do ust. BLW uważam za mocno przereklamowaną _ideologię_ – w dodatku nierozumianą. BLW to nie kawałki surowych owoców, tylko pozwalanie dziecku na to, by decydowało co je, ile i w jakiej formie. I są dzieci, które naprawdę wolą owsiankę futrowaną przez mamę, są alergicy, którzy w niby blw dorywają się do swoich najgorszych alergenów (syn i mleko, ach, jak pięknie jechało się karetką do szpitala!), są ci z nadwrażliwym gardłem, wymiotujący po grudkach, są ci, którzy nie lubią zimnego jedzenia, są ci z anemią, którzy mają zaburzony smak… A reklamowanie blw jako uniwersalnej metody na karmienie jest jak zachwalanie chusty czy wózka jako idealnego sposobu transportu dziecka, słoiczków/domowych obiadów, czy pampersów/wielopieluch. NIE MA uniwersalnych metod, co może zaboleć niektórych – i ZAWSZE metody przyjmowane powinny wynikać z możliwości i potrzeb dziecka i jego opiekunów, a nie z rozpowszechnienia sposobu, stopnia jego lanserskości i tak dalej.

      Dzieci opisane we wpisie prawdopodobnie jadłyby tak samo te owoce (lub nie jadły) bez względu na blw ;)

      Odpowiedz
      1. Marysia Autor wpisu

        Masz rację,ale widzę po moim starszym niejadku,że papki nie przysłużyły się do wyrobienia dobrych nawyków;) Natomiast Lilka zajada w zasadzie wszystko,jest otwarta,ale widać,że ma swoje smaki-np. nie przepada za gotowanym ryżem. Oczywiście nie ma jednej metody na cokolwiek w wychowywaniu,żywieniu etc. dzieci i ja tego nie napisałam:) Jednemu dziecku posłuży,innemu nie,natomiast jestem szczęśliwa,że odkryłam ten sposób dla córci,bo jej najwyraźniej służy

        Odpowiedz

Odpowiedz na „TrusAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>