Miesięczne archiwum: Sierpień 2012

Lileczka ryczy

Wciąż źle reaguję na płacz Lilki. Bardzo źle. Darła się całą dzisiejszą noc, budziła co pół godziny. Nic nie pomagało, wypluwała smoczek, cyca nie chciała, rzucała się jak w malignie. Spała oczywiście z nami, bo już wieczorem humoru nie miała. Ząb, demony, brzuch? Nie wiem, ale o świcie delikatnie przełożyłam ją do łóżeczka, bo obudził się Felek i poszliśmy razem do ,,jego pokoju” (tutaj śpi bez nas, jest bardzo dzielny, to inna historia). Nie minęło kilka minut i oczywiście RYK.

Nie mogłam do niej pójść. Coś mnie sparaliżowało. Spokojny ciepły Felek wtulony we mnie, taki jeszcze zaspany, z minką jak u hipopotamka. A za drzwiami przemożny wrzask. Czułam się jakby wszystkie siły mnie opuściły, potworną niemoc a zarazem bezsilną agresję, przeradzającą się w głęboki smutek. Potem kretyńskie pytania: ,,Czy w TYM WIEKU dziecko nadal powinno tak się drzeć? Rozumiem noworodek…” i niemal ze łzami odpowiedź przychodziła już bezprzemocowa: ,,Skoro się drze, to powinno…”, ale i tak NIE MOGŁAM tam pójść. W końcu przestała, ale nie zasnęła, słyszałam jakieś szuranie. Odczekałam aż emocje opadną. Aż Felek zacznie się rozkręcać i będzie pretekst żeby się ubrać, coś robić. Wtedy dopiero poszłam. Jak mnie tylko zobaczyła, uderzyła w tak opętany wrzask, że zalała mnie fala niechęci i agresji. Głęboki oddech. ,,No już, chodź, wstajemy, tak?”. Cycka nie chciała, bawić się nie chciała, tylko być na rękach, więc póki mogłam, nosiłam. Teraz  końcu zasnęła. Znowu po ryku. Bo nawet w trakcie tego noszenia (i jednoczesnego gotowania zupy, robienia śniadania, picia kawy i mycia włosów) porykiwała trąc oczki. Wiadomo, niewyspana po intensywnej nocce. Ja nie czuję się zmęczona. Czuję jakieś idiotyczne poczucie niesprawiedliwości, które dotyka mnie, Felka, Lileczkę. Wczoraj Felek spadł ze schodów i mocno uderzył się w głowę. Ryczał jak zarzynany, nosiłam go, całowałam, uspokajałam. Zero negatywnych uczuć, tylko troska czy aby nic poważniejszego mu nie jest, strach o jego zdrowie. Gdy płacze Lileczka, nie mogę się ruszyć. Nie zawsze, bo gdy wiem, o co jej chodzi i mogę zaradzić, biorę się do roboty bez spadku nastroju. Ale gdy nadaje jak piła mechaniczna przez pół nocy a potem od rana, chociaż wiem, że na pewno nie czyni tego na złość ani bez powodu tylko jednak coś jej dolega, obezwładnia mnie.

Zaraz przypominam sobie siebie o północy zaryczaną, siedzącą w mokrej od nawału pokarmu koszuli nocnej obok leżącej na przewijaku kilkudniowej, tygodniowej, miesięcznej córeczki, z twarzą w dłoniach, przy włączonym odkurzaczu, który miał moc ,,uspokojenia” jej na kilka, kilkanaście minut. Albo ataki na spacerze, pół godziny drogi do domu, Felek otumaniony tym płaczem siostry łapał agresję albo jakieś kompletnie irracjonalne zachowania, ja nad niemowlęciem, cała się trzęsę, listopad, wiatr, a Felek usiłuje wywrócić wózek albo wywala torbę z zakupami. Albo bardzo nagle chce siusiu. I muszę znaleźć krzaczki, pomóc mu. A we wózku wrzask, wrzask, wrzask…………………… Osłabiło mnie to strasznie, spowodowało, że spokorniałam jako rodzic. Na maksa spokorniałam. Tylko teraz chciałabym się z tego wyzwolić, umieć sobie poradzić, sobie i jej, bo przecież nie jest tak, że ja nie chcę jej uspokoić. Nie mogę się ruszyć gdy drąc się,przekracza jakiś tam mój limit. Którego też sama nie ustaliłam. Czuję się od tego zależna i  mnie to przeraża. I tak plan dnia układam pod kątem potrzeb Lileczki, by zminimalizować ryzyko wystąpienia ryku i w zasadzie występuje on coraz rzadziej. Boję się jej płaczu.

Mama wyzwana…

…na pojedynek z Babilonem. Fakt, że prowokowała. Idzie taka mama, taka matka polka z głową w chmurach pojękiwań i oparach przeoczonej pieluchy, która powinna być zmieniona już jakiś czas temu. Lezie taka i nie widzi nic, co poza ortalionową budką wózka, jak coś z niego wypadnie, czy to dokumenty, czy pieniądzie, nie widzi, bo wpada w czarną dziurę, poza wszechświat, który nazywany jest ,,zajmowaniem się”. Dziećmi. No, chyba, że smoczek wypadnie albo książeczka. Wtedy widzi jakoś i rakietę od Obamy by mogła załatwić, byle tylko zgubę odzyskać.

W skrócie: straciłam wszystkie dokumenty. Straciłam- wielkie słowo- po prostu, prymitywnie, matczynie i wózkowo zgubiłam. Dlatego proszę o trzymanie kciuków, bo czeka mnie prawdziwa walka. Podróż do ambasady z tej zakrowiałej i zawiewiórczałej wsi to kilka godzin, z dziećmi też żaden ubaw. Kasy na to pójdzie tyle, co na kilkadziesiąt paczek pieluch. Jeszcze zdjęcie zrobić paszportowe (krowa mi nie zrobi, ani owca), iść na policję, tzn jechać, bo iść to ja se tu mogę jedynie zobacyć koniki albo klóliki.

Proszę tylko, sama nie wiem, o co. O niepisanie ,,musisz bardziej uważać”. Bo ja uważam najbardziej. Tylko może nie na wszystko. Matkopolkowe podejście. O niepisanie, że powinnam je zmienić. O kciuki za niezgubienie się w Londynie :)

Walczyć z uporem

Postanowiłam rozprawiać się stopniowo z utartymi od dawien dawna frazeologizmami powiązanymi z wychowywaniem dzieci. Było o odwracaniu uwagi, dziś zajmę się walką z uporem. Walczenie z uporem postrzegam jako sens życia wielu rodziców i dziadków, a także innego typu opiekunów, chociażby tych szkolno- przedszkolnych. Walka to pojęcie z zakresu wojskowości. Zakłada istnienie conajmniej dwóch stron konfliktu i działania w celu unicestwienia strony przeciwnej. W tym przypadku stronami są: rodzic (opiekun) i dziecko a właściciwie nie samo dziecko tylko jego upór. Upór zawsze jest bezsensowny (bo jaki jest sens płaczu nakarmionego, przykrytego i przewiniętego niemowlęcia? dlaczego przedszkolak nie chce zjeść obiadu skoro się go o to prosi od godziny? skąd tyle zaparcia w niesprzątaniu zabawek?), bywa też twardy a niekiedy absurdalny (bo zakrawa o absurd pragnienie założenia starej czapki w samochody skoro w szafce czeka nowa, od cioci, w zielone paski!). I trzeba z nim walczyć. Bo inaczej dziecko wejdzie nam na głowę (to kolejny frazeologizm, przyjdzie i na niego czas!).

W zasadzie są różne dzieci, bo różni są rodzice. Niektóre maluchy są bardzo uparte oraz dążą do zaspokojenia swoich potrzeb i chęci za wszelką cenę. Płaczą, wymiotują, biją, rzucają się na ziemię, krzyczą, klną, uciekają, byle by tylko osiągnąć swój cel. Inne w ciszy znoszą porażki, jakby pogodzone z tym, że słowo rodzica/opiekuna jest ostateczne i nie ma z nim żadnej dyskusji. Każda z tych postaw ma swoje źródła, na moje oko nie tylko w temperamencie dziecka. Wydaje mi się, że jednak postępowanie z maluchem ma tutaj spore znaczenie. Że ta walka z jego uporem od urodzenia zostawia jakiś ślad. Jedne odpowiadają na to, co otrzymują w identyczny sposób, i skoro walczy się z nimi, także one walczą. Inne, skoro już w tematyce wojennej jesteśmy, w końcu wywieszają białą flagę. Żaden z tych scenariuszy mnie nie przekonuje jakoś…

Moja droga jako mamy jest od samego początku kręta i pełna rozwidleń, które później znów się łączą. Przyznaję bez bicia: jeszcze w pierwszej ciąży uznaliśmy z mężem, że kluczem do sukcesu jest konsekwencja. Nie dochodziło do dantejskich scen, jednak gdy w grę wchodziło zasypianie, czy pory posiłków, staraliśmy się trzymać reguł. Potem żłobek- mimo, że przez pół roku właściwie Felek się nie zaaklimatyzował, nie rezygnowaliśmy w imię konsekwencji. Nie definiowaliśmy tego w ten sposób, ale walczyliśmy z jego uporem. Upór w tym przypadku polegał na tym, że on uparcie nie chciał chodzić do dzieci, bo wolał być z mamą i tatą, a my go tam zaprowadzaliśmy. Efekt? Na rok moje małe znienawidziło dzieci totalnie i nawet na ukochany plac zabaw nie chciało wchodzić, gdy zagęszczenie rówieśników przekraczało jego normy. Walczyłam wtedy z jego uporem, siadając na deskach piaskownicy i oznajmiając, że teraz o to zabawy wesołej nadszedł czas. On kładł się na piasku w znacznej odległości od dzieci w akcie szalejącego uporu- bawić się z nimi, a nawet w ich pobliżu, nie chciał. I tak pół godziny aż nie wstawał i twardo nie oznajmiał, że jest głodny i idziemy  w związku z tym do domu. Cóż. CZŁOWIEK MĄDRZEJE CZASAMI. Mnie była dana ta łaska, przynajmniej w zakresie walki z uporem. Na usprawiedliwienie mojej ówczesnej (sprzed jeszcze roku!) głupoty mam tylko zaawansowaną ciążę. I to, że moja ,,walka” była bardzo statyczna, raczej brałam go na przetrzymanie (kolejny frazeologizm!! trochę tego jest!) niż faktycznie walczyłam, ale i tak z perspektywy czasu nie oceniam tego pozytywnie. Chociaż… jedno mogę przyznać z całkowitą pewnością. Jeśli prawdą jest, że zaspokajanie potrzeb matki jest istotne, by mogła ona zadbać o swoje dzieci, to moje potrzeby wtedy na tym placu zabaw były zaspokojone w pełni. Nic to, że ludzie patrzeli na nas ze współczuciem- zapewne myśleli, że Felek jest niepełnosprawny, bo skoro pół godziny leży na piachu i cicho stęka zamiast się bawić… – ja wystawiałam twarz i brzuch do słońca, ciesząc się tym, że przynajmniej fizycznie nic nie muszę robić. Mogę siedzieć na świeżym powietrzu i się nie ruszać. Wspaniałe uczucie, jeśli takowe możliwe jest od siódmego miesiąca wzwyż…

Musiała urodzić się Lileczka, musiałam trochę poobserwować ich interakcje i poczytać to i owo, żeby pojąć, czym tak na prawdę jest walka z uporem i czym warto ją zastąpić. To wszystko jest proces, nic nie załatwi się z dnia na dzień, np. po przeczytaniu jakiegoś artykułu. Także i dziecko musi dostosować się do postępujących (m. in. w rodzicu…) zmian, potrzebuje na to czasu. Ja teraz przyznam się szczerze… nie jestem konsekwentna. Jeśli widzę, że Felkowi na czymś na prawdę zależy, naginam się lekko albo zupełnie zginam. Wczoraj na placu zabaw nie biegał, nie zjeżdżał, tylko siedział na ławce i robił kolaż. Z kolorowych klejów, farbek i brokatów, który to komplet w jego marzeniach kokosił się od jakiegoś czasu. Jeszcze rok temu kazałabym mu raczej zaczekać z twórczością aż do powrotu do domu, wiadomo, żeby nie pogubił, poza tym jak taki obraz cudowny potem bez szwanku zabrać do domu… Ale wczoraj dałam mu, tak bardzo tego chciał. Nie byłam zachwycona. Wszystko wokół ławki uklejone i ubrokacone ewidentnie, łącznie z Felkiem, ale on jakby zniknął. Nie miałam dziecka przez godzinę, biegałam za raczkującą Lileczką, która raczkuje w tempie ekspresowym, zawsze w kierunku galopujących sześciolatków, więc warto ją nadzorować. Felek tworzył. I stworzył, za pomocą kawałka kartki, liścia, trawy i kilkunastu warstw ubrokaconej mazi, tort dla mnie. Jeszcze rok temu mimo buntu (tak- pewnie bym z jego uporem walczyła…), nakłoniłabym go, żeby tort zostawić, a w domu zrobi sobie nowy. Bo jak coś takiego zabrać, no jak?!

- Słuchaj synek. Pójdziemy teraz do łazienki i się umyjesz, bo jedziemy już autobusem do domku, tak? – Tak.- Posłuchaj: w łazience weźmiemy kawałek papieru toaletowego i spróbuję tort zawinąć, żeby zabrać go do domu, tak?- TAK!! (entuzjazm)- Ale słuchaj, trochę się może zepsuć, tego nie da się tak zabrać, żeby się nie zepsuło.- Tlochę moze się zepsuć a tlochę nie.- No dobra, spróbujemy. Idziemy do łazienki, tak?- Tak.

Jest współpraca, nie ma uporu. Nie ma uporu, nie ma walki.