Dzienne archiwum: 16 sierpnia 2012

Schowajmy zeby nie ksyceli…

Wsparcie. To słowo klucz w mojej wychowawczej ideologii. Mogę być zmęczona, wściekła, znudzona, mogę puścić bajkę na pół dnia jak siły nie mam wyjść na spacer, mogę zrobić butlę obu dzieciom żeby żadne o nic zazdrosne nie było. Mogę też na spacer pójść na kilka godzin, śpiewać, tańczyć, pokazywać ślimaki, wiewiórki, błoto do obłocenia się, sklep do kupienia kredek, mogę iść kilka kilometrów albo jechać z nimi autobusem. Mogę włożyć do wózka, a mogę do chusty, mogę na dobranoc utulić albo nie utulić, jak widzę, że zasypia z humorem samo a w innym pokoju mąż stęskniony czeka. Mogę nie dać kakałka albo lodów (z myślą o zębach i trawieniu), mogę dać (z myślą o przyjemności), mogę po prostu dowolnie dysponować swoimi zasobami sił twórczych w postępowaniu z dziećmi. Ale jedno jest jak skała: wsparcie. Co by się nie działo, gram z nimi w jednej lidze i obawiam się, co będzie, jak pójdą do szkoły, a nauczycielka będzie chciała porozmawiać o ich zachowaniu, a na moje standardy będzie w błędzie. Po prostu zawsze i w ,,starciu” z kimkolwiek czy chcę, czy nie, zawzięcie trzymam stronę dzieci. Tyle wstępu. Teraz czas na humorystyczne realizacje tej teorii…

Kiedyś mój synuś coś tam zepsuł, wiem, że nie było to u nas w domu. Nienaprawialnie. Moja reakcja daleka była od zachwytu. Synuś zestresowany: ,,Mamo, naplaw!”. I już mój stres się nie liczył, biorę wszystko na siebie, najwyżej mnie już nigdy nie zaproszą, trudno- ale maluch musi mieć WSPARCIE. ,,Synuś, tego nie da się naprawić.” Jego wielkie oczy, moja mina typu ,,nie kcem, ale muszem”, tak, już, przechodzi mi to przez gardło: ,,Synuś, daj to, schowamy, to nikt nie będzie krzyczeć”. Konspiracja i myślę o czymś innym na siłę, żeby tylko nie myśleć, jak beznadziejnie niewychowawcza jestem i totalnie, kretyńsko nieucząca konsekwencji. Po prostu dno dna! Nic to, bo synuś pozbył się źródła stresu. Dżizas, przecież on tego specjalnie nie zepsuł, jak mogłam go nie wesprzeć, jak mogłam go odepchnąć i nastraszyć? Jak mogłam zostawić na wierzchu zepsutą przez mojego synka czyjąś własność?!- żeby znowu musiał robić te wielkie oczy? Przecież on się sam nie wytłumaczył, dlaczego zepsuł, bo nie wie. A ja wiem. Zepsuł, bo jest mały, bo chciał zobaczyć, czy się zgina, a się nie zgięło tylko złamało i klops. Więc, skoro jestem taka mądra i wiem, to biorę wszystko na klatę. Synku, mama czuwa!

Wycinałam z kolorowych materiałów różne kształty i bawiliśmy się, że to jedzenie. Krótko, bo krótko, jak przeszłam do szycia i odłożyłam nożyczki, pochwycił je synuś i zaczął wywijać. W szale nożyczkowania obciął dwie gałązki kaktusowi taty. ,,SYNEK!!!!!!”- syknęłam załamana, gdy to ujrzałam- ,,Co tata powie?!”. Synek w ciemię nie jest bity, o nie: ,,Mamo, schowajmy to zeby tata nie był zły”. Mruczę zniesmaczona: ,,No jak kawałki kaktusa schować?”, ale widzę, że on gdzieś z nimi zniknął, więc pomyślałam, że wyrzucił do śmieci i dobrze, może faktycznie Marcinek nie zauważy… Jakże syna mego nie doceniam! Kolczaste fragmenty kaktusa poupychał w buty wujka i cioci. Zorientowałam się później, ale na szczęście w porę…

Innym razem grzebał przy otworze w drzwiach z klapką, przeznaczonym dla kotka. Też u wujka i cioci (teraz tymczasowo mieszkamy u Marcina siostry). Klapkę urwał oczywiście: ,,Mamo, lozbiłem tą blamkę”. Wzdycham ciężko: ,,Jaką bramkę???”- ,,Dla kotka”. Zrywam się jak oparzona, ciocia z pracy będzie za 5 minut, jak to zobaczą, to mnie ukatrupią, już i tak jak tu mieszkamy od 2 tygodni, dom znacząco zmienił swoje wnętrze na … hmm… bardziej swojskie, ale co kot zawinił? Ukochany cioci kotek?! Zmyślnie skonstruowana klapka? Dopadam drzwi- klapki nie ma. ,,Synek!!”- jęczę- ,,Gdzie jest ta bramka?”- ,,Schowałem, zeby nie ksyceli”- odpiera synek całkowicie spokojnie. Ja wariuję, ale pytam w sposób względnie opanowany: ,,Gdzie schowałeś? Nie ma!”. Odpowiedź powala: ,,Tludno. Potem się znajdzie.” Z mglistymi wskazówkami synka udało mi się klapkę znaleźć i zamontować. Dziecko się nie przejęło. Bo właściwie czy było czym?