Dzienne archiwum: 31 sierpnia 2012

Lileczka ryczy

Wciąż źle reaguję na płacz Lilki. Bardzo źle. Darła się całą dzisiejszą noc, budziła co pół godziny. Nic nie pomagało, wypluwała smoczek, cyca nie chciała, rzucała się jak w malignie. Spała oczywiście z nami, bo już wieczorem humoru nie miała. Ząb, demony, brzuch? Nie wiem, ale o świcie delikatnie przełożyłam ją do łóżeczka, bo obudził się Felek i poszliśmy razem do ,,jego pokoju” (tutaj śpi bez nas, jest bardzo dzielny, to inna historia). Nie minęło kilka minut i oczywiście RYK.

Nie mogłam do niej pójść. Coś mnie sparaliżowało. Spokojny ciepły Felek wtulony we mnie, taki jeszcze zaspany, z minką jak u hipopotamka. A za drzwiami przemożny wrzask. Czułam się jakby wszystkie siły mnie opuściły, potworną niemoc a zarazem bezsilną agresję, przeradzającą się w głęboki smutek. Potem kretyńskie pytania: ,,Czy w TYM WIEKU dziecko nadal powinno tak się drzeć? Rozumiem noworodek…” i niemal ze łzami odpowiedź przychodziła już bezprzemocowa: ,,Skoro się drze, to powinno…”, ale i tak NIE MOGŁAM tam pójść. W końcu przestała, ale nie zasnęła, słyszałam jakieś szuranie. Odczekałam aż emocje opadną. Aż Felek zacznie się rozkręcać i będzie pretekst żeby się ubrać, coś robić. Wtedy dopiero poszłam. Jak mnie tylko zobaczyła, uderzyła w tak opętany wrzask, że zalała mnie fala niechęci i agresji. Głęboki oddech. ,,No już, chodź, wstajemy, tak?”. Cycka nie chciała, bawić się nie chciała, tylko być na rękach, więc póki mogłam, nosiłam. Teraz  końcu zasnęła. Znowu po ryku. Bo nawet w trakcie tego noszenia (i jednoczesnego gotowania zupy, robienia śniadania, picia kawy i mycia włosów) porykiwała trąc oczki. Wiadomo, niewyspana po intensywnej nocce. Ja nie czuję się zmęczona. Czuję jakieś idiotyczne poczucie niesprawiedliwości, które dotyka mnie, Felka, Lileczkę. Wczoraj Felek spadł ze schodów i mocno uderzył się w głowę. Ryczał jak zarzynany, nosiłam go, całowałam, uspokajałam. Zero negatywnych uczuć, tylko troska czy aby nic poważniejszego mu nie jest, strach o jego zdrowie. Gdy płacze Lileczka, nie mogę się ruszyć. Nie zawsze, bo gdy wiem, o co jej chodzi i mogę zaradzić, biorę się do roboty bez spadku nastroju. Ale gdy nadaje jak piła mechaniczna przez pół nocy a potem od rana, chociaż wiem, że na pewno nie czyni tego na złość ani bez powodu tylko jednak coś jej dolega, obezwładnia mnie.

Zaraz przypominam sobie siebie o północy zaryczaną, siedzącą w mokrej od nawału pokarmu koszuli nocnej obok leżącej na przewijaku kilkudniowej, tygodniowej, miesięcznej córeczki, z twarzą w dłoniach, przy włączonym odkurzaczu, który miał moc ,,uspokojenia” jej na kilka, kilkanaście minut. Albo ataki na spacerze, pół godziny drogi do domu, Felek otumaniony tym płaczem siostry łapał agresję albo jakieś kompletnie irracjonalne zachowania, ja nad niemowlęciem, cała się trzęsę, listopad, wiatr, a Felek usiłuje wywrócić wózek albo wywala torbę z zakupami. Albo bardzo nagle chce siusiu. I muszę znaleźć krzaczki, pomóc mu. A we wózku wrzask, wrzask, wrzask…………………… Osłabiło mnie to strasznie, spowodowało, że spokorniałam jako rodzic. Na maksa spokorniałam. Tylko teraz chciałabym się z tego wyzwolić, umieć sobie poradzić, sobie i jej, bo przecież nie jest tak, że ja nie chcę jej uspokoić. Nie mogę się ruszyć gdy drąc się,przekracza jakiś tam mój limit. Którego też sama nie ustaliłam. Czuję się od tego zależna i  mnie to przeraża. I tak plan dnia układam pod kątem potrzeb Lileczki, by zminimalizować ryzyko wystąpienia ryku i w zasadzie występuje on coraz rzadziej. Boję się jej płaczu.