Dzieci mówią

Jutro miną 3 tygodnie odkąd jesteśmy w Anglii. Czas na pewne spostrzeżenia. Czas na rozrachunek z własnym sercem, które czasami ściśnięte stara się złapać oddech jak żywa ryba rzucona na piasek, czasami natomiast rośnie dumą i nadzieją. Tych skrajnych emocji dostarcza mi obserwacja Felka. Codziennie odwiedzamy plac zabaw, czasami idziemy trochę dalej, warto bo tam tłumy- dziś na dużym placu zabaw w Tenterden bawiły się nie dziesiątki, ale setki! Znowu to wrażenie, że tu chyba nie funkcjonuje pojęcie jedynaka :) Nawet jeśli jakiś szkrab był tylko z rodzicami/ mamą, to mama z brzuszkiem. Kolorowo,gwarno, szybko, energetycznie.

Felek jeszcze po angielsku nie mówi. Zna kilka słow, jakieś nazwy zwierząt, kolorów. I ja ciągle mam wrażenie, że on nie rozumie, chociaż wypuszczony na plac zabaw, w swoim stylu wsiąka- tzn. bawi się, trochę orbituje wokół mnie, ale generalnie nie stroni od dzieci. I ja z daleka widzę, że dzieci ruszają buziami w kierunku Felka a on im odpowiada coś tam, bo też buzią rusza. I że uśmiechają się do siebie albo wręcz przeciwnie (Felek czasami trochę dokucza, ale w normie, np. siedzi na zjeżdżalni przez 5 minut, biorąc na przetrzymanie ogonek chętnych do zjeżdżania, a ogonek upomina się o swoje- ja oczywiście nie interweniuję). I że razem włażą na drabinkę a potem jakby się umówili, złażą i razem pędzą w kierunku czegoś innego. Ja potem pytam synka: ,,Fajna zabawa była, co?”- ,,Tak!!!”- ,,Widziałam że rozmawiałeś z chłopcem, co mówił?”- ,,Spytał się mnie jak ja się nazywam i mówiłem Felek”- ,,Oooo, po angielsku?”- ,,Tak”- ,,A chłopiec jak się nazywał? Przedstawił się?”- ,,Tak.”- i tu zaskoczenie- ,,Julek”. Hmm. Julek to raczej nie angielskie imię, ale obserwowałam potem chwilkę i ,,Julka”, z mamą i tatą rozmawiał nienaganną angielszczyzną… Julka żadnego w Polsce Felonek nie zostawił, z bajek też nie kojarzę… Wyobraźnia? A może usłyszał coś podobnego? Takie właśnie sytuacje wprawiają mnie w zadumę. Nie wiem, na ile on rozumie, jak przebiegają te dialogi, bo przecież nie będę za nim łazić jak radośnie bryka z jakimiś dziećmi- po pierwsze może je to peszyć, po drugie Felek zamiast dziećmi będzie się interesował mną. A tego chcę uniknąć.

Ale dzisiejszy dzień, skupię się na nim. Spędziliśmy na placu zabaw prawie 3 godziny. Felek mimo zmęczenia, w swoim żywiole, jak zawsze gdy ma przestrzeń, gdy nikt mu niczego nie narzuca a jednocześnie czuje dyskretne wsparcie. Pozawraca mi czasami głowę huśtawką, bo kocha ją nad życie i gdybym nie postawiła sensownych granic, huśtałby sie cały czas- a na to siły nie mam (on jeszcze nie nauczył się sam wprawiać krnąbrne łańcuchy w ruch…), poza tym Lileczka w wózku bez ruchu się buntuje, natomiast wyjęta z niego, wymaga jednak pilnowania. Dlatego Felek musi postarać się o rozrywki i czyni to. Dziś przyczepił się do wielkiej zjeżdżalni. Kolejka na przynajmniej 20 dzieciaków, byłam zdziwiona, że potrafi czekać na swój moment, bo takiego tłoku jeszcze nie widział i nie miał kiedy opanować strategii. Nie byłby sobą jednak, gdyby chociaż trochę nie utrudnił innym życia, a chociażby zjeżdżania. Czyli stałe numery- przesiadywanie na górze zjeżdżalni i blokowanie jej na dole, włażenie na zjeżdżalnię podczas gdy ktoś na niej już sunął w dół… Coś te dzieci tam krzyczały do niego. Potem pytałam z uśmiechem: ,,I co, super z dziećmi zabawa była, co?”- ,,No, supel!”- ,,A rozmawiałeś z dziećmi?”- ,,Tak”- ,,A co mówiły?”- ,,Ze mam zjechać bo oni tes chcą zjezdzać.” No. Już to zabrzmiało bardziej prawdopodobnie. I nawet jeśli on to po prostu wykonkludował z dziecięcych wkurzonych min, to i tak dobrze, bo blokując zjeżdżalnię mógł spodziewać się, że dzieci nie będą zachwycone i zapamiętał słowa, jakie wówczas padły? No chociaż mniej więcej…? Stresuję się. Bo on niedługo pójdzie do przedszkola, musi iść. To temat na inny wpis, ale powiem tylko że rozmawiam z nim o tym i… już nie zaprzecza, gdy mówię, że pójdzie. Zgadza się, czasami nawet sam zaczyna temat, paplając coś w stylu: ,,Tata pójdzie do placy, mama na zakupy a ja do psedskola i potem po mnie psyjdzies”. A ja… stresuję się! Że będzie chciał siusiu, pić, coś tam i że nie będzie umiał się wysłowić- on, który zaczął budować zdania w wieku 20 miesięcy (a zrozumiałe i kilkuwyrazowe równoważniki zdań w wieku 16) nagle zostanie pozbawiony tego narzędzia komunikacji, będzie zupełnie bezbronny- bo niestety, o ile dzieci które później zaczynają mówić, świetnie sobie radzą za pomocą przekazów niewerbalnych, mój synek na tym punkcie nie rozwinął nigdy skrzydeł. On nie potrzebował nigdy migów, stosowania jakichś ,,znaczących” minek, bo pierwsze słowa zaczął wypowiadać mając 8-9 miesięcy. I teraz, w wieku ponad 3 lat, zabiera mu się to. Zabiera a właściwie czyni bezużytecznym. Albo ja tylko tak to widzę?

Zupełnie nie martwię się o Lileczkę. Ona po polsku jeszcze nie mówi, więc i angielski nie stwarza w jej przypadku problemu. Porozumiewa się na płaszczyźnie niewerbalnej. Z całym światem. Różnica między nią a jej braciszkiem polega na tym, że gdy on w tym wieku był głodny, mówił ,,mniam mniam”, a ona szarpie mnie za bluzkę albo dyszy jak lokomotywa na widok jedzenia. Ona uśmiecha się do wszystkich ludzi na ulicy, daje się wziąć na ręce przez nieznane sobie byt dobrze osoby i bardzo ochoczo ,,opuszcza” mamę, gdy ma ochotę odwiedzić sąsiadkę za płotem. Sąsiadka tylko anglojęzyczna, bierze Lileczkę i grają razem w piłkę albo tropią kota sąsiadki. Kot nazywa się Tigi (no może Tiggy, ale chodzi o brzmienie) i Lileczka wraca od sąsiadki sapiąc ,,Tigi, Tigi!”, także na widok kotka w książeczce i kotka cioci, który nazywa się Blejt. Tak! Moja córeczka mówi ,,Tigi”, nauczona przez sąsiadkę po angielsku, a mama po polsku wciąż nie wychodzi z jej ust:) Więc nie mam podstaw żeby się o nią martwić. Różnica między nią a jej braciszkiem polega na tym, że gdy do Felcia w tym wieku ktokolwiek się odezwał z uśmiechem, on zasłaniał twarz albo z grobowo poważną miną wskazywał na mnie i mówił ,,mama”, na znak, że on tu sam nie jest i lepiej żeby nikt nie podskakiwał. Powiem tylko, że już nauczyłam się bezwarunkowo akceptować moje dzieci. Ale początki nie były łatwe.

Felek ogląda tutaj na DVD dzień w dzień ten sam film- ,,Rio”, piękny, animowany, pełen latynoamerykańskiej muzyki, o ptaszkach- umiłowanie do powtórek to akurat jego domena od zawsze, więc mnie nie dziwi. I nauczył się już dialogów i piosenek z tego filmu na pamięć. Czasami mnie zaskakuje: ,,Mamo, jak jest po angielsku wyłącyć?”- ,,Turn off”- ,,Albo słic on?”- ja w szoku: ,,To znaczy włączyć.”- ,,Włącyć! Pomyliło mi się.” A ja wiem, że właśnie w tym jego filmie coś tam było o włączeniu i wyłączeniu.

W sklepie: ,,Mamo, co pani do ciebie mówiła po angielsku?”- z ręką na sercu- nie pamiętam!- więc trochę zbywam: ,,Nic takiego synuś chyba.” On się najeża, już jego poczucie bezpieczeństwa drży, widzę to: ,,Ale mówiłaś NOŁ!”- ,,A, no tak, pani zapytała po angielsku, czy chcę siatkę do zakupów”- mówię zgodnie z prawdą. Czyli on słucha. Wyłapuje. Chce się nauczyć. Chce odzyskać możliwość komunikacji. Źle się czuje, nie rozumiejąc.

Jutro jedziemy do szpitala na rutynowe badania słuchu Lileczki. Kolejne wyzwanie, jakiś kontakt z ludźmi, nowa sytuacja. Póki co synek za rękę z mamą, ale właśnie nie wiem, jak to się na nim wszystko odbije, gdy mnie zabraknie- właśnie  w tym cholernym przedszkolu. Co mi zostało, jak nie wspierać go, ile tylko sił starczy? Biedny on…Najpierw urodziła się ta wredna siostra, potem tata zniknął, potem tata się pojawił i zabrał gdzieś, gdzie nie wiadomo, o czym gadają. Trzylatek. Tęskni za babcią, dziadkiem, Maksem, a teraz jeszcze to przedszkole. Jak jeszcze raz kiedyś usłyszę, że życie dziecka jest beztroskie to normalnie pogryzę!

7 myśli nt. „Dzieci mówią

  1. Ewa

    Felek na pewno da sobie rade:) Nie martw się, jestem święcie przekonana, że nie będzie tam miał problemów w komunikacją. Śmiały z Niego chłopczyk.

    Odpowiedz
  2. ewelina

    Nic nie bój, Niuta do Trzeciego Świata pojechała bez śladu aktywnej znajomości tamtejszego języka. Wróciła po miesiącu – i nie beka nawet po polsku:) Ciocie przedszkolne czeka ciekawe wyzwanie zawodowe.

    Odpowiedz
  3. love's patient

    Wow, super sobie oba Twoje Maluchy radzą!:) A Felek jak czytam, to naprawdę już dojrzał do relacji z innymi dziećmi i jestem przekonana, że język nie będzie tu przeszkodą! Ja pamiętam (choć kilka lat starsza), że będąc w wakacje w Niemczech, dobrze rozumiałam, co mówią do mnie ludzie, zwłaszcza dzieci, choć nie byłam w stanie tego powtórzyć, czy wytłumaczyć. Serdeczności!

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Na swój sposób chyba dojrzał i jestem pewna że w Polsce już od tej jesieni/zimy spokojnie mógłby pójść do przedszkola, chociaz na kilkanaście godzin w tygodniu.Jednak widzę,że ten brak języka poważnie go uwiera. I mnie to uwiera tym bardziej:(

      Odpowiedz
  4. Ola

    Dzieci nawet bez jezyka radza sobie swietnie, a jak juz zaczynaja chodzic, to jezyk chwytaja w mig. Poza tym panie na pewno nie pierwszy raz beda mialy dziecko nie znajace angielskiego. Rozumiem Twoj stres, ale na pewno oboje i Ty i Felek dacie sobie rade.
    Serdecznosci,
    O.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>