Walczyć z uporem

Postanowiłam rozprawiać się stopniowo z utartymi od dawien dawna frazeologizmami powiązanymi z wychowywaniem dzieci. Było o odwracaniu uwagi, dziś zajmę się walką z uporem. Walczenie z uporem postrzegam jako sens życia wielu rodziców i dziadków, a także innego typu opiekunów, chociażby tych szkolno- przedszkolnych. Walka to pojęcie z zakresu wojskowości. Zakłada istnienie conajmniej dwóch stron konfliktu i działania w celu unicestwienia strony przeciwnej. W tym przypadku stronami są: rodzic (opiekun) i dziecko a właściciwie nie samo dziecko tylko jego upór. Upór zawsze jest bezsensowny (bo jaki jest sens płaczu nakarmionego, przykrytego i przewiniętego niemowlęcia? dlaczego przedszkolak nie chce zjeść obiadu skoro się go o to prosi od godziny? skąd tyle zaparcia w niesprzątaniu zabawek?), bywa też twardy a niekiedy absurdalny (bo zakrawa o absurd pragnienie założenia starej czapki w samochody skoro w szafce czeka nowa, od cioci, w zielone paski!). I trzeba z nim walczyć. Bo inaczej dziecko wejdzie nam na głowę (to kolejny frazeologizm, przyjdzie i na niego czas!).

W zasadzie są różne dzieci, bo różni są rodzice. Niektóre maluchy są bardzo uparte oraz dążą do zaspokojenia swoich potrzeb i chęci za wszelką cenę. Płaczą, wymiotują, biją, rzucają się na ziemię, krzyczą, klną, uciekają, byle by tylko osiągnąć swój cel. Inne w ciszy znoszą porażki, jakby pogodzone z tym, że słowo rodzica/opiekuna jest ostateczne i nie ma z nim żadnej dyskusji. Każda z tych postaw ma swoje źródła, na moje oko nie tylko w temperamencie dziecka. Wydaje mi się, że jednak postępowanie z maluchem ma tutaj spore znaczenie. Że ta walka z jego uporem od urodzenia zostawia jakiś ślad. Jedne odpowiadają na to, co otrzymują w identyczny sposób, i skoro walczy się z nimi, także one walczą. Inne, skoro już w tematyce wojennej jesteśmy, w końcu wywieszają białą flagę. Żaden z tych scenariuszy mnie nie przekonuje jakoś…

Moja droga jako mamy jest od samego początku kręta i pełna rozwidleń, które później znów się łączą. Przyznaję bez bicia: jeszcze w pierwszej ciąży uznaliśmy z mężem, że kluczem do sukcesu jest konsekwencja. Nie dochodziło do dantejskich scen, jednak gdy w grę wchodziło zasypianie, czy pory posiłków, staraliśmy się trzymać reguł. Potem żłobek- mimo, że przez pół roku właściwie Felek się nie zaaklimatyzował, nie rezygnowaliśmy w imię konsekwencji. Nie definiowaliśmy tego w ten sposób, ale walczyliśmy z jego uporem. Upór w tym przypadku polegał na tym, że on uparcie nie chciał chodzić do dzieci, bo wolał być z mamą i tatą, a my go tam zaprowadzaliśmy. Efekt? Na rok moje małe znienawidziło dzieci totalnie i nawet na ukochany plac zabaw nie chciało wchodzić, gdy zagęszczenie rówieśników przekraczało jego normy. Walczyłam wtedy z jego uporem, siadając na deskach piaskownicy i oznajmiając, że teraz o to zabawy wesołej nadszedł czas. On kładł się na piasku w znacznej odległości od dzieci w akcie szalejącego uporu- bawić się z nimi, a nawet w ich pobliżu, nie chciał. I tak pół godziny aż nie wstawał i twardo nie oznajmiał, że jest głodny i idziemy  w związku z tym do domu. Cóż. CZŁOWIEK MĄDRZEJE CZASAMI. Mnie była dana ta łaska, przynajmniej w zakresie walki z uporem. Na usprawiedliwienie mojej ówczesnej (sprzed jeszcze roku!) głupoty mam tylko zaawansowaną ciążę. I to, że moja ,,walka” była bardzo statyczna, raczej brałam go na przetrzymanie (kolejny frazeologizm!! trochę tego jest!) niż faktycznie walczyłam, ale i tak z perspektywy czasu nie oceniam tego pozytywnie. Chociaż… jedno mogę przyznać z całkowitą pewnością. Jeśli prawdą jest, że zaspokajanie potrzeb matki jest istotne, by mogła ona zadbać o swoje dzieci, to moje potrzeby wtedy na tym placu zabaw były zaspokojone w pełni. Nic to, że ludzie patrzeli na nas ze współczuciem- zapewne myśleli, że Felek jest niepełnosprawny, bo skoro pół godziny leży na piachu i cicho stęka zamiast się bawić… – ja wystawiałam twarz i brzuch do słońca, ciesząc się tym, że przynajmniej fizycznie nic nie muszę robić. Mogę siedzieć na świeżym powietrzu i się nie ruszać. Wspaniałe uczucie, jeśli takowe możliwe jest od siódmego miesiąca wzwyż…

Musiała urodzić się Lileczka, musiałam trochę poobserwować ich interakcje i poczytać to i owo, żeby pojąć, czym tak na prawdę jest walka z uporem i czym warto ją zastąpić. To wszystko jest proces, nic nie załatwi się z dnia na dzień, np. po przeczytaniu jakiegoś artykułu. Także i dziecko musi dostosować się do postępujących (m. in. w rodzicu…) zmian, potrzebuje na to czasu. Ja teraz przyznam się szczerze… nie jestem konsekwentna. Jeśli widzę, że Felkowi na czymś na prawdę zależy, naginam się lekko albo zupełnie zginam. Wczoraj na placu zabaw nie biegał, nie zjeżdżał, tylko siedział na ławce i robił kolaż. Z kolorowych klejów, farbek i brokatów, który to komplet w jego marzeniach kokosił się od jakiegoś czasu. Jeszcze rok temu kazałabym mu raczej zaczekać z twórczością aż do powrotu do domu, wiadomo, żeby nie pogubił, poza tym jak taki obraz cudowny potem bez szwanku zabrać do domu… Ale wczoraj dałam mu, tak bardzo tego chciał. Nie byłam zachwycona. Wszystko wokół ławki uklejone i ubrokacone ewidentnie, łącznie z Felkiem, ale on jakby zniknął. Nie miałam dziecka przez godzinę, biegałam za raczkującą Lileczką, która raczkuje w tempie ekspresowym, zawsze w kierunku galopujących sześciolatków, więc warto ją nadzorować. Felek tworzył. I stworzył, za pomocą kawałka kartki, liścia, trawy i kilkunastu warstw ubrokaconej mazi, tort dla mnie. Jeszcze rok temu mimo buntu (tak- pewnie bym z jego uporem walczyła…), nakłoniłabym go, żeby tort zostawić, a w domu zrobi sobie nowy. Bo jak coś takiego zabrać, no jak?!

- Słuchaj synek. Pójdziemy teraz do łazienki i się umyjesz, bo jedziemy już autobusem do domku, tak? – Tak.- Posłuchaj: w łazience weźmiemy kawałek papieru toaletowego i spróbuję tort zawinąć, żeby zabrać go do domu, tak?- TAK!! (entuzjazm)- Ale słuchaj, trochę się może zepsuć, tego nie da się tak zabrać, żeby się nie zepsuło.- Tlochę moze się zepsuć a tlochę nie.- No dobra, spróbujemy. Idziemy do łazienki, tak?- Tak.

Jest współpraca, nie ma uporu. Nie ma uporu, nie ma walki.

12 myśli nt. „Walczyć z uporem

  1. Zamotani

    Oj Marysia, Marysia
    lubię Cię czytać, bo dzięki Tobie nie czuję się kosmitką
    tak sobie myślę ze rodzicielstwo bliskości najlepiej się sprawdza ludziom leniwym,
    bo jak komuś się nie chce być konsekwentnym, wymagającym to nie będzie, bo i po co?
    A cała reszta niech sobie walczy jak im tak wygodniej i ich to nie męczy.
    Mnie już się nie chcę, już się nauczyłam na swoich błędach, że to nic nie daje.
    Kuba jest taki, że jak z nim się walczy, to on walczy 100 razy bardziej.

    Odpowiedz
  2. Agata

    Tak sobie czytam Twoje wpisy i mysle, ze mialybysmy wiele wspolnych tematow do rozmow:) A co do tego wpisu, tez odpuszczam jak Iduli zalezy. Pozdrawiam i powodzenia zycze:)

    Odpowiedz
  3. Dominika

    Zanim nastąpi upór musi pojawić się „czynnik zapalny”. Ja słucham o co chodzi mojej dziecińce i zastanawiam się: „A W SUMIE, DLACZEGO NIE?!”. Nie chodzi o to, żeby pobłażać czy jakoś łamać przyjęte przez nas zasady ale o to by żyło się nam (mi jak i córeczce) łatwiej, przyjemniej i weselej:) pozdrawiam ciebie Maryś

    Odpowiedz
  4. Mamanapuszczy-1

    Tort na ławce czy inne owoce myśli twórczej – jak najbardziej można dać przeforsować, jednak zdarzają się akty niekonstruktywnego oślego uporu, w czasie których dziecko marzy, aby odwrócić jego uwagę (sic!), przekierować nadaktywność na inne tory, łaknie tego jak kania dżdżu, nie wiedząc o tym…

    Odpowiedz
  5. love's patient

    Bardzo ładnie to opisałaś, dzięki. U nas podobna ewolucja-rewolucja nastąpiła:) Choć ciągle nie mam pomysłu na upór pt. „nie chcę wychodzić z domku”. I to najbardziej mnie wścieka i tu walczę.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>