Miesięczne archiwum: Wrzesień 2012

Ekscytujący weekend przed nami…

Nasza córcia jutro kończy roczek. Cofam się myślami do ubiegłorocznego finiszu września. Upały. W pierwszy dzień jesieni Felek kąpał się w ogródku w baseniku. Codziennie chodziliśmy przynajmniej na 3 godziny na plac zabaw. Ale już się wychowawczo bardzo nie udzielałam. Jak humor u synka był nie ten, czekałam. Siadałam na krawężniku obok awanturującego się w pozycji stojącej/ siedzącej/ leżącej Felka i czekałam aż mu przejdzie. Czemu mi to przeszło? Czemu nie ma we mnie dzisiaj tej cierpliwości sprzed roku? Natknęłam się dzisiaj na szczątkowe informacje o ruchu Slow parenting i… zatęskniłam! Do tego, jaką kiedyś mamą byłam cały czas a nie tylko w przypływie lepszego nastroju. Pierwszy raz kupię książkę na temat wychowania dzieci (http://merlin.pl/Pod-presja-Dajmy-dzieciom-swiety-spokoj_Carl-Honore/browse/product/1,876533.html- nie reklamuję tej księgarni internetowej, po prostu szkoda mi czasu na szczegółowe opisy…). Już kupiłam, teraz czekam na przesyłkę. Ale o czym to ja… Roczek Lileczki już jutro. Jaka ona jest? Radosna, cudna, drobniutka, ale chociaż płacze coraz mniej, umie to robić coraz głośniej i z większą złością. Gdy jest zła, krzyczy ,,nie!”, gdy chce do mamy, powtarza ,,mamamama…”. Jedno ze światełek mojego istnienia. Więc będzie w ,,drugim roku życia”- nie mogę w to uwierzyć…

Tymczasem jest i synek. Który w niedzielę wylatuje do Polski na prawie 3 tygodnie. Wiąże się to dla mnie ze świadomością rychłego nadejścia szalejącej tęsknoty. Wiem, jak było, gdy przebywał u dziadków ponad dwa dni- nie potrafiłam w tym czasie w żaden sposób wypoczywać. Jakże mi go brakowało, gdy rodziłam Lileczkę i nie widziałam go 6 dni. Patrzyłam na noworodka i wydawał mi się taki… niemój. Bo mój był synek. Trochę czasu minęło, zanim i Lileczka stała się tak bardzo moja, że bardziej się nie da. I teraz mam dwa drgania w sercu- Felek jedzie, a Lileczka po raz pierwszy będzie na noc beze mnie, bo ja wraz z moją siostrą i synkiem śpimy u Krystyny, by o świcie razem ruszyć na lotnisko. Ale przecież czas leci. Jakoś się trzeba z tym pogodzić, że oni rosną, że kiedyś nie będą mnie aż tak potrzebować, ani… ja ich. Wczoraj naszła mnie refleksja, że mam marzenie. Do niedawna żadnych przez długi czas nie miałam, i gdy sobie to uświadomiłam, przeszedł mnie dreszcz. A teraz mam. Chciałabym wyruszyć na samotną podróż, zupełnie samotną, po jakichś buszach Polski albo innego, albo kilku innych europejskich krajów. Nie teraz. Nie za miesiąc, może nawet nie za rok, najpierw obiecane i wyczekiwane od kilku lat bałkańskie wakacje z Marcinkiem i z dziećmi. Ale już ośmielam się wierzyć, że pieluchy, mleko i nieprzerwane wycieranie, podnoszenie, mycie, nalewanie, nakładanie i usypianie kiedyś się skończy. Ekscytuję się tym weekendem, bo czuję, że to początek jakiegoś nowego etapu. I chociaż atakują mnie oczywiste obawy, nie odbierają mi siły i chęci do życia- a wręcz przeciwnie.

Przegląd myśli z dnia-porażki

Byliśmy w przedszkolu. Niewypał. Pół godziny, płacz taki, że aż porobiły się Felkowi czerwone plamy na twarzy, coś jak krwiaki, miniwylewy. W ciągu dnia powoli znikały, dwa największe w okolicach oczu nadal straszą. Nie wiem co to, ale dziecko wygląda jak chore. A wył tylko kilka minut, bo się zorientowały, że coś nie halo, pobiegły po mnie. Przypadek Felka zasłużył na indywidualną konsultację w biurze. Pani bardzo chce pomóc. Obiecała zorganizować karteczki z obrazkami,  żeby Felek mógł pokazywać pani np. że jest głodny, wyciągając karteczkę z kanapką. Pytały co wg mnie jest problemem. Mówię, że komunikacja, a raczej niezdolność do niej. Bo podoba mu się miejsce, plac zabaw, zabawki, pieczątki. I gwałtownie reaguje tylko gdy dochodzi do konfrontacji. Dziś nie było Kacpra. I dlatego musiałam ratować go już po 20 minutach. Teraz prawie miesiąc przerwy. Pani w biurze wyraziła nadzieję, że mój synek dobrze spędzi czas na wakacjach. I powiedziała, że mamy się zgłosić jak wróci, to zaczniemy aklimatyzację od nowa. Dobrze, że to prawie za miesiąc. Bo przysięgam, że na dzień dzisiejszy nie mam siły, boli mnie brzuch, głowa, czuję zawód. Ostatnio już miałam nadzieję. Dziś jej nie mam.

W czaszce wciąż brzęczy przypuszczenie, że to moja wina. Jest teraz u mnie moja siostra, przyjechała wczoraj. Lileczka nie widziała jej prawie 5 miesięcy, ale godzina wystarczyła. Lileczka została z moją siostrą, gdy my wyruszyliśmy do przedszkola. Nie było nas 3 godziny. Ani minuty płaczu Lileczki. Ani sekundy. Zabawa, świetny humor. Jak zaczęła marudzić, ciocia włożyła ją do łóżeczka by zrobić jej drugie śniadanko. Nie zdążyła, bo Lileczka cichutko zasnęła. Nie potrafię nie wspominać pewnego wyjazdu sprzed ponad 2 lat. Felonek miał prawie roczek. Pojechaliśmy do domku na wieś, świętować urodziny mojego brata. Felek został na noc z Marcinka mamą, którą dość często widywał (z pewnością częściej, niż Lileczka widzi ciocię Ewę). Płakał całą dobę z niewielkimi przerwami na sen. Płakał (wył) siedząc pod drzwiami. Uspokoił się dopiero jak mnie zobaczył. Aż mnie skręca.

Widziałam dziś noworodka. Jego maleńkość wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nie mogłam sobie przypomnieć, jak ONI byli TACY. I uświadomiłam sobie, ile błędów, ile nienaprawialnych potknięć popełniłam. To tak przy okazji katowania się- ta potworna świadomość, że dziecko jest dzieckiem raz. I ja już nie będę miała okazji być bardziej z malutkim Felkiem. I nie udowadniać całemu bezdzietnemu światu, że dziecko nic nie zmienia, że mając niemowlaka, roczniaka, można studiować, pracować, imprezować. Bo tak bardzo chciałam. Bawiłam się i zepsułam. Nie potrafię pozbyć się tej myśli, że niezostawianie Lileczki uczyniło ją tak pewną siebie i ufną.

Nie słuchajcie jak ktoś będzie wam mówił, że trzeba jak najprędzej uczyć dziecko radzić sobie bez matki. Ja uczyłam jedno, drugiego nie zamierzam. Nie wiem, co teraz. Żeby mu tylko te krwiaki z twarzy zeszły jak najszybciej, bo jak na nie patrzę, cała moja matczyna pamięć przybiera taki właśnie purpurowy kolor i pulsuje mi w mózgu. Chciałabym z tą wiedzą cofnąć czas. Ale się nie da.

Dziewcynka ciągle mi nie pozwala!

Dla tych, co trzymają wątek- dziś dwie godzinki. Miała być godzinka, ale mój synuś bawił się tak świetnie, że nie chciał wracać.  W skrócie: zostawiłam go, poszłam, po 40 minutach pani mnie ściągnęła (wyraźnie im powtórzyłam dzisiaj, baaardzo wyraźnie, że mają dzwonić jakby mocno płakał- pojęły) bo ryk. No, okazało się, że chciał piec babeczki i z niewiadomych przyczyn byłam mu potrzebna do tego. Ciasto oczywiście zabawkowe, ale wyglądało realistycznie, więc jak się okazało, że nie można tego jeść, był bardzo zawiedziony. Aż mi się go żal zrobiło, ale też śmiać mi się trochę chciało z niego. Humor mu się poprawił, więc poszłam. Wróciłam po 15 minutach, by iść razem z nim do domu, ale nie chciał. Akurat w tym momencie 2 grupy, starsza i młodsza wychodziły na plac zabaw (jednak nikt nikogo nie zmuszał do wyjścia- może Felonek wczoraj tak źle zareagował na usilne zachęcanie albo po prostu na przepełniony do granic możliwości pęcherz). Nie wiedziałam zbytnio co ze sobą zrobić, bo Felek bez oglądania się za mną wybiegł na zewnątrz. Chciałam dyskretnie opuścić salę, ale stanął przede mną Kacper: ,,Wszyscy poszli!”- stęknął z rozgoryczeniem- ,,To idź do dzieci”- zaproponowałam- ,,Nie, bo nie mam przyjaciela”- odparł chłopiec.- ,,Idź do Felka, on też nie ma”. Pomysł ten okazał się nienajgorszy, Kacper poleciał wołając na całe gardło mojego syna i szybko się skumali. Dołączył do nich Krystian (tres amigos… jedyne, uwaga, dzieci, które spośród 24- osobowej grupy nie raczą uczestniczyć w zorganizowanych zajęciach, to 3 polskich chłopców: Kacper, Krystian i Felek. Jakieś wnioski?) a potem także inne dzieci. Obserwowałam przez godzinę z ukrycia. Jak wożą się w przyczepkach, jeżdżą na rowerkach, kulają się nawzajem w beczkach. Jak Felek usiłuje ściągnąć z rowerka dziewczynkę a ta sie trzyma mocno i to… powoduje u mojego syna wyraźny stres. Na sali, gdy jeszcze byłam, też raz się rozpłakał- bo dziewczynka nie oddała mu rekina, którym się bawiła, a on też chciał. ,,Dziewcynka mi ciągle nie pozwala”- łkał mój syn. I chociaż w pierwszym odruchu mam ochotę wyprowadzić go z tej jaskini zła, chociaż matczyna czułość chce przychylić dziecku nieba i polecieć do sklepu po rekinka, by miał swojego, a chociaż i poszukać, może w tym przedszkolnym bałaganie czai się gdzieś drugi- pzrybieram kamienną maskę. Tu nie ma czasu ani miejsca na tkliwe rozmowy. Jestem, ale nie mogę pójść do dziewczynki i jej rekinka zabrać, tak jak pewnie on by sobie życzył. ,,Musisz sobie z tym poradzić. Weź dinozaura”- mówię przez zaciśnięte zęby. Ale już zaraz lepiej mi, bo Felek, zrozumiawszy, że z niemożnością odebrania rekinka MUSI się pogodzić, zaczyna się wesoło (jak na niego) bawić czymś innym.

Reasumując, zauważyłam, że Felek nie radzi sobie z następującymi sytuacjami: chce coś robić, a nie wie czy może i nie potrafi się zapytać- płacz. Chce sie czymś bawić, ale ma to ktoś inny, próbuje odebrać, nie da się- płacz. Pisałabym dłużej, ale Lileczka się uaktywniła. Do sprawy wrócimy- już we wtorek kolejny odcinek :)