Lulcia

Patrzę na Lulcię, jak CHODZI po pokoju. Jeszcze wczoraj raczkowała, leżała, siedziała, wczoraj się urodziła, jeszcze wczoraj była chmurką na niepewnym USG. Chodzi na pytkach, bosych, a czerwona koszulka po Felku cała w pestkach kiwi, bo aż dwa ledwo dojrzałe pochłonęła, od razu po przebudzeniu z drzemki. Patrzę na Lulcię, której nie było jeszcze wczoraj, dziś mówi ,,mama” i wyciąga łapki, by ją podnieść. Mój tłuściutki, ale przedrobniutki tobołek. Lżejsza niż Felek w wieku pół roku.

Lulcia. Na codzień przysłonięta przez przedszkole Felka, który decyduje o tym, gdzie wybieramy się na spacer i czym siostra bawić się może a czym nie. Która może z 3 ,,swoje” własne zabawki, reszta jest ,,wspólna” albo Felka, bez cudzysłowia. Felek w jej wieku miał już da kartony, rowerek, co tydzień nowe książeczki. A jej nie kupuję, bo przecież zostały po Felku.

Marcinek mi ostatnio powiedział, że on nie wnika jak jest na prawdę, ale z boku to wygląda następująco: ja żyję Felkiem. Starcza mi jeszcze energii na niego, Marcinka, ale Lulcia to już jest na samym końcu. To nieprawda. Ale myślę sobie, ile traci drugie i każde kolejne dziecko na tym, że jest kolejne. Pierwsze kroczki Felka były świętem na całą familię. Pierwsze kroczki Lulci to było kilka uśmiechniętych zdań wymienionych wieczorem. I jest ten strach: że to, że niby nie przejmuję się Lulcią właśnie czyni ją taką dzielną, otwartą, radosną. Że swoją (nad??!!)opiekuńczością zaszczepiłam Felkowi lęki i teraz jest jak jest. A raczej bywa jak bywa. Natomiast Lulcia faktycznie jest trochę z boku.  Bo nie jest nawet w połowie tak absorbująca, jak jej braciszek. Bawi się sama, je sama, nie marudzi gdy obiektywnie ujmując, brak powodu. Czasami marudzi, bo np. muszę ją obudzić. Felka NIGDY nie budziłam w tym wieku. Ją budzić muszę, gdy pora wyjścia do przedszkola z Felkiem, ją budzi Felek bo akurat się tam MUSI bawić gdzie ona śpi i obiecał że będzie cicho… A ja mu pozwalam, bo nie chcę, by czuł się odrzucony odkąd nie jest jedynakiem. Gdy Felek śpi, zamykam pokój i Lulcia nie ma tam wstępu.

Z drugiej strony: miłość do Lulci jest totalnie nieobarczona czyimiś wyobrażeniami. Cały czas karmiona piersią, robi co chce, żre co chce, bo przecież BLW, a poza tym słodko pachnie owocami jak się ich nażre i nawet te zimne całe od soku łapki na mojej twarzy mi nie przeszkadzają. Felkowi o stałych porach miksowałam, wieczorami studiowałam tabelki rozszerzania diety. Bez czapki? Nigdy, bo albo zimno, albo słońce. Nie pamiętam, kiedy Lulci ubrałam czapkę, bodaj w marcu albo na początku kwietnia. Odkąd raczkuje, wypuszczam ją na glebę, z Felciem to było nie do pomyślenia, przecież ziemia może być zimna albo zarobaczona, zapetowana i zakapslowana. Felka z wózka wyjęłam gdy nauczył się chodzić pewnie. I od razu miał kilka par obuwia. Lulcia chodzi na boso. Z drugiej strony: on w tym wieku miał już wiele nocy bez mamy za sobą. Ona żadnej. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby mieć.

4 myśli nt. „Lulcia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>