Place zabaw i inne dramaty

Długo myślałam nad tytułem, który oddałby dwie aktualnie istotne dla mnie sprawy: to, że jestem coraz bardziej wyluzowana i zdystansowana oraz to, że Felek wciąż nie jest. Jedno jakoś z drugim nie idzie w ładnej parze. Nie wierzę już w teorie, że ,,szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko”, na odwrót też nie zawsze jest.

Ja po mału nabieram gotowości do zajęcia się czymś innym, niż sprawy dzieci. Wyobrażam sobie siebie na jakimś szczątkowym etacie, nawet w osiedlowym spożywczaku, żeby przez kawałek tygodnia rozmawiać z ludźmi mniej więcej mojego wzrostu. To nie to, że jestem zmęczona dziećmi, jest raczej na odwrót. Odchodzi spięcie, frustracja, wraca myśl, że życie nie kończy się na ząbku i rozdeptanym bananie ale też można pozytywnie czuć bez wpatrywania się  pierwsze kroczki, wsłuchiwania w radosne gaworzenie. Jeszcze do niedawna czułam się niezastąpiona w opiece nad Lileczką. Teraz widzę, jak wspaniale reaguje na tatę, od którego przez godzinę po jego powrocie z pracy nie potrafi się odkleić. Jaka jest odważna i towarzyska, pragnie próbować wciąż nowych wrażeń. Felek taki nie był w jej wieku. I dlatego posłanie go do żłobka w wieku 16-tu miesięcy uważam dzisiaj za błąd. Edukacyjny błąd. Poznałam lepiej siebie i swoje dziecko dzięki temu, chociaż poznawanie to było bolesne. Ale dowiedziałam się, że praca na etat i wychowanie małego dziecka to rzeczy nie do pogodzenia. Bez względu na jego temperament. Może przesadzam, ale zastanawiam się niekiedy, jaki byłby Felek, gdyby w tak ważnym dla niego okresie nie porzuciła go dla realizacji jakichś kretyńskich społecznych oczekiwań. A raczej- jak by się to jego jestestwo przejawiało. Czy byłby bardziej pewny siebie, otwarty na kontakty z dziećmi, ciekawy nowości? Pewnie nie, ale może dzisiaj mniej obiekcji miałby przed przedszkolem, opieką ze strony kogoś innego niż rodzice… Bez sensu jest takie gdybanie. Było minęło. Uważam, że jak tylko mogłam, naprawiałam popełniane niedopatrzenia. Mimo trudnej sytuacji, przeprowadzki, ciąży, porodu, opieki nad maleństwem. Felek nigdy nie zszedł na dalszy plan. Z drugiej strony dały mi do myślenia słowa mojej mamy: ,,Skup się na nim, bo ona sobie poradzi”- odnośnie moich dzieci właśnie i niesnasek między nimi. Trudno nie przyznać tu racji mojej mamie. Lileczka jest jak promyk słońca, śmieje się do wszystkich, idzie na ręce, zaczepia dzieci i dorosłych, wszyscy chcą mieć z nią do czynienia. Skoro przy porównaniach atmosferycznych jesteśmy, Felek to raczej gradowa chmura. Od urodzenia był taki, tzn. zamyślony, zorientowany bardziej na siebie, niż innych,  bez przerwy nad czymś myślący, poważny, nieakceptujący rozwiązań innych, niż te, które sam zaplanował. Filozof w każdym calu. Trudno bywa z takim dzieckiem, bo każdy chce mieć wesołe, brykające, wariujące. Ja takie też mam i widzę jak różnie ludzie reagują na tak różne dzieci. Moje serce płacze, gdy na ulicy wszyscy zagadują Lileczkę, Felka totalnie olewając. On czasami chce też coś powiedzieć, pokazać się, bez skutku, nigdy nie zwraca na siebie takiej uwagi, jak ta mała czerepa. Ale cóż. Ludzie są prości. Wolą dziecko, które zaśmiewając się do rozpuku, macha do nich łapkami, niż takie, które ze statycznym wyrazem twarzy pełnymi zdaniami opowiada o czymś, o czym nie mają pojęcia. Ja wolę moje od cudzych, to jasne. Ale moja droga do pełnej akceptacji emocjonalności Lileczki i jej odwrotności w postaci charakteru Felcia, była i jest wyboista, jako że sobie to uświadomiłam i poukładałam, jest mi łatwiej.

Ale on jest bardzo emocjonalny, tylko problem polega na tym, że tłumi wszystko w sobie. A gdy nie tłumi- trzęsą nim konwulsje. Dziś nie tłumił. Chciał, bym pomogła mu wejść na jakąś drabinkę. Nie miałam siły, więc zaproponowałam coś innego, co umiałby zrobić sam. Nie chciał. Już łzy w oczach, położenie się na ziemi. Widzę, że sytuacja poważna, ale nie chciałam mu ulegać, bo wolę w takich sytuacjach dać wędkę niż rybę. Zaoferowałam, że nauczę go wspinać się po desce, na którą chciał się dostać, bo nie wydawało mi się to trudne, wystarczyło tylko opracować system. I chciałam mu swój pomysł przedstawić. Całkowicie spokojnie, z czułością. Ja czułość, a on totalna histeria.

Już go dawno w takim stanie nie widziałam, ale generalnie typowo jak na niego: dzikie podskoki, niekontrolowane, z mocnym uderzaniem się po głowie i twarzy. Zapluty i zasmarkany w 30 sekund, rzucający się, z odruchem wymiotnym. Wrzask, nieartykułowane dźwięki, potwornie wysokie, przeszywające. Zakomenderowałam powrót do domu. Szedł za mną kawałek, jak się nieco uspokoił, załadowałam go do wózka. Trzęsło nim cały czas. Ludzie się gapili z przerażeniem, pewnie jedni chętnie poradziliby dać mu po dupie, inni byli pewni, że już w dupę dostał i stąd taka reakcja. W dupę nie dostał i nie dostanie. Ale uważam, że powinien nauczyć się to nieco kontrolować. Wytłumaczyłam mu, jak umiałam, że rozumiem jego złość, ale nikt od razu wszystkiego nie umie, a mama jest po to, żeby nauczyć. A jak będzie się tak strasznie darł, to nikt nie będzie chciał mu pomagać ani go uczyć. Jestem przekonana o słuszności takiego podejścia, ale nie do końca pewna, jak ON, Felek, to odbiera. Chciałabym żeby nie zachowywał się tak w przedszkolu, jak już do niego pójdzie. Nie dlatego, że mi wstyd za niego, czy coś w tym stylu. Ale jak panie i dzieci to zobaczą, mogą go nie lubić (ludzie są prości…) a myśl o takiej ewentualności skręca mi żołądek… Ja wiem. Nie uchronię go przed całym złem. Ale nie chciałabym go na żadne dodatkowe narażać. Czy akceptacja histerii takim narażeniem nie jest? Czy brak akceptacji nie stłamsi go jeszcze bardziej?

Już w drodze do domu się ogarnął i do końca dnia był najcudowniejszym słoneczkiem na świecie. Wzruszam się, gdy uczy życia siostrę: ,,Lilecko, nie wolno zabielać nikomu chlebka, ty jus swoje zalłaś”. Nie przeszkadza mi nawet jego faza na ,,malutką dzidzię”- od przeprowadzki przechodzi już wszelkie granice. Śpi i łazi ze smoczkiem w buzi, nie chce normalnie mówić, tylko pieści się tak bardzo, że nie można go zrozumieć, piszczy zamiast poprosić o picie, czasami nawet na ulicy zaczyna raczkować i za nic nie chce wstać na nogi. Nie walczę z tym, bo tego typu zachowanie powoduje też większą komitywę z Lilcią. A to dla mnie bezcenne. Nie musi być dużym chłopcem, jak nie chce. Niekiedy chce. Wyznania typu: ,,Kiedyś byłem malutki ale jus ulosłem i jestem śledni i niedługo będę duzy od więksego. I sam sięgnę jabłusko z dzewa tak jak tata” mnie w tym utwierdzają.

Felek chce wracać do Rumi. Uważa, że już starczy tego mieszkania w Anglii. On nie potrafi zaakceptować faktu, że nawet jak kiedyś wrócimy, to już nie do tego samego domku. Mówię mu o tym, że jeśli chce być z tatusiem, to niestety tylko Anglia wchodzi w grę. Bo tata ma tu pracę, a jak nie ma pracy, to nie dostaje się pieniędzy i nie można nic kupować. Nic- ani kakałka, ani plasteliny, ani piżamki w potworki. I możemy wrócić, ale wtedy znowu będziemy bez tatusia. I on wtedy jednak chce tu zostać, bo woli być z tatą. A ja i tak w tego rodzaju momentach odczuwam do siebie niechęć, że nie potrafiłam tak zadbać o sprawy, by nie narażać dziecka na tak cholernie trudne dla niego zmiany. Z drugiej strony cieszę się, że nareszcie mamy swoje lokum (no, niby nie swoje, ale w końcu nikt nam nie stoi nad głową i wszystko zależy od nas tak na prawdę, nie musimy nerwowo patrzeć w kalendarz, planując kolejną przeprowadzkę), przestrzeń, moc decyzyjną. I nadzieję, że to się wszystko jakoś z tym Felkiem poukłada.

7 myśli nt. „Place zabaw i inne dramaty

  1. Rodzic

    Szkoda, że taka rodzina musiała migrować za chlebem :(
    A jeśli chodzi o opanowanie emocji, to wydaje mi się, że z tym chłopcy mają trudniej niż dziewczynki. Nie dość, że muszą się tego nauczyć (tak jak dziewczynki), to jeszcze im w tym przeszkadza testosteron, który płynie w męskich żyłach już od najwcześniejszych lat.

    Odpowiedz
  2. Ewa

    Maria, jesteś bardzo dzielną i cudowna Mamą:) Nieodmiennie wierzę, że wszystko się ułoży i będzie dobrze, również dla Felka. Jeżeli chodzi o przedszkole, chłopcy są różni i nie wierzę, że tam będą tylko grzeczni i ułożeni. Panie na pewno dadzą sobie radę z Jego humorami. Bądź dobrej myśli. Pozdrawiam serdecznie z Gdyni (dziś piękne słońce i ciepło, około 27 st. Celsjusza, jutro ma byc 10 stopni mniej;( zaczyna się jesień…)

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      u nas też gorąco z wyczuwalną domieszką jesieni… jutro idziemy na spotkanie do przedszkola,dziś byliśmy sobie na nie popatrzeć z ulicy.O dziwo,Felek ani razu nie zaprzeczył gdy mówiłam,że tam będzie chodził,zostawał bez mamy ale że po niego przyjdę itd… widział przefantastyczny bajkowy plac zabaw tegoż przedszkola na którym akurat trwała zabawa stada maluchów.A że sobie dadzą radę… tego właśnie się boję. ich metod:)

      Odpowiedz
  3. Ja

    Czytam, czytam, czytam…
    Felek to moja Zocha, Lileczka to moja Marysia…
    Twój mąż to wkrótce mój mąż, kierunek Anglia
    Jestem obok :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>