Tragikomedii ciąg dalszy. Bez kulminacji.

Zaprowadziłam dzisiaj Felka na popołudniową sesję, na godz. 13.00. Wraz ze mną niejeden rodzic zostawił w przedszkolu swoje dziecko. Niektóre płakały. Był chłopiec, który dostał wręcz ataku histerii. Uczepił się maminych legginsów i za nic nie chciał puścić. Mama jego zrobiła zniesmaczoną minę i wymownie spojrzała na przedszkolanki, jakby mówiła: ,,No zróbcie coś, to wasza robota, ja muszę wychodzić”. Przedszkolanki zrozumiały. Jedna z nich ze współczuciem wzięła łkającego malucha i długo nosiła na rękach. Coś ciężko mi się ślinę wtedy przełykało. Ale pocieszało mnie, że Felonek zadowolony. W domu wcześniej był już drugi dzień z rzędu nieznośny, nadpobudliwy i dokuczający ile wlezie, aż dość go miałam. A tu nagle- proszę, pogodny, kochany, zabrał się za gotowanie obiadu. Potem poszedł na plac zabaw. Powiedziałam że wychodzę, na co przystał natychmiast, poleciał i tyle go widziałam. Ale jakoś mnie wmurowało. Krążyłam jak zombie po sali. Została w niej tylko ta pani tuląca spłakanego chłopczyka. Przeprosiłam ją, spytałam czy mogę zostawić mój numer telefonu, bo mój synek już się bawi. Coś bełkotałam, że teraz to już chyba ja jestem ,,more stressed” niż on. Wyczułam empatię. Zrobiło mi się raźniej. Pani wzięła numer i obiecała że zadzwonią, gdy będzie mocno i długo płakał. Poszłam, miałam wrócić po niespełna 3 godzinach.

Wróciłam i pani w drzwiach poinformowała mnie, że moje dziecko jest troszeczkę smutne. Dopadłam histerycznie trzęsącego się Felka, bordowosinego na twarzy. Musiał płakać baaardzo długo. ,,Umawialiśmy się na telefon…”- wydusiłam. Znowu ta empatyczna, ale już wiem, że sztucznie, mina. To zasrane, wzbudzające zaufanie, spojrzenie prosto w oczy i przytrzymanie wzroku. Chciałam krzyczeć. Felek łka, że nie chce tu robić siusiu. Jedna z pań duka, że pytała się go po polsku, czy chce siusiu i mówił, że nie chce. Ledwo zdążyliśmy do kibla przed jego posikaniem się w majtki. Taaaaak. Tego nie przewidziałam.  Że będzie trzy godziny wstrzymywał, chociaż przecież w domu nie ma tego problemu, robi sam, radzi sobie, no ale to nie dom.

Panie mówiły, że ogólnie był spokojny tylko jak zmieniali miejsce z sali na dwór, i na odwrót trochę się ,,denerwował”. Noż do ch…a, przecież tydzień temu jedna z nich mi gadała, że jak dziecko nie chce, nie musi podążać za grupą. To akurat ważne dla mnie. Ale cóż, nie ma mitycznych arkadii wśród przedszkoli. ,,Pani mi znowu nie pozwoliła”- płakał Felek. Nie wiem, na co, bo aż tak wylewny nie był. Podejrzewam, że musiał wyjść, a nie chciał i potem wrócić a też nie chciał. Może pozornie żadna tragedia. Jak się patrzy z perspektywy dorosłego, który ma tyyyle problemów. I wszystkie megaważne. Tysiąc razy ważniejsze niż niepojęte pozostawanie w obcym (jednak!) miejscu z obcymi babami i dziećmi gadającymi w kosmicznym języku.

Od razu po wyjściu humor Felkowi wrócił i nawet nie chciał do domu, mimo głodu i zmęczenia, za to radośnie brykał wokół stolików przed przedszkolem. W domu zjadł cały obiad (nie pamiętam kiedy coś takiego ostatnio miało miejsce) i obejrzeliśmy sobie razem film. Felek mówił, że lubi płakać w przedszkolu (!?), a tak poza tym wymieniał mi zabawki jakimi się bawił. Na moje pytanie, czy jutro mogę go zostawić i z Lilką wyjść, odpowiedział twierdząco bez chwili zastanowienia. Na moje głupie pytanie, czy fajnie było  przedszkolu (widziałam go- musiało być przefantastycznie!), także.

Może ja czegoś tu nie kumam. A może po prostu tak, jak inne dzieci chlipią, zawodzą, płaczą i kwilą (byłam świadkiem! nie tylko moje dziecko jest ,,a little bit upset”, jak to panie określają stany przedrzucawkowe u dzieci), tak mój syn wyje aż mało się nie zwymiotuje, taki styl? Że czuje to samo, co inne, tylko delikatnie mocniej to wyraża… ? Bo gdyby jakoś starsznie tam cierpiał, to chyba na pytanie, czy pójdzie nazajutrz do przedszkola, powiedziałby, że nie? Nie pytam go, czy chce, bo jego chcenie nie ma tu nic do rzeczy. Ale pytam, czy będę mogła go tam zostawić i wyraża zgodę, chociaż wie, że bez tej zgody nie wyjdę.

Jutro znów na godzinę. Krótszy okres nerwowego patrzenia w komórkę. Chciałabym, żeby on to lepiej znosił. I żeby mi nie kazał bez przerwy malować naszego domu w Rumi i chodnika przed nim, bo możnaby już wystawę zorganizować. A serce mam już popękane tak mocno, że z trudem wyrabiam te przedszkolne sesje. I żeby Lileczce przeszła ta seria przeziębień, amen.

7 myśli nt. „Tragikomedii ciąg dalszy. Bez kulminacji.

  1. Kasia

    To jest, Maryś, niestety różnica kulturowa, że Brytyjczycy, jak im się dom zawali, pies zdechnie, babcię potrąci samochód, ukradną im rower, a w dodatku złamie im się paznokieć, to mówią, że ogólnie wszystko super. My tak nie mamy, no ale tego już nie zmienisz. Ale może to jest właśnie sposób na te Wasze wszystkie problemy? Przywdziać maskę Brytola na jakiś czas i starać się nie hiperbolizować, tylko właśnie dostrzegać Wasze drobne potyczki z losem w obliczu większego ogólnego dobra – tego, że jesteście wszyscy razem i dobrze Wam się żyje :) Ufaj Felkowi – skoro mówi, że jest ok, to nie podważaj jego słów :) Trzymam za Was kciuki!

    Odpowiedz
  2. alinka

    Cholera,ale się narobiło! Wszystko się zwala na Twoje barki!I przedszkole i choroby Lilki i tęsknota za Rumią i dokumenty które w jakiś niewiadomy sposób wyparowały.Może już dość?! Wiem,że sobie poradzicie ze wszystkim mimo że jest wam ciężko…ale to wszystko jeszcze potrwa.Myślę,że przełomem będzie jak Feliś zaakceptuje przedszkole.Nie piszesz co załatwiłaś w ambasadzie z dokumentami.Wiesz co Maryś?Szczerze jest mi Ciebie i Felka żal.Tobie najwięcej się dostaje od tamtejszego życia,a Felek chyba bardzo tęskni,skoro wciąż musisz rysować dom w Rumii.Po raz pierwszy nie wiem,co napisać,żeby choć trochę podnieść Cię na duchu……Przykro mi chociaż wciąż wierzę,że wszystko się szybko ułoży.Buziaki……

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      nic nie załatwiłam,bo na razie to odkładam,nie mam głowy kasy ani czasu.za tydzień felonek leci do polski na prawie 3 tyg,to chociaz od jego problemów odpoczne.dziękuję za wsparcie:)

      Odpowiedz
  3. ewelina

    A ja se pochichrałam przy tym opisie, zwłaszcza lubienie płakania mnie urzekło:) Ale tak serio, myślisz ty, że taki wyjazd teraz to mu nie namiesza w głowie znowu? Dla pocieszenia: wizyta u dentystki: przed – ćwiczenia praktyczne na jednorożcu „o mamusia Nevenka będzie przy tobie, a ty się nie bój, pani dentystka nie jest zła, naprawi zęba i po wszystkim”; po drodze – podobny klimat jw, u mnie ulga i żal, żem pazury poobżerała, bo chyba nie było o co tak się gryźć (dosłownie i w przenośni); w poczekalni: sielana, śmichy chichy i zabawa na całego. Aż żeśmy wlazły do jaskini lwa, spoczęły na fotelu (ja, na mnie Niuta, na Niute jednorożec, na jednorożca chustka): najpierw zadrżała broda, zaraz się zacisnęły szczęki, egzekutor podchodzi a mała japa się otwiera i ryyyyyyyk, od razu z grubej rury (z cofką, telepką i całym zestawem histerii w 3 stadium). No to ja nelsona na łapy, brodą trzymam łeb hydry, co się wije w amoku, i dyszę do dentystki, szybko Pani daje, nie porzyga się bo nie jadła (zęba leczymy już długo, za każdą wizytę 8 dych, no kurna ile można, za tę kasę już bym jej mogła szufladę taką na wieki wieków sprawić). W akompaniamencie rodem z Egzorcysty (jak dentystka dłubała, to nawet na chwilę przestała wyć, bo – zgodnie z zapowiedzią – nie bolało) ząb wyczyszczony (bez wierteł dodam, jakimś żelem, co próchno wywala ma leczone), zaplombiony. I teraz zakończenie jakby podobne do Twojego: schodzimy z fotela, Niuta już dziarsko, z uśmiechem do kobity: a balona z cyckami dasz? (z rękawiczki gumowej), a ja lubię dentyste, to nic nie boli i ja nie płaczę(???), o fajnie mi tego zomba zakleiłaś, to mama idziemy już, co? To poszłyśmy odprowadzone sześcioma parami oczu, co w poczekalni sobie słuchały, jak się matka-psychopatka z dentystką-sadystką nad biednym aniołeczkiem znęcają…

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      łomatko………………………………. łohahahaaa!!!! a co do wyjazdu felka to on o tym marzy całym sercem,bilety kupione,mam nadzieje ze wróci zrelaksowany i dobabciowany i zycie zda mu sie piekniejszym…

      Odpowiedz
  4. Ryfć

    Jezu, sorry, chyba nie powinnam tego pisać, ale przy ostatnim akapicie to nawet ja się poryczałam, a co dopiero on i ty.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>