Miesięczne archiwum: Październik 2012

Mam czas

Mam czas na sklejenie z kartonu i rury po ręczniku papierowym mówiącego samolotu, któly zawiezie nas do Palyza. Na wpychanie tam zółtego dinozalła, któly leci na zakupy, a jak wlóci, to pojadą do Klystyny.

Mam czas zatrzymywać się po sto razy w drodze do przedszkola i za każdym robić kopiec z liści, w który z impetem wjeżdża mały rowerek. Dlatego z domu wychodzimy dużo wcześniej. Droga, którą przemierzam sama 15- 20 minut, mamy czas przemierzać w godzinę. Mam czas szukać na niej zmiji i licyć ptaki.

Mam czas podejść do kontenerów na makulaturę i rozejrzeć się, czy nie ma jakichś ciekawych materiałów na zamki i świątynie dla dinozalłów. Mam czas to oglądać, pomóc w wyborze, a potem budować. Mam czas otwierać lestaulację, w której serwuje się dania wycięte z gazety na talerzach z liści. Mam wcześniej czas te liście zbierać.

Mam czas sukać bagaznika od cięzalówy.

Mam czas by przerwać dowolne zajęcie w celu nakarmienia dziecka piersią. Mam czas przez godzinę ucierać dynię na babeczki. Tyle to trwa, gdy pomaga dwójka dzieci w wieku 1 i 3. Mam czas zbierać potem po całym mieszkaniu dyniowe pestki żeby je ususzyć. Mam czas zrobić obiad rano i podać go w porze głodu a nie w ,,porze obiadu”. Mam czas kłaść do łóżeczka w porze zmęczenia a nie w ,,porze snu”. Pory ,,czegoś” u nas nie funkcjonują.

Mam czas mówić ,,kocham cię”, wtedy kiedy widzę cud, czyli tak na prawdę kiedy chcę. Bo mam czas cud zobaczyć.

Tak sobie to wszystko myślałam w kontekście pracy na etat. Że kurczę, niewiele czasu by mi zostało na na prawdę ważne sprawy.

Falstart:)

Jestem totalna mistrzynią matczynej organizacji! Przygotowywałam siebie i dziecko do ważnego dnia, jaki miał dziś nastąpić- Start Day Felonka w przedszkolu, Już się Felonek nastawił, poinformował mnie, że owszem płakać będzie, ale wymienił też kilka innych czynności, które zamierzał tam wykonać. Ubrałam go w megałatwe w ściąganiu i zakładaniu spodnie, kupiłam 2 deserki tiramisu, które ,,sobie zjemy razem jak już po ciebie przyjdę” i… w drzwiach pani zdziwiona oznajmia nam, że nasz Start Day jest za tydzień. A w ogóle jeśli chcę go jednak zostawić dzisiaj, muszę zapłacić, bo są wakacje (!) i przedszkole nie jest refundowane:) Rozbawiło mnie to. Felonek zawiedziony bynajmniej nie był, potem się ze mnie śmiał, mówiąc: ,,No psecies tatuś napisał ze nie mozemy iść dzisiaj do pseckola i pomyliło ci się” (!?). No w każdym razie znów naszły mnie przemyślenia na temat kondycji mojej koncentracji… Ale chyba lepiej już nie będzie. Byle nie było gorzej. Start Day w następny wtorek. Deserki tiramisu razem już zjedzone :)

Przemeblowanie

Poprzestawiałam trochę swoje priorytety i natychmiast odzyskałam spokój duchowy. Po kilku dni pracy nad tym, by absolutnie nie podnosić głosu, nie wykonywać frenetycznie nadprogramowych czynności i nie zmuszać do niczego siebie ani innych, okazało się, że nadal potrafię realizować w rodzicielstwie medytacyjne skłonności:) Kiedyś szczyciłam się nieomal tym, że nic właściwie nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, potem sytuacja mieszkaniowa z atrakcjami typu ciąża nieco mnie nerwowo rozstroiły, potem Lileczka ryczała, potem Felek ją tłukł a Marcinek wyjechał- i bałam się, że już nigdy nie uda mi się osiągnąć ideału buddyjskiego spokoju, a tu proszę. Doszło do tego, że gdy jedyny raz zupełnie spontanicznie krzyknęłam  ,,Felek!!!”, gdy znowu o coś się tam spinali z siostrzyczką (teraz to już jest bardziej symetryczne, nie wiadomo do końca czy ta Lileczka jest na prawdę taka bezbronna i niewinna:) ), Feliksik zreflektował się, bo… rozbrzmiało echo w naszym mieszkaniu bez mebli. Tak się tym zachwycił, że zaczął biegać i krzyczeć: ,,Felek nie bij jej!” zupełnie zapomniawszy o tym, że miał się mścić krwawo na siostrze. Moja reakcja: w pierwszej chwili totalne zaskoczenie, w kolejnej poprawa humoru na tyle, że do dziś tę scenkę wspominam z dużym rozbawieniem. Więc on już nie reaguje złością na bardziej radykalne zwracanie jego uwagi na nie do końca akceptowalne zachowania, ale wciąż w sytuacjach, jak by to określić, fizycznej niemocy. Np. chce coś ułożyć a ciągle mu się rozwala, nie chce dalej jechać na rowerze a jesteśmy na spacerze dość daleko od domu… Aż ciężko mi podać jakieś przykłady, bo na prawdę od kilku dni to się zdarza rzadko. Jak już zdarzy, nastawiam sobie odpowiedni program w mózgu. Program ten zabezpiecza przed okazaniem zniecierpliwienia nawet w przypadku skrajnego przegrzania mechanizmów. Może uznacie, że to źle, bo tłumię emocje. Ale ja widzę jakie efekty daje współczucie zamiast złości, spokojne czekanie i powtarzanie do znudzenia ,,zezłościłeś się bo coś tam.” On się dotknąć wtedy nie daje, czasami gdy coś mówię, krzyczy: ,,Nie mów telaz nic do mnieeeeeeeeeeeee!!!” i dla mnie to jest znak, że on chce sam sobie poradzić z tymi emocjami, ale przy wsparciu moją fizyczną obecnością (bo odejść od siebie też mi nie pozwala). Złość w końcu mija, biorę go za rączkę, a on potrafi powiedzieć z ulgą: ,,Ale się pozłościłem mocno, co?”. I może faktycznie dłużej to wszystko trwa, niż pociągnięcie za sobą dziecka do domu czy wymierzenie jakieś kary albo zagrożenie nią. Dla mnie to jest jednak ważne, żeby on czuł się akceptowany w każdej sekundzie swojego życia. Żeby odróżnić potrzeby od uczuć a uczucia od zachowań jakie one determinują. Wtedy potrafię pomóc zamiast bezsensownie nakręcać spiralę wściekłości.

Przedszkole. Już pojutrze Felek ma swój ,,Start Day”, dwa razy był na dość krótko i już nie uważam tego za tragedię swojego życia. Ten pierwszy raz płakał większość czasu, ale już za drugim (godzina) rysował (widziałam przez szybę!), nie wołany przez nikogo, z dziećmi i z panią, a potem nawet pokazał mi swoje dzieło. Przy okazji późniejszych w domu rozmów, wyszło na jaw, że sam zgłosił się także w porze przekąsek po banana i jadł go ze smakiem. Owszem, jak mu się coś przypomniało, ,,pobukiwał” sobie, ale nawet łez w tym nie było, no i widziałam moje dziecko potem- nie wyglądało tym razem na zmaltretowane. A po wyjściu z przedszkola- świetny nastrój. Martwię się tym ,,Start Day’em” bo ostatnio nie musiał iść do toalety, ale teraz 3 godziny to chyba w końcu mu się zachce. Pójdzie, nie pójdzie?- oto jest pytanie… Zostawię im spodnie i majtki w razie czego na przebranie, bo jak na razie próbuję z nim o tym rozmawiać, to uparcie twierdzi, że on ,,siusiu w pseckolu nie chce lobić i zlobi jus w domku”. Ale on nie kuma, co oznaczają 3 godziny. To jedyna moja, ale dość poważna bolączka z tym przedszkolem związana. Bo normalnie oczywiście Felek jest od dawna w całości samoobsługowy, nawet nie melduje już czasami, że idzie do łazienki w takim czy innym celu. Tylko ta (chyba) bariera psychiczna. No zobaczymy.

Żeby nie było, że mi za dobrze, Lileczka ostatnio budzi się i domaga cyca nawet kilkanaście razy w ciągu nocy. Mniej więcej co godzinę albo częściej. Jestem wykończona. Za dnia ledwo kontaktuję, ale staram się zmęczenia nie dopuszczać do decyzji w sprawie reakcji na trudne sytuacje. Trwa to już jakiś czas, z 2-3 tygodnie. Nie da się niczym zaspokoić. Gdy poczuje w takiej chwili w buzi smoczek, uderza w tak potworny ryk, że dopiero muszę się uspokajać… Ssie minutę i idzie spać. I tak w kółko, czasami nie zdążę zasnąć przed ponownym jej wybudzeniem. Śpię z nią przez większość nocy, co przez jej akrobacje zaczyna być na prawdę niewygodne, ale pozwala szybciej zareagować przed wybuchem ryku, natomiast na pewno nie się wyspać. Poza tym w okolicach świtu muszę ją przełożyć bo ładuje się do nas Felek a on się nie patyczkuje w usuwaniu przeszkód na trasie do przytulenia mamy… Czasami nie zdążę, bo Felek migruje także w środku nocy.Staram się tłumaczyć, że chyba w końcu przestanie się tak budzić, że może z kilka lat to potrwa, ale kiedyś przejdzie… Ale faktycznie jestem zmęczona. Bez depresji i myśli samobójczych, ale zgrzyta. Tym bardziej, że Felek w tym wieku ciągiem spał już te 7-8 godzin… Na pewne rzeczy jednak chyba nie ma się większego wpływu i wszystko wymaga określenia priorytetów. Albo ich poprzestawiania. Tu nie widzę innego rozwiązania, niż karmić jej na każde żądanie, chociaż Felka właśnie za pomocą podawania wody zamiast mleka, można powiedzieć, oduczyliśmy nocnych pobudek i to w ciągu 3-4 dni. No ale on nie był karmiony piersią w tym wieku, uważam, że tego nie da się porównywać i odnosić jednego do drugiego. Trudno. Zaciskam zęby i do przodu jakoś :)