Czerwone liście

Co za piękny dzień. Marcinek miał wolne, Lileczka tuptała sobie z pokoju do pokoju, ogryzając świeżozerwaną na polu kolbę kukurdzy. Najpierw miała mały problem, bo nie wiedziała, jak to ugryźć- dosłownie i w przenośni. Jeden mój demonstracyjny kęs wystarczył. Chodziła i ogryzała, z umorusaną kukurdzianą papką buzią, nosem i czołem, co jakiś czas racząc nas ośmiozębnym uśmiechem. A my- leniwie. Marcinek zrobił obiad, zjedliśmy razową szarlotkę, którą upiekł przedwczoraj i o niej zapomnieliśmy, potem jeszcze chleb z amarantusem. Lileczka zjadłszy kukurdzę, domagała się go intensywnie. Przed południem poszła spać, a my cieszyliśmy się sobą. Cudowne chwile, rodzicielstwo bliskości, małżeństwo bliskości, za oknem mżawka, poczułam, że to jest to i chyba nic mi nie trzeba do szczęścia, poczułam w końcu, że miejsce na świecie nie ma znaczenia, gdy ma się obok siebie TYCH LUDZI- najdroższych. Felka brakowało, brakuje, ale nie dopuszczam do siebie teraz myśli o nim. Nie chcę nawet myślami ingerować w jego chwile. A z maili od mojej mamy i zdjęć, wnioskuję, że są wyjątkowe.

Z tego naszego miłosno- kulinarnego lenistwa zrobił się straszny bałagan. Ja pedantką nie jestem, więc skoro mi zaczął przeszkadzać, to możecie wierzyć, że zrobiło się na prawdę tragicznie. Trochę za moją rodzinkę zdecydowałam , że po obiadku Lileczki ona pójdzie z tatą na spacer, a ja posprzątam. I tak też się stało. Ubrałam córcię, poszli. Bez wózka, bo Marcinek nie lubi wózka, zarzekał się, że woli ją nieść albo sama pójdzie:) Co prawda dopiero od kilku dni chodzi tak na prawdę dość pewnie (a i tak jak jej się spieszy, daje na raczkach, ale stara się jak może!), ale nie obawiałam się o ich losy. Nawet mimo lekkiego deszczu. W końcu, jak powtarza często nasz synek, ,,tata wsystko umie”!

Wyszli, a ja zabrałam się za porządki. W pewnym momencie wyjrzałam przez okno, zobaczyć jaka jest pogoda, bo poczułam lekkie wyrzuty sumienia, że ich tak wypędziłam i chciałam się upewnić, że aż tak mocno nie pada. Padało. A oni jeszcze byli koło domu. Lileczka jak mały muchomorek, w czerwonym przeciwdeszczowym kombinezonku i kremowej polarowej kamizelce, maleńka, drobniutka, maszerowała w kierunku dwumetrowego taty. Coś mnie… przycisnęło do tego okna. Wzruszenie, jakie nieczęsto się zdarza. Banalne, ale miłość, poczucie jedności z nią! Patrzę… Lileczka zatrzymuje się przy kałuży (nowe butki okazały się nieprzemakalne- uff!) i… siada w niej. Chlapie łapką. Stoję przciśnięta. Myślę nie tylko o tym, jak oni do siebie pasują, ale także o tym, jak dobrze, że kupiłam ten fantastyczny kombinezonik… Ani kropli nie przepuści! Dziecko może robić co chce w każdą pogodę. No i robiło. Siedziało w kałuży, kiedy tata lekko tylko wyciągając rękę, sięgał dla córeczki najczerwieńsze listki z wysokich klonowych gałęzi. A ona je brała i nimi chlapała. Zapomniałam, że miałam sprzątać, ale przypomniałam sobie i gdy kolejnym razem podeszłam do okna, ich już nie było…

Wrócili po ponad 2 godzinach, zadowoleni, Marcinek przemoczony, a Lileczka tylko brudna, roześmiana i głodna. Przyssała się do mnie natychmiast po czym pochłonęła jeszcze gruszkę, śliwkę i kawałek marcinkowego chleba. Wykąpałam ją i położyłam spać. Zasnęła bez szemrania. Teraz piszę, Marcin robi obiad na pojutrze (!) a wieczorem obejrzymy sobie film w czystym mieszkaniu. Jestem szczęśliwa. I dobrze sobie uświadomić, jak niewiele do szczęścia potrzeba.

2 myśli nt. „Czerwone liście

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>