Dwuosobowa wioska indiańska

Nie ma Felka, nie ma Marcinka. Godzina 8.15. Lileczka domaga się mojego przebudzenia. Zwklekam się z posłania, biorę ją. Zaczynamy dzień. Ona aktywnie, zasikana na sto dwa, ale nie przeszkadza jej to, nie obchodzi ją, że trzeba się trochę przebrać, ucieka na czterech w akompaniamencie tak histerycznie radosnego śmiechu, że odpuszczam. Wolę się pośmiać, niż ścigać ją z tymi pomarańczowymi rajstopkami na podorędziu. No dobrze, to najpierw ja. Nie mając jeszcze pomysłu, co dzisiaj ubrać, patrzę na swoje nagie odbicie w lustrze. Może za długo? Bo Lileczka, znudzona moim niegonieniem, sama przybywa w pasiastej piżamce na bosych nóżkach. Wyciągam rękę i jednym ruchem ściągam  z niej nocny strój, twarz Elma ląduje pomarszczona na podłodze. Drugi ruch , pielucha wiruje w powietrzu a malutki golasek zaczyna się wspinać po moich wypukłościach tu i ówdzie. Przeszło mi przez myśl, że kiedyś ich nie było, ale skoro się pojawiły po tym, jak na świat przyszły pewne dwie cudowne istoty, to zapewne dlatego, by mogły się one po nich wspinać.

Nagle było mi doświadczyć czegoś absolutnie nieznanego i nieoczekiwanego. Lileczka ześlizgnęła się z impetem z mojego tułowia, tak, że jej zasmarkana buzia znalazła się na przeciwko mojego biustu. Jako że żadne fałdy materiału nie dzieliły jej od obiektu zainteresowania, wyciągnęła szyję i przyssała się subtelnie do jednej  piersi na kilka sekund. Potem do drugiej. I tak na zmianę, po kilka razy. Wcale nie była głodna. Wcale nie była zdziwiona. Wcale nie była nachalna. Po prostu uznała, że skoro coś jest dla niej, to może wziąć. Wiem, wiem- dzieci w tym wieku generalnie uważają, że wszystko jest dla nich, sięgają i biorą, nawet jeśli jest to paczka papierosów położona nieopatrznie przez którąś z cioć zbyt nisko. Tylko że w naszym przypadku jej się to faktycznie należało. Świadomość tego była dla mnie wspaniałym doznaniem. Sądzę, że karmienie  piersią takiego już większego, w sensie bardziej świadomego dziecka, MOŻE mieć wpływ na kstałtowanie jego pewności siebie. Bo wie, że jest ktoś, kto da mu coś czego ono potrzebuje, bez żadnej łaski, zastrzeżeń, warunków? Ja nie wiem. Przecież w ogóle tego nie planowałam. Po urodzeniu zakładałam, że będę po bożemu karmić z pół roku i do widzenia. Minęło pół roku, to dałam nam jeszcze z dwa miesiące. Potem jeszcze cztery. Minęły te cztery a my gołe kokosimy się w kołdrach, tuląc, karmiąc, śmiejąc się do rozpuku.

Na pewno każdy chociaż raz widział film dokumentalny o ,,dzikich” plemionach, gdzie kobiety chodzą z odkrytym biustem, do którego podoczepiane są dzieci w różnym wieku. Kiedyś takie obrazy budziły we mnie lekki niesmak. Do dziś zresztą nie jestem całkowicie przekonana do publicznego karmienia takich większych dzieci, z Lileczką już jakiś czas temu zrezygnowałam z seansów, które ktoś mógłby obserwować. Nie chcę się obnażać, nie chcę zapraszać nikogo do naszej intymności, tym bardziej, że wiadomo, jakie jest podejście ludzi, a nuż ktoś swoimi niewybrednymi refleksjami na ten temat (nie daj Boże uwagami!) odarłby to co nasze i tak piękne, z TEGO właśnie? Sama też nie lubię uczestniczyć w czyichś wyjątkowych chwilach, jeśli mnie nie dotyczą. Ale to, co wydarzyło się dzisiaj w naszej sypialni, bez świadków, z wyjątkiem ogromnego lustra, było takie szczere, prawdziwe, wruszyło mnie tak mocno, że postanowiłam o tym napisać. Ona i ja, nagie, wesołe, istniejące w tym momencie tylko dla siebie- i dla siebie nawzajem. Dla mnie niewiarygodne, nowe, zaskakujące, dające poczucie spełnienia…

Relacja z Lileczką przechodzi moje najśmielsze oczekiwania, tym bardziej, że początkowo sprawy nie rokowały za dobrze. Nie wiedziałam, jak to jest, być z dzieckiem tak blisko, tak radośnie. Teraz wiem. Jest to jedno z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia.

5 myśli nt. „Dwuosobowa wioska indiańska

  1. weronika

    czytam Twojego bloga za każdym razem, gdy pojawi się nowy wpis. zazwyczaj jest to wieczór, kiedy mój Młody już śpi, a ja mam chwilę na swoje „nicnierobienie”. blog jest wspaniały i prawdziwy. wiele zapisanych w nim zdań pomagało mi przezwyciężać moje matczyne paranoje. dziękuję za to!

    a relacja z „wioski” jest przepiękna!
    pozdrawiam :)

    Odpowiedz
  2. mamanapuszczy-1

    to znaczy, refleksja o niewpuszczaniu intruzów, w TAKIE historyje- jest na czasie. Tym samym i reszta dywagacji filozoficzno-estetycznych…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>