Integracja sensoryczna :)

Ostatnio wszędzie, gdzie nie trafiam, napotykam sformułowanie ,,integracja sensoryczna”. A ponieważ moje młodsze dziecko jest tak fantastyczne, że zupełnie mu nie przeszkadza mama siedząca przy komputerze podczas jego normalnej dziennej aktywności domowej, wykorzystuję ten błogi czas (bez Felcia, któremu, owszem- przeszkadza!) i się dokształcam, dowiaduję i kontaktuję. Trafiłam chociażby na stronę sklepu ze sprzętem do integracji sensorycznej… Mój Boże, żele, musy, farby, mazie, piany, coś tam, no wypas! Aż mi się głupio zrobiło, że jestem taką złą matką i jeszcze nie obczaiłam żadnej angielskiej miejscówy do zakupów tego typu, no jak to, dwoje dzieci i zero musu zielonego na chacie! Świadomie je ogłupiam i sprawiam, że sensorycznie nigdy rówieśników nie dogonią…

Jak to zwkle bywa, z pomocą memu zbolałemu sumieniu podążyła moja córka. Od rana (od wstania z łóżka) zupełnie mnie nie zauważała, co nawet dziwne, bo z reguły po śniadanku miałyśmy swoje mizianie  (wiele różnych czynności się w nim zawiera) w programie, ale może wystarczyło jej to, że po przebudzeniu spędziłyśmy w łóżku ok. 50 minut i się namiziałyśmy ile wlezie. Córka moja czas ten spędzała nadzwyczajnie aktywnie. Ja piłam kawę, ona buszowała. Cicho nie było, więc się nie martwiłam. Najpierw otorzyła kuchenną szafkę i wywaliła wszystkie reklamówki oraz sprzęt do gotowania na parze (w częściach). Zawsze gdy coś huknęło, zapuszczałam żurawia do kuchni, upewnić się, że to nie czaszka, tylko np.  plastikowa pokrywka. Lulcia ułożyła sobie wszystkie części naczynia do gotowania na parze w rządku, wyjęła jeszcze naręcze czystych kuchennych ścierek, odłożonych na czas, aż te co są brudne, zbrudnieją do reszty, po czym przykładała je do poszczególnych plastikowych części. Chyba jednak do żadnych konstruktywnych wniosków nie doszła, ponieważ w pewnym momencie zaczęła wszystko rozwalać i rozrzucać, z dość dużą dozą namiętności. Zaspokojona poszła  w róg, gdzie trzymamy zapas cebuli i makaronu. Wywaliła sobie trochę tego, trochę tego i dość długo smakowała, układała, rozrzucała, wąchała, lizała, przekładała, kładła jedno na drugie, przypomniała sobie nawet o naczyniu do gotowania, które tak niecnie potraktowała, teraz wróciło do jej łask i służylo jako coś w rodzaju podkładki pod makaron… Cel tego był dla mnie trudny do określenia, ale sensorycznie wyglądało to całkiem całkiem…

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy, także kawa, chociaż zakupiłam możliwie największy kubek (może służyć nawet jako wazon). Obiad do zrobienia, kotlety du usmażenia, makaron do ugotowania. Chciałam Lileczkę wziąć do chusty, bo zawsze boję się o nią, gdy pichcę, a ona kręci mi się pod nogami, oczami wyobraźni widzę spadającą gorącą patelnię, wylewający się wrzątek… Rzeczy te niekiedy mi się zdarzają, ale Opatrzność czuwała na tyle, by akurat Lileczki w pobliżu wtedy nie było. Niestety nie opracowałyśmy wciąż wiązania na plecach, dziś prawie się udało, ale prawie robi różnicę, jedna z nóżek wydawała mi się zbt ściśnięta, chciałam poprawić, Lileczka zaczęła się wić… Nie dało rady. No więc chwyciłam ją i położyłam sobie na biodrze, ona to uwielbia, pomyślałam, że jakoś to będzie, akurat do gotowania obiadów z użyciem jednej tylko ręki zdążyłam przywyknąć. Odkręciłam kran, by nalać wody do granka. Już malutka łapka zlądowała pod lodowatym strumieniem. Zdziwienie, ale nie cofnęła się. Kran zakręcamy, dziecko bacznie przygląda się tej magii. Ale miało ochotę nadal sensorycznie się rozwijać i z trudem postrzymałam je przed poczęstowaniem się kawałkiem indka podczas smażenia… Cóż. Muszę Lilci dać jakąś zabawkę. Dużo czasu na myślenie nie miałam, położyłam córeczkę na podłodze i żeby nie zmieniała przez chwilę miejsca pobytu, zupełnie bezrefleksyjnie dałam jej talerz z resztką bułki tartej, używanej przy panierowaniu… Nie, no większej radości nie mogłam jej sprawić. Nie dość, że można macać, szczypać, przesypywać, łapać w garstki i wypuszczać, to jeszcze było to, powiedzmy, jadalne! Sensoryczny raj!

Obiad zrobiony, czas na odpoczynek. Włączyłam sobie muzykę, energetyczny dancehall, przy którym moja córcia, wzorem matki, uwielbia podrygiwać, rytmicznie podnosząc i opuszczając rączkę, jak wzorowa fanka Kamila Bednarka w transie pod sceną! Do tego robi poważną, zaangażowaną minę i patrzy na mnie ogromnymi oczami, czy widzę… A jak ja mam tego nie widzieć, no ludzie. Przecież ze szczęścia mało nie padnę, że tu ruch, słuch, wzrok, a wcześniej wszystkie inne zmysły w totalnej integracji!

Na obiad było mięsko, makaron oraz surówka z kapusty, marchewki i papryki. Kolorowo, różne konsystencje, różne temperatury. Ciepły makaron, mokra kapusta, gadam do niej, ona je (rączkami, bo czym?), kiwa się w rytm ściszonej na okoliczność obiadu muzyczki. Jej mała twarz wywołuje bezwiedny uśmiech na mojej dużej. Sklep sklepem, tu chyba nie chodzi o bezkresne wydawanie pieniędzy…

21 myśli nt. „Integracja sensoryczna :)

  1. visenna

    To się właśnie nazywa integracja sensoryczna!!!!!! Piękny przykład miałam, gdy w lecie po deszczu Bączuch sprawdzał konsystencję błota, jego smak, a potem rozrzut. Błotna maska pierwsza klasa, a ślady na koszulce są do dziś!!! Mina małego odkrywcy absolutnie bezcenna:)))

    Odpowiedz
  2. Integracja Sensoryczna

    Sklep z pomocami do Integracji Sensorycznej pełni trochę inną funkcję. Po pierwsze są dzieci, u których zaburzenia przetwarzania zmysłowego są znacznie większe niż u innych maluchów. Takiego dzieciaka w gabinecie i w domu trzeba traktować różnymi bodźcami i właśnie po to są sklepy żeby terapeuci i rodzice mogli w zależności od potrzeb dobrać sobie co im pasuje. Nie wszystkie zaburzenia da się wyprowadzić taplaniem w błocie i huśtawką w parku.
    Druga sprawa to sama metoda SI. W skrócie polega na dostarczeniu wielu bodźców w krótkim czasie. Błotko na terapii? Chyba rodzice nie byliby zachwyceni. A żeby efekty były trzeba uczciwie terapię prowadzić. Istnienie sklepów z pomocami do SI jest zatem w pełni uzasadnione.

    Co do samego wpisu to jest jak najbardziej słuszny. Dzieci instynktownie się stymulują i rozwijają swoje zmysły. Problemem jest brak okazji do takiej stymulacji. Piasek w piaskownicy to jedyna rzecz, która jest dostępna powszechnie. Gorzej już z chodzeniem na boso, babraniem się w błocie, głaskaniem zwierząt i szeregiem innych czynności, do których dzisiejsze maluchy nie mają dostępu lub mają ale niezbyt często. No która z mam mieszkających w blokach puści dziecko po deszczu na bosaka? :) Wiadomo co w trawie może być ukryte (w sumie też stymulacja). A żele i masy, gluty i inne substancje to też superzabawa dla dzieciaków. Nie są konieczne do prawidłowego rozwoju a rodzic, który tego nie kupuje nie jest złym rodzicem. Jeśli jakaś zabawka się podoba i wydaje nam się, ze dziecku się spodoba można ją kupić np na urodziny zamiast kolejnego samochodu/lalki.

    Kiedyś żona opublikowała zdjęcie naszego syna utaplanego w błocie z komentarzem bardzo pokrewnym wpisowi. Nie mogę znaleźć (może autorka wie gdzie a ja nie zapomnę wkleić linka)

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Jestem pierwsza w kolejce do kupowania glutu zamiast kolejnego samochodu/lalki. Jestem też mamą co mimo mieszkania w bloku puszcza dziecko boso po trawie. Jestem też świadoma,że są dzieci wymagające dodatkowej pomocy. Natomiast spotkałam się nieraz (nie na stronie o ktorej wspomniałam) z reklamami typu: kup naszą zabawkę edukacyjną,twoje dziecko potrzebuje stymulacji itd- i to już uważam jest kłamstwem, bardzo nieuczciwym ze strony producenta.

      Odpowiedz
      1. Integracja Sensoryczna

        oj tam oj tam :) Prawdą jest, że dzieci potrzebują stymulacji, i że taka zabawka takową zapewnia. A, że można to inaczej osiągnąć… Żeby tylko takie niedopowiedzenia były naszym problemem. Nawet lekarzowi teraz wierzyć nie można…

        Odpowiedz
  3. Marysia Autor wpisu

    Ale gdyby skupić się na reklamach,jakich przykład podałam? Nie wyczuwasz pewnego zagrożenia? We wmawianiu że z dzieckiem potencjalnie coś nie tak,że wymaga specjalnego traktowania i specjalnych wydatków chociaż jedyne co mu potrzebne to porządny spacer?

    Odpowiedz
  4. Marta

    A ja mam pytanie offtopicowe – na jakiej podstawie dodaja sie zdjecia we wpisie? bo jest o Lili i integracji sensorycznej, a zdjecia sa w zasadzie tylko Felka :)
    a musami itp sama bym sie pobawila :)

    Odpowiedz
  5. love's patient

    Wiesz, Marysiu, na tej zasadzie to wszelką naukę można odrzucić, bo ktoś zrobi z niej drogie gadżety. ja byłam sceptyczna… a teraz widzę, że wiele problemów ani może wynikać z nadwrażliwości na dotyk i na dźwięk. Co ciekawe, my musimy kupić jedną rzecz za 6zł tylko do ćwiczeń;)

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Ale nie jest tak we wielu przypadkach? Że wkorzystuje się czyjąć w sumie krzywdę do robienia biznesu? Nie mówię, że zawsze i że te ,,gadżety” można sobie gdzieś wsadzić,bo i tak lepsza kasza z grochem. Ale powtarzam że tak czy owak zarabianie na ,,wyrzutach sumienia” jest nieetyczne.

      Odpowiedz
      1. love's patient

        Oczywiście, że zarabianie na wyrzutach sumienia nie jest ok. ale nie bardzo wiem, do czego się odnosisz. No i chyba wyrzuty sumienia są często indywidualną sprawą, dla kogoś jakiekolwiek wspomnienie, że coś jest dobre dla dziecka może się wydać robieniem wyrzutów, nie?

        Odpowiedz
        1. Marysia Autor wpisu

          W tym wpisie akurat odniosłam się do asortymentu sklepu który wg mnie jest fajny ale niepotrzebny do prawidłowego rozwoju zdrowego dziecka. W różnych późniejszch wątkach na ten temat odnosiłam się też do reklam produktów wmawiających że jakaś zabawka pomoże dziecku na płaszczyźnie rozwoju chociaż to kłamstwo

          Odpowiedz
          1. love's patient

            Myślałam, że takie akcesoria są dla dzieci, które właśnie mają kłopoty, a nie dla prawidłowego rozwoju zdrowego dziecka – czy ktoś pisze inaczej? Co do reszty, zgoda:)

          2. Marysia Autor wpisu

            Nikt nie pisze inaczej:) Ja sama z siebie sie w tym poście troche śmiałam-i mniemam że wiele mam po wizycie w takim sklepie miałob podobne przemyślenia:)

          3. Integracja Sensoryczna

            To może inaczej: nie broniąc nieetycznych chwytów reklamowych znamy przypadki, że dziecko w domu nie może puszczać baniek bo podłoga się odbarwi, nie może używać plasteliny bo biały dywan ucierpi itd.

            To czy zabawka pomoże czy nie to też trochę kwestia indywidualna. Jednemu tak, innemu nie.
            Najważniejsze jest zdrowe podejście rodzica do wszystkiego i tu żadne państwo nas nie wyręczy. Co najwyżej ktoś z rządu powie nam, że sami sobie jesteśmy winni bo jesteśmy naiwni.
            Zresztą jak wspominałem – w tej chwili nie można ufać lekarzowi bo jest na usługach koncernów i wciska świństwa wiedząc, że są szkodliwe. Żeby tylko dorosłym. Ale dzieciakom też! A jakaś nieobowiązkowa zabawka to pikuś przy tym.

          4. Marysia Autor wpisu

            Mam wrażenie,że mój wpis nie został odebrany zgodnie z moimi intencjami,bo także z innych źródeł wiem że był dyskutowany i nie zawsze głosy były przychylne. ABSOLUTNIE nie miałam na myśli tego,że terapia SI jest bezzasadna a problemy dzieci wymyślone.NIe pisałam,że takie sklepy są niepotrzebne.Odsyłam do 1 akapitu mojego postu- pisze tam o własnych doswiadczeniach i przemyśleniach,w kotekście moich dzieci i ich zajęć. Wyjątkowo nie odwoływałam się do innych rodziców. Po prostu ucieszyłam się że dzięki szybkiej refleksji udało mi się zaoszczędzić bo wierzcie lub nie ale już zaczęłam do koszyka ładować. Zresztą wczoraj nie wytrzymałam i poleciałam do sklepu stacjonarnego kupić farby (MUSY) do malowania palcami:) O lekarzach nie ma tam ani słowa ani o chorych dzieciach. Czy w końcu pogodzę 2 ścierające się tu opcje?:)

  6. Kasia

    Są wiązania chustowe i na biodro :D
    A tak poza tym, to ja jestem – chyba podobnie jak Marysia – jak najbardziej za żelami, maziami itp., ale (w przypadku zdrowego dziecka) tylko jako dodatkową, fajną opcją, a nie obowiązkiem każdego szanującego się rodzica. Z tym, że jest też taka możliwość, że nigdzie nie było napisane, że trzeba kupić, a Ty, Maryś, jako ta ambitna matka sama sobie to wklepałaś do głowy :>

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      No właśnie:) Mnie bardziej chodziło o szkodliwy marketing,bo rodzice czują się niekompetentni, widząc reklamę typu ,,dla lepszego czegoś” i kupują,bo myślą że nie potrafię tego czegoś zapewnić za darmo.To jest ogłupianie.I nie podoba mi się.Ja nie pisałam nigdzie,że ten sklep który znalazłam tak robił,aż tak skrupulatnie nie przejrzałam stronki.Ale reklamy inne zabawek edukacyjnych i stymulujących widziałam i były one delikatnie mówiąc nieetyczne:[

      Odpowiedz
  7. mamanapuszczy-1

    Każdy malec, to indywidualność, a nie kosmosowy lobocik dlewniany. Ciekawe po ile dzieci mają gadżetowi potentaci…,ile nie przespali nocy…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>