Jutro wraca Felek

Jak w tytule- jutro wraca Felek i jak zawsze, gdy szykują się mniejsze lub większe zmiany, mam mieszane uczucia. Prawda jest taka, że było mi łatwo, wręcz nudno momentami, gdy pod mą opieką pozostawało jedno dziecko. Nie wiem, na czym to polega… Gdy Felek był jedynakiem, wydawało mi się, że codziennie tak dużo muszę robić, taka jestem spięta ,,ciągle coś”. A teraz w analogicznej sytuacji mam wrażenie, że płynęłam przez te prawie 3 tygodnie na chmurce i trwałam w jakimś dziwnym półśnie. To nie tak, że nic nie robiłam. Na przykład sprzątałam. Cały bezfelkowy okres właściwie miałam w mieszkaniu porządek, bo… bo co? Bo miałam siłę, opłacało się, miałam czas? Wszystko po trochu? A przecież Lileczka czyni bałagan i to czyni namiętnie. Codziennie się gotowało (Marcinek bądź ja), wychodziło na dwór. Dziwne, że wydawaliśmy na prawdę poważnie mniej pieniędzy, niż w czasie, gdy synek jest z nami. Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Ani tego,że właściwie nie bywałam w tym okresie zmęczona. Dziś jestem, bo wczorej do póóóóźna (właściwie do dzisiaj, bo skończyliśmy po północy) pestkowaliśmy głóg na powidła, który wcześniej nazbierałam (0,6 kg!) nad jeziorkiem, będąc tam z Lileczką. Mało tego. Ani razu nie miałam matczynych wyrzutów sumienia. Od nich najbardziej odpoczęłam.

Tymczasem dzisiaj byłam w ,,naszym” przedszkolu, zgłosić iż niebawem znów się będą musieli z nami użerać. Panie powiedziały, że niestety nie mogą przedłużać aklimatyzacji w nieskończoność, bo był na to czas we wrześniu- nie, żeby były opryskliwe, powiedziały, że na pewno zrobią wszystko by Felka uspokoić gdy się rozpłacze, a jeśli nie da to skutku, zadzwonią. Umówiłyśmy się tak: we wtorek na pół godziny, w czwartek na godzinę, a potem już umówimy się na sesje poranne, czyli ilość przyjść w godz. 9.00- 12.00. Przystałam na to. Wracając starałam się odganiać myśli typu ,,co ze mnie za matka, jak mogłam się zgodzić?!”. Zracjonalizować to wszystko jakoś. W zasadzie doszłam do wniosku, że rzeczywiście przestałam JA mieć wpływ na to, jak on w przedszkolu się zachowuje. Bo jego płacz już po tych paru razach nie wynikał ze strachu przed miejscem, strachu przed byciem beze mnie w ogóle- tylko z niemożności komunikacji. A tu już moja rola się kończy.Mogę go tulić i hołubić, wspierać, ale on musi jakoś to ugryźć, że tutaj po prostu mówi się po angielsku. Zrozumiałam, że nic nie mogę zrobić. Nawet gdybym z nim zostawała i cały rok, nie rozwiąże to problemu nr 1- problemu z językiem. Postaram się być bardziej cierpliwa, mniej od niego wymagać w innych sferach, więcej różnych działalności mu umożliwiać- ale nie sprawię, że nagle panie w przedszkolu zaczną mówić po polsku. Postanowiłam sobie jednak tak: jeśli eksperyment się nie powiedzie i załóżmy po miesiącu nadal nie nastąpią pozytyne zmiany, odpuszczę. Wciąż ufam, że gdy mój synek, który potrafi być tak bardzo dzielny, przełamie barierę i przestanie reagować histerią gdy tylko ktoś się do niego po angielsku odezwie. Z codziennych relacji mojej mamy wynikało, że bez tej bariery językowej on świetnie sobie radzi. Elokwentnie odpowiada zagadującym go obcym ludziom, nawiązuje kontakty z dziećmi, jest zachwycający wręcz na wszystkich gościnach, mały, rozgadany, ujmujący mężczyzna.

Nie rozumiem, jak to możliwe, że mam obawy przed powrotem Felka do domu. To znaczy rozumiem. Mam obawy, bo wiem, że znowu będzie nieszczęśliwy z Lileczką. Bo jest tak, że on się bawi, ona przychodzi, ,,zabiera mu”; on trzepie ją w łeb, ta kwiczy, ja się wściekam, on płacze- i w kółko- wersja light- on jej nie trzepie w łeb, tylko rezygnuje z zabawy, domaga się bajki i wpada w bajkowy trans; nie chce nic jeść tylko pić kakałko na zmianę z wodą z miodem przez cały dzień- Lulcia wpierdziela wszystko, nawet surową cebulę; Felonek budzi się o świcie, między 6 a 7,  Lulcia wstaje ok. 9.00- to jednak jest różnica; Felek NIGDY nie zasypia sam, czasami ponad godzinę leżę trzymając go za rączkę-  Lulcia sama zasypia już teraz zawsze, cichutko i szybko. Rozleniwiłam się- to chyba to. Felek jest bardzo wrażliwym, inteligentnym, skomplikowanym i introwertycznym dzieckiem, a ja nie zawsze mam siłę by za tym podążać- stąd wieczne poczucie winy z nim związane. Ciągle wydaje mi się, że jako mama takiego dziecka powinnam ,,czuć misję” i się więcej starać, a ja nie mogę, coś mnie hamuje. Dlatego okres bycia tylko z Lulcią, której powody do płaczu związane są właściwie tylko z jedzeniem (np.zje całą michę gotowanych warzyw i chce więcej), to był dla mnie dosłownie relaks. Wózek na spacerkach sobie pchałam, było fajnie. Teraz do pchania będzie jeszcze rowerek albo i osiemnastokilowy byk. Bo oczywiście byczek na nogach nie ujdzie dalej niż 100 metrów, a i na rowerku ma jakieś granice cierpliwości. A jak czuć się komfortowo, gdy synek płacze, twierdząc, że jest zmęczony, chociaż jesteśmy minutę od domu? Hmm.

Porządnie się za Felciem stęskniłam, a że wypoczęłam, mam nadzieję, że jakoś to znowu będę ogarniać. Nie mam za bardzo wyjścia. Chciałabym aż tak się tym wszystkim nie przejmować, ale nie potrafię złapać dystansu. W kontekście wychowania Felka bez przerwy mam wrażenie, że popełniam jakieś niewybaczalne błędy i dlatego on bije, nie chce się bawić, nie chce jeść, nie chce iść na plac zabaw bo woli oglądać bajkę. Oczywiście nie jest tak zawsze.Gdy nie ma w pobliżu Lileczki, jest zupełnie inaczej. Zauważyłam tę potężną różnicę, gdy była moja siostra i miałam okazję przebywać z chłopcem sam na sam. Tylko że Lileczka ma już prawie 13 miesięcy i ja zaczynam się martwić, że to już tak będzie zawsze. To nie jest tak, że on jej nienawidzi. Kocha ją, niepytany zupełnie, mówi, że ją kocha, w rzadkich przpływach na prawdę dobrego nastroju coś tam jej nawet pokazuje, opowiada. I zawsze wymienia ją, gdy snuje swoje monologi na jakiś temat, np. o rodzinie, o planach na przyszłość (plany trzylatka- ciekawa jest to perspektywa). Ale widzę, że jest spięty gdy ona jest w pobliżu. Nie wiem, jak postępować, gdy kupuję mu farbki i on, zamiast się ucieszyć, nim je weźmie, z wielkimi oczami pyta: ,,A Lilka mi nie zabieze?”. Albo wypowiada jak zaklęcie zdanie: ,,Lilka nie będzie mi zabielała”, gdy tylko zaczyna coś robić. Albo gdy ma ochotę pobudować z klocków, prosi: ,,Mamo schowaj Lilkę do łózecka”. Tylko że Lilka nie śpi, ma ochotę łazić, nie mogę przecież dziecka zamknąć w łóżeczku na pół dnia. To są dla mnie trudne momenty, bo kocham ich nad życie tak samo- i na prawdę nie potrafię kosztem jednego zaspokajać potrzeby drugiego bez szwanku dla kondycji psychicznej. Dlatego zamiast się cieszyć czystą radością, myślę, jak to zrobić, żeby jakoś pogodzić żywot dość specyficznego przedszkolaka i żywot nadaktywnego roczniaka. I nic mi nie przychodzi do głowy.

9 myśli nt. „Jutro wraca Felek

  1. BiG m

    hmm rozmowy z maluchem chyba by pomogly. nazywanie jego uczuc, spostrzeganie jego smutku i radosci i tlumaczenie jakie sa potrzeby Twoje i Lileczki. jakie sa Wasze emocje – to buduje zaufanie i zrozumienie miedzy ludzmi.
    o ile pamietam nie lubisz (?) czytac poradnikow ale byc moze Thomas Gordon Wychowanie bez porazek w praktyce albo Jesper Juul Twoje kompetentne dziecko tudziez Przestrzen dla rodziny mogloby pomoc?

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      Wszystkie rozmowy jakie przyszły mi do głowy,przerobiłam.Mówiłam, że się złości,bo Lilka mu psuje,pozwalałam mu zamykać się w pokoju,mówiłam,że jak była malutki też mi wszystko psuł,bo takie są dzidzie.Akceptuję jego uczucia,rozumiem go ale nic mu na pewne rzeczy nie potrafię poradzić,bo jak pisałam,małej nie zamknę żeby nie siała zniszczenia:) Ale bicia jej też nie mogę zaakceptować.Jak będę w końcu w Polsce,może się przełamię i kupię coś z tych książek:P Teraz czytam Rodzeństwo bez Rywalizacji, polecano mi jako balsam dla duszy matki z ponad 1 dzieckiem:) Póki co miłość i akceptacja są tam odmieniane przez wszystkie przypadki więc brak konkretów ale dopiero na początku jestem.

      Odpowiedz
  2. Kasia

    Maryś, oczywiście podzielam Twoje obawy. Nie wiem, jak to jest być mamą dwójki, bo mój jeden śpi do 9, sam się bawi itp., ale mam jedno „ale”. Być może to wynika tylko z potrzeb werbalizowania w ogóle, ale boję się, że mimowolnie zamykasz swoje dzieci (zwłaszcza Felka) w szufladkach. Jeśli Ty będziesz go traktowała zawsze wyjątkowo i za bardzo nim się martwiła (nie twierdzę, że już to robisz, tylko zauważam taką tendencję w tym wpisie), to on taki będzie. Będzie czuł, że skoro wszyscy mówią, że jest zamknięty w sobie, no to być może taki jest. Oczywiście ludzka potrzeba kategoryzowania jest naturalna i bardzo trudna do przełamania, ale wyczytałam w wielu mądrych źródłach i wiem też z własnego doświadczenia (m. in. z moich rozmów z Felkiem), że przy kontaktach z dziećmi musimy być nieustannie otwarci, bo dzieci to są tak zaskakujące stworzenia, że dorosły nie jest w stanie sobie tego nawet wyobrazić.
    Staram się w tym komentarzu, żebyś nie odebrała moich słów jako atak, bo naprawdę to jest ostatnia rzecz, jaka przyszłaby mi do glowy, ale chciałabym, żebyś spróbowała nie ograniczać Felka takimi właśnie określeniami jak „introwertyk”, „wrażliwy” czy „zamknięty w sobie”. Nie twierdzę, że są to jakieś inwektywy, ale według mnie wszelka terminologia w kwestii dzieci jest zupełnie ineprzystająca do ich bogatego świata. Po prostu :)

    Odpowiedz
        1. Marysia Autor wpisu

          Przeczytałam, jestem świadoma tych mechanizmów… Niestety nie potrafie zapanować nad sobą i swoimi lękami,mimo że wiem,że nic dobrego dziecku nie dają i nie dadzą. Nie mam możliwości ,,scedować” na kogoś czynności typu zaproadzanie do przedszkola czy opieki nad Lilką. Staram się jak mogę,ale hamują mnie moje ,,uprzedzenia” do charakteru Felka, nasze wspólne niezbyt miłe doświadczenia, o których już pisałam. Dzisiaj wrócił do domu i wydaje się, że wszystko jest fajnie:) Co prawda płakał za babcią, ale wtulony we mnie sam z siebie…Bawił się namiętnie, malował, szalał z tatą. Nawet Lilki aż tak nie gnębił. Mimo to, chociaż bardzo bym chciała, nie potrafię wyzbyć się przedszkolnego stresu… Chyba sobie melisę we wtorek zaparzę i do przodu;)

          Odpowiedz
  3. Marta

    Ja troche moze ni z gruszki ni z pietruszki, ale pamietam, ze panie w przedszkolu proponowaly specjalne karty do komunikacji, moze to pomoze jednak? a gdyby zrobic mu taki tshirt, na ktorym umiesciloby sie proste znaczki/ikonki, i nauczylo go ich znaczen, moglby je paniom pokazywac – koszulka zawsze „pod reka”, znaczki „głodny” „pic” „boli” „nie rozumiem” „tesknie za mama”

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>