Miesięczne archiwum: Listopad 2012

Poleżeć

Wiem, że to bluźnierstwo, ale czasami mam ochotę zachorować. Nie poważnie, odpukać, ale tak na tydzień do szpitala poleżeć to bym poszła. Trzy razy dziennie (o rozsądnych porach) ktoś przynosiłby mi dziecko do karmienia, ale nie obchodziłby mnie cały ten syf, konieczność tego, tamtego, mus, niemożność i ograniczenia. Leżałabym sobie i użalała się nad sobą, bo nikt poza mną nigdy pewnie tego nie zrobi, a tak bardzo bardzo bym chciała, żeby ktoś kiedyś zapytał: ,,Jak się czujesz?”, a ja z czystym sumieniem odpowiedziałabym: ,,Źle, dopada mnie przeziębienie, małe znowu się miotało calutką noc a duże znowu syrenę włączyło już w drodze do przedszkola i stroję nerwy żeby komuś krzywdy nie zrobić.” Na to mój rozmówca zapytałby: ,,Ojej, to na pewno straszne? Wiesz co, wezmę twoje dzieci na 5 godzin a ty się kuruj i odeśpij”. A ja znowu bez najmniejszych wyrzutów powiedziałabym: ,,To wspaniały pomysł, poradzisz sobie z ubraniem ich i zabierzesz już teraz?”. I wtedy ta osoba bez głupich pytań ubrałaby dzieci stosownie do warunków atmosferycznych, nawet jakby podczas tego ubierania darły się i uciekały, to nie wołałaby że mam je łapać i podać buty, tylko zrobiła to sama. I ta osoba sama zniosłaby po schodach na dół wózek z małym, a potem cofnęłaby się po duże i rowerek i wcale a wcale nie zadawałaby głupich nad wyraz pytań, typu czemu duże samo nie schodzi, bo to przecież jasne, że skoro znoszę małe, to uciera się rytuał, że znosi się też duże, żeby się nie czuło gorsze i odrzucone. I ta osoba by je wzięła a po 5 godzinach przyniosła, suche, zdrowe, najedzone i zadowolone.

Nie, ja wiem, że coś takiego nie nastąpi. Wiem też, że nie jestem masochistką, chociaż keidyś oglądałam reportaż o więźniach, którzy celowo połykali metalowe przedmioty, by trafić do szpitala i w ten sposób chociaż na kilka dni opuścić więzienne mury. Przyznam, że poczułam dziwnego rodzaju podziw i zazdrość. Przecież tak nie zrobię, bo powiedzą, że wariatka i nie tylko powiedzą, bo wszystkie gazety o tym napiszą. Już widzę te nagłówki: ,,Połykała gwoździe żeby mieć spokój od dzieci!” Tylko że ja czasami zadaję sobie pytanie, czy gazety musiałyby o tym napisać, by zaistniał fakt, że ja tą wariatką już jestem, bez połykania gwoździ i trafiania do szpitala- skoro tak inspirujące jest to dla mnie i tak tego pożądam…

Wiara w ludzi nabiera sił

Byłam w Londynie, złożyłam wniosek o paszport. Moje dzieci na ten czas, gdy ja walczyłam z absurdem komunikacji kilkunastomilionowego miasta i systemem przyjęć interesantów w polskiej ambasadzie, były pod opieką pewnej niesamowitej osoby- Kasi. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż wszyscy Kasię zobaczyliśmy po raz pierwszy w życiu, gdy przyszła po nas na przystanek. Czyli tak- ,,zostawiłam dzieci obcej osobie”… I to na większość dnia. Dziwne tylko jest dla mnie to, że wydawało się, że znamy się od lat, a przecież od zaledwie kilku miesięcy korespondujemy ze sobą na fejsie, zaczęło się od tego, że Kasia czytała mojego bloga, a że pracuje w przedszkolu, zdecydowała się napisać i poradzić mi kilka rzeczy, w sprawie felkowej adaptacji… Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, jak ewoluuje ta znajomość.

Szok. Moje dzieci oszalały na punkcie nowej cioci. Felek szepnął zachwycony na jej widok: ,,Ciociu, nalescie do nas wlóciłaś…”, Lileczka nie płakała ani przez sekundę, gdy ją cioci zostawiałam i podczas pobytu u niej. Kasia ma dzieci starsze do moich, w wieku szkolnym, więc Felek z Lileczką dały im  nieco popalić, ale obyło się bez przykrych konfrontacji. Potem Felonek, otumianiony pozytywnymi wrażeniami (z tego, co wiem, ciocia Kasia zajmowała się nimi przez kilka godzin bez chwili przerwy, a ślady działalności artystycznej ,,upiększyły” całe mieszkanie od góry do dołu, wzdłuż i wszerz…) jęczał, że nie chce jechać do domu, tylko spowrotem do cioci, a cały następny dzień Lileczka spała, Felonek zaś marudził, dopytując się, kiedy tam wróci. Cóż… Mam nadzieję, że szybko!

Takie zdarzenia, pozornie trudne, wyczerpujące, bo ja też wróciłam fizycznie aż chora i ,,przebodźcowana” z tego Londynu, dodają mi sił. Moja wiara w ludzkość, po przejściach, trochę sfatygowana, odradza się i rośnie w siłę. I na prawdę nie ma dla mnie znaczenia, że tak bliskich sobie ludzi znajduję na fejsie, a nie w kawiarni albo na rodzinnych spędach.

Dzieciom to się zdaza

Moje podziębione dzieci działają mi na nerwy. Felek lata jak ogłupiały, co sprzyja atakom kaszlu, Lileczka nie chce się odczepić ode mnie (dosłownie) ani na sekundę. Pić jej się chce, więc szuka cyca, dostaje, ssie sekundę i płacze, bo się dusi. Tak mniej więcej mija dzień. Nie chcą spać, nie chcą jeść, ale widzę, że moja spokojna obecność jakoś tam kojąco na nie działa. Tylko o ten spokój trudno. Zwłaszcza gdy cały słoik płynnego miodu ląduje (zawartość słoika, powinnam zaznaczyć) na usypanych w kopiec zabawkach, które ,,zgłodniały”. Miód kupiony dzisiaj, na te ich niedyspozycje, no cóż, miodu już nie ma, za to chęć popełnienia dzieciobójstwa- owszem. Ale do sedna.

Mamy następującą sytuację: trzylatek wylewa cholerny miód. Na czym powinno mi najbardziej zależeć? Żeby go ukarać, sprawić, by już nigdy tak nie zrobił, żeby mu było przykro, żeby ,,zrozumiał”, żeby przeprosił? Gdy już się trochę nawzajem na siebie pozłościlićmy, Felek zapytał: ,,Ale psyjdzies po mnie do psedskola?”. Kucnęłam: ,,Kocham cię”- ,,Mamo, zaśpiewaj mi coś”- ,,Aaa, kotki dwa…”- ,,Mamo, psestań, bo mnie bolą usy.” A potem jeszcze: ,,Pseplasam, dzieciom to się casami zdaza”. Przecież wiem, to ja mu to powiedziałam i wpoiłam jako usprawiedliwienie na wszelką niesubordynację. ,,Ale wiesz, że nie wolno tak miodu wylewać?”- ,,Ale ja tak baldzo lubię wylewać”- ,,Wiem, ale nie będziesz już wylewał tak miodu?”- ,,Nie, jus nigdy nie będę wylewać miodu!”. Gdybym miała tę pewność, ale mam dokładnie odwrotną- on wyleje, jeszcze nieraz, miód albo coś innego. Bo tak ,,baldzo” lubi. Bo ma trzy lata. I to jest silniejsze od niego. I wiem też, że gdy mi obiecuje, że ,,jus nigdy”, to na prawdę, na prawdę, wierzy w to całym trzyipółletnim sercem.