Dzienne archiwum: 4 listopada 2012

Felek bije Lilkę

Żaden inny tytuł do głowy mi nie przyszedł, a właśnie chciałam napisać o tym, że jestem na dobrej drodze do wyzwolenia się z kolejnych sideł. Felek właściwie codziennie po kilka razy coś tej Lilce robi, że ona zaczyna płakać, patrząc na mnie z wyrzutem, że ja nic nie robię. A jak robię, czyli np. nieopatrznie wrzasnę na Felka żeby sie uspokoił, Lileczka siedzi jak stary polityk na wiecu, zadowolona ze swojego dokonania, które przecież nie jest niczym zachwycającym. Na prawdę staram sie ostro nie reagować, przynajmniej od niedawna. Ale też coraz mniej sie przejmuję. Coraz rzadziej na pewno. Bo jednak jak Felkowi zdarzy się popchnąć siostrę na kant szafki i bidulka potem łazi ze szramą na czole, to emocje biorą górą. Jak przydzwania jej drewnianą łychą w tłuściutkie udko że aż ciarki mnie przechodzą, też. Ale jak mimo moich syków dziewięćdziesiąty siódmy raz danego dnia wyrywa jej zabawkę z rączki tylko dlatego że ją wzięła, bo wcale się nią nie bawił, to już macham ręka, myślę sobie: no przecież już niedługo będzie umiała biegać i gryźć. Czekam na ten moment.

Zajęłam się tym dzisiaj, bo zadziwiła mnie pewna sytuacja. Młodzież się razem kąpała, oczywiście pod nadzorem, bo ratować topielicy nie potrafiłabym, a zapewne z takową miałabym do czynienia, gdyby tego nadzoru nie było. Ale Lileczce się wcześniej znudziło, więc ją wyjęłam, wytarłam, oblekłam w pieluchę i zajęłam się poszukiwaniem piżamki. W tym czasie ona jak zwykle spyliła. Nie chciało mi się za nią od razu ganiać, więc usiadłam by pomedytować nad dniem… A był jak zawsze intensywny. Wspominałam spacerek, mimo deszczowej i strasznie wietrznej pogody przyjemny, bo wybraliśmy się na bardzo błotnistą drogę, malowaliśmy specjalnie w tym celu zabranymi pędzlami błotem po kamieniach i kąpaliśmy dinozalły w glinie. Z rozmyślań zbudziło mnie uprzejme, słyszane z łazienki: ,,Znowu mamie uciekłaś, taaak?” I za chwilę głośny, opętańczy wręcz śmiech Lileczki. Trwało to trochę, w końcu poszłam zobaczyć, co wymyślili, bo mimo wyraźnej radości, przeczuwałam coś niecnego- to niemożliwe by tak skrajne emocje w małch dzieciach budziło zagadnienie całkowicie legalne… W pewnym sensie miałam rację: Lileczka wkładała do buzi Felka siedzącego we wannie paluchy i szybko zabierała, a on udawał że ją gryzie. Początkowo Felek mnie nie widział, ale ja widziałam: jego roześmianą, szczerze uradowaną buzię. Jak tylko mnie zobaczył, zrobił pochmurną minę i zaciągnął Lileczce przez policzek nitką z cekinami. Ona w krótki ryk, zabieram ją, jemu każę się wycierać, koniec zabawy. Ale dotarło do mnie, jak bardzo nie byłam im potrzebna w tej niedługiej chwili, gdy się sobą bez żadnych ryków i walnięć zajęli. Ile to im obojgu dało wesołości. I że może niebawem będzie tak, że to ja będę przeszkadzać a nie pomagać w budowaniu ich relacji. Bo gdy mnie nie ma, bawią się ze sobą, gdy zaś jestem- biją się i ryczą. Olśniło mnie. Przeceniałam swoją rolę, ale już nie będę. Muszę zawierzyć ich kompetencjom w budowaniu własnej, niepowtarzalnej i dla mnie będącej niestety (?) za zamkniętymi drzwiami, relacji. Muszę zaufać temu, co się dzieje. Tej prawdzie, że czasy ,,trójkącika” niebawem się skończą, a oni wyklepią własną historię. Historię swojego dzieciństwa, w której to, co z bratem i z siostrą jest ważniejsze, niż to, co z mamusią.