Dzienne archiwum: 9 listopada 2012

Obawy przed sobą

Jutro jadę na kilka dłuuugich godzin sama. Na wycieczkę, na kawę, na sklepy, dość daleko. Żeby nie było łatwo wrócić. Marcinek rozpoczął agresywną kampanię na rzecz mojego powrotu do siebie. Wysyła mnie GDZIEŚ, żebym odpoczęła od dzieci. No to jadę… Chcę ale boję się. Od ponad roku nie byłam dłużej sama ze sobą. Boję się, co tam u mnie. Boję się, co usłyszę, niezakrzykiwana przez dzieci, ich potrzeby. Będę mogła, a nie będę musiała. Zaczynam panikować, bo nie wiem, na ile mnie stać. Czy Marcinek ją przewinie na czas, czy nie będzie się złościł na Felka popychającego siostrę. Chciałabym na ten czas wyłączyć telefon, ale czy będę potrafiła? Zaczynam panikować coraz mocniej, przez chwilę, zmywając farby i odklejając przeżute kawałki ciasta fasolowego z dywanu, pomyślałam, że może będzie padało i nie pojadę. Że może jakaś choroba mnie bierze. Znieruchomiałam na moment, żeby poczuć ból gardla, na nic. Jestem zdrowa jak koń, chociaż moja rodzina sapie (Marcinek nawet musiał ostatnio wziąć zwolnienie, jakieś gorączkowe paskudztwo go dopadło). Pogoda dziś była śliczna, więc pewnie pojadę. Coś mi się kurczy w żołądku. Ileż kobiet oddałoby wszystko, by ich rodzina tak je wspierała w ,,odnajdywaniu siebie”, powinnam się cieszyć i właściwie się cieszę… Tylko czy ja potrafię? Czego sie boję? Pustki? Tego, że okaże się, że nie mogę znieść samej siebie niematkującej? Że bez dzieci mnie nie ma. Że niezaspokajająca potrzeb, nietuląca, niemieszająca farb, niestudiująca artykułów na temat dobroczynności lakatcji, nic sobą nie reprezentuję? Marcinek upiera się, że nie pozwoli mi od teraz nie spędzać tego jednego dnia w tygodniu bez potomstwa. Że jego siostra zajmie się czasami maluchami, żebyśmy mogli razem gdzieś wyskoczyć. No, to już prędzej. Zdefiniuję się nim. Na co dzień definiuję się dziećmi. Straszne to, upokarzające, ale jakieś takie bezpieczne dla mnie.

Bądźcie pewni, że pojadę, chociaż się boję.