Dzienne archiwum: 7 grudnia 2012

Matczyne serce w poniewierce

Cały poranek Feluś przeżywał, że Krystianek będzie na niego znowu zły. A jednak. To będzie chyba długi wpis i pewnie nieraz mi coś/ ktoś przerwie pisanie. Ale muszę się podzielić. Zaprowadziłam Felcia do przedszkola, humory dopisywały. W drodze wyszedł temat krystiankowej złości. Opowiadałam mu, że musimy brać pod uwagę to, co inni czują. Felek zapytał, co to znaczy ,,czują”. Mówiłam o tym, że gdy ma ochotę coś zjeść, jest głodny, czuje głód. Gdy się boi, czuje strach. Itd. A Krystianek czuje ochotę na zabawę w samotności. To właśnie mój synek doskonale zrozumiał, bo i on preferuje samotną zabawę, ale akurat nie w przedszkolu, bo tam nie czuje się pewnie. Zaproponowałam, by następnym razem, gdy wyda mu się, że Krystianek jest na niego zły, po prostu zapytał, dlaczego tak sie czuje. Zaprowadziłam Felcia do przedszkola, humory dopisywały. Przyszliśmy z Krystiankiem w tym samym momencie, Felonek go dopadł, witając się wylewnie. Krystianek nic i nawet babcia na niego fuknęła, że taki niedobry, bo nie mówi ,,cześć” koledze. Krystianek się naburmuszył. Rozebrany wyszedł bez słowa z szatni, Felek za nim, pomachałam mu, słyszę za plecami: ,,Klystianku, dlacego byłeś taki zły?”, odwracam głowę, widzę jak Krystianek przyspiesza, uciekając przed moim synkiem. Serce z wosku, ale parzy. Coś kłuje. Chcę coś zrobić. Chcę zmusić Krystianka żeby był miły, żeby robił to, co chce moje dziecko!!! Bo jest przecież pępkiem wszechświata. Wychodzę, nie chcę już nic słyszeć.

W drodze do domu myślę sobie, jak dobrze, że on poszedł do tego przedszkola. Jak inaczej wyjaśniłabym mu, że nie zawsze wszyscy będą robić to, co on chce? Że z dwóch polskich chłopców w przedszkolu, jeden z nich będzie chciał się nim bawić cały czas (Kacperek, wczoraj był chory, dziś też go nie zarejestrowałam), a drugi (Krystianek) może być nim zmęczony, może po prostu preferować samotność. Albo z jakichś względów,mojego synka akurat nie lubić. I myślę sobie, dla kogo to jest trudniejsze, dla mnie czy dla niego… Felek się przejmuje, chciał znaleźć rozwiązanie, pytał, podjął temat uczuć, co mnie zdziwiło. Nie dalej jak wczoraj żaliłam się na fejsie, że nie zauważyłam u niego odruchu współczucia i martwi mnie to. Swoją drogą, znamienne, że ze wsparciem pospieszyły mi ,,na privie” 4 dziewczyny, wszystkie poznane przez internet, trzech z nich nie miałam okazji poznać w ,,realu”, a jedną- bezcenną Kasię- dopiero niedawno. Ale nie chcę wyciągać pochopnych wniosków. Odbiegłam od tematu. Jak walczyć z ochotą, by rozwiązywać za dziecko wszystkie, ale to absolutnie wszystkie problemy? Czytałam niedawno o rodzicach, którzy składają za dzieci podania na studia i towarzyszą im podczas rozmów kwalifikacyjnych. Zanim zostałam matką chyba bym padła ze śmiechu nad takimi przypadkami. Potem, gdy Felek był niemowlakiem, wydawało mi się, że z moimi cudownymi metodami sprawię, iż będzie to niebawem silny,a zarazem opiekuńczy mężczyzna, co usmaży jajecznicę, zda za pierwszym razem prawo jazdy, maturę zrobi na samych piątkach i będzie przewodniczącym lokalnego odzdziału WOŚP. I że sam to wszystko osiągnie, bo z takim wsparciem, jakie ma w domu, to hoho, góry można przenosić. A w przedszkolu? Chowany bez przemocy, oj, na pewno będzie dla dzieciaków guru, przecież taki śliczny i duży jak na swój wiek, oj, będą w niego wpatrzone wszystkie jak w obrazek święty! I panie będą go uwielbiać, bo taki elokwentny. Tak myślałam właśnie, wpatrując się w kołyskę. Tymczasem coraz bliżej mi do matek od podań i rozmów kwalifikacyjnych. Jeszcze z tym walczę. Jeszcze daleko mi do jakiejś ingerencji, ale jest to dla mnie wysiłek, np. żeby nie powiedzieć Felkowi: ,,No widzisz, może jesteś dla Krystianka za mądry i on nie rozumie twoich zabaw”, chociaż wcale tak nie uważam, ale wiecie, żeby POCIESZYĆ. Zdaje się momentami, że to właśnie POCIESZANIE, słuszne czy nie, jest nadrzędną funkcją matki i co by się nie działo, trzeba pocieszać. Tak uważam. Ale są wyjątki. Kiedy pocieszam, ale nie mam mocy sprawczej, kiedy trzeba ugryźć się w język, kiedy z bólem muszę uznać, że inni ludzie, inne dzieci, też mają uczucia i musimy się z nimi liczyć- ja i Felek. I to uczucie to może być niechęć do Felka. Jakie to trudne, jeju, to jest trudniejsze, niż poranione karmieniem cycki, niż alergia na roztocza, niż brak czystych majtek w szafce, gdy wszystkie zasikane, bo uczymy się nocnika. Akceptacja faktu, że dziecko musi samodzielnie stawić czoła niekiedy skomplikowanym relacjom międzyludzkim, najpierw w przedszkolu, potem w szkole i na każdym następnym etapie życia, jest trudniejsza, niż wszystkie nocniki, pieluchy, szczepienia i rozszerzania diety razem wzięte. A najgorsze jest to, że tu nawet internet nie pomoże, żadne gazety. To się dzieje, realnie, czasem fatalnie. I całkiem, całkiem praktycznie, w dodatku większości my, matki, nawet nie widzimy. Dyskretne odsunięcie się w niebyt. Jak to zrobić, bez szkody dla nikogo, bez ofiar, jak zrezygnować ze swojej pozycji władcy dziecięcego świata i taktownie ustąpić, Krystiankowi, Kacperkowi, paniom, panu od w-fu, dziewczynie, żonie? To chyba bolączka od wieków każdej matki, każda wie, że  końcu musi- tylko kiedy i jak?

Felka odebrał dzisiaj z przedszkola tata. Dopadłam synka, żądna newsów. Podobno ani chwili nie płakał (wczoraj trochę tak, po tym, jak Krystian go przegonił), chociaż Krystianek rzeczywiście z nim się bawić nie chciał. Ale za to…. uwaga… mój synek bawił się z angielskimi dziećmi. Co prawda z opisu wynikało, że raczej po prostu bawił się nieopodal nich, bez interakcji, ale przecież nie liczy się to, jak to dla nas, dorosłych wygląda, tylko jak to postrzega dziecko. I jeszcze malował, latał na placu zabaw i ładnie siedział koło pani, jak czytała o wielkim dinozaurze. Jest znowu do przodu. Musi być.

Za to z Lileczką byłam na śpiewankowym spotkaniu dla maluszków i bardzo dobrze się moja córeczka bawiła. Także zaskoczyła. Otóż jest taka piosenka ,,Little Bunnies”, którą Felek zna z przedszkola, a my ze spotkań w polskiej grupie. Chodzi w niej o to, że króliczki najpierw śpią, a potem skaczą i zadaniem dzieci jest pokazywanie tych ,,stanów”. Moja Lulcia, gdy tylko pani powiedziała, że będziemy teraz śpiewać ,,Little Bunnies”, natychmiast się położyła, a potem, gdy nadszedł moment skakania, podrygiwała radośnie na tych krótkich nóżkach. Nauczyła się od starszych dzieci w polskiej grupie, zapamiętała, skojarzyła angielski tytuł piosenki z konkretnymi ruchami. I bardzo, bardzo cieszyło ją to, że pozostałe dzieciaczki na dzisiejszym spotkaniu też machają łapkami, pokazują fale, klaszczą. Myślę, że z nią takich społecznych bolączek nie będzie aż tyle. Ale pewnie będą inne… I tylko wciąż nie wiem, co jest najważniejsze, boleć i cierpieć, czy rozwiązywać. Na prawdę nie wiem.