Dzienne archiwum: 28 grudnia 2012

Głową w mur

Czasami Felek ma ,,odpały”, nie wiem, z czego to wynika, jest wylatany, ma zainteresowanie, nie dostaje słodyczy poza mlekiem z miodem… Z reguły ,,dokazuje”, jeśli w ogóle, to w granicah normy, ostatnio już nawet nad Lileczką się nie pastwił. Poza tym: elokwentny, pomysłowy, otwarty, ciekawski, rozkoszny. I tylko co jakiś czas mu ,,odwala”, ale za to tak, że serio nie wiem, co robić. To nawet nie agresja, nie wiem, co to jest, generalnie uważam, że dzieci nie robią na złość, więc co to? Felek lata ze sporym kawałkiem drewna, w jego zasięgu czytam z Lilcią książeczkę (Felek nie reflektuje na czytanie), więc spokojnie, a wręcz żartobliwym tonem mówię: ,,Synek, uważaj z tym drewnem, bo możesz kogoś walnąć.” W tym momencie chłopiec celuje do mnie drewnem i robi zaciętą minę. ,,Synuś, nie!”-mówię stanowczo. Rzuca, mocno. Nie trafia. Jestem tak wściekła, zawiedziona, załamana. Czuję, że poległam. Że wychowanie bez przemocy nic nie daje! Mam ochotę mu przylać. Informuję, że jestem zła, mówię o tym, co mogło się stać. Lekko podnoszę głos, ale on raczej drży niż grzmi… On na to: ,,I tak cię walnę!”. Ogarniacie? Dobrze, że Marcin w tym czasie brał kąpiel, bo chyba by go przez okno wyrzucił. Powiedziałam spokojnie, że skoro on nie słucha, to niech nie oczekuje, że ktokolwiek będzie słuchał jego. Zaczął zmieniać temat, zaczepiać mnie (pokojowo), wyglupiać się. Nie mogłam go znieść, ale nie odzywałam się, żeby nie zacząć krzyczeć. Gdy był już w piżamie, spytałam, czy wie, dlaczego jestem taka zła. Wiedział. Zaczął przepraszać, obiecywać coś tam. Prosił, żebym już się nie złościła, więc zgodnie z prawdą odrzekłam, że jeśli teraz grzecznie się położy, rano już nie będę się gniewać. Ale bez tulenia, wyznań, szeptań. Nie mogłam. Za to przystawiłam piszczącą Lilcię do cycka, na co Felek ni stąd, ni zowąd zaczął ją okładać pięściami!

Dochodzimy do sedna, bo ja w tym momencie trzepnęłam go lekko w ucho. Nie mogło go to zaboleć. Ale jak żyć? Było to właściwie bardziej odepchnięcie niż uderzenie, za to poskutkowało tym, że Felek natychmiast się położył. Nawet nie mam wielkich wyrzutów z tego powodu (bo działanie to wynikło z podświadomości, nie oceniam że było słuszne!!!) ale zastanawiałam się, czy napisać o tym- wiadomo, dzieci się nie bije. Ale żadnych. Lilci też nie. To był totalnie nieprzemyślany odruch obrony dziecka przy piersi przed napastnikiem. Nie myślałam wtedy, myślę teraz i jestem pod murem: ćpać leki uspokajające, gdy widzę, że Felkowi zaczyna się faza, czy nie? A może wychodzić z mieszkania, zostawiać go (ich) z tatą i niech kombinują? Czuję jakbym waliła głową w mur. Z jednej strony całym sercem wierzę w swoje wychowawcze ideały, z drugiej chciałabym dostawać chociaż część tego, co sama daję. Nie żądam ślepego posłuszeństwa, wdzięczności, manier, czystości, wielkiej miłości do siostry. Ale, kurczę, chciałabym się czuć bezpiecznie, bez obaw, że ja czy Lilcia oberwiemy zaraz deską w głowę. Myślę, że prawie czteroletnie dziecko jest w stanie to ogarnąć. Mało tego- ja wiem, że ogarnia doskonale. Nie chcę zmieniać taktyki. Chcę żeby tak nie robił. Po prostu. Czy to wiele?