Choroba wczoraj i dziś

Ach, jak ja kiedyś lubiłam być chora. Leżałam sobie w łóżku, nie szłam do szkoły, mama koło mnie skakała, no żyć, nie umierać. Co tam bolące gardło, katar, gorączka! Wiadomo, że jak się pogarszało, to dostawało się lekarstwo i przechodziło. A i tak nie trzeba było zjadać całego obiadu, sprzątać po sobie, nawet się myć. Ekstra! Kiedyś było ze mną krucho, latali ze mną po szpitalach, okazało się, że wymagam w trybie pilnym operacji nerki. Odlot! Chyba łącznie to z dwa miesiące do szkoły nie musiałam chodzić, a w tym szpitalu… Raj. I jak schudłam! To dla pulchnej (w swoim mniemaniu) piętnastolatki było po prostu nieopisanym szczęściem. I pokazywanie później blizny, wieczne zwolnienie z w-fu, udawanie, że boli mnie nerka przed każdym sprawdzianem z fizyki… Wszyscy się nade mną trzęśli. Wspaniałe.

Dzisiaj role się nieco odmieniły. Właśnie po długiej walce padłam w starciu z przeziębieniem, z którym od 3 tygodni łażą moje dzieci. Ostatnio w odstępie dwudniowym każde z nich, najpierw Lilcia, potem Felek, mieli kryzys. Lilce doktor przepisał nawet antybiotyk, była totalnie zaflegmiona, osłabiona. Ale jej nie dałam, postanowiłam zaczekać, i dobrze, bo następnego dnia zaskoczyła nas poważna poprawa, za to padł Felonek. Wymioty, gorączka. Był za słabiutki nawet żeby iść z nim do przychodni. Nie poszłam. Dziś znaczna poprawa. Padłam ja.

Katar, kaszel, gardło i ból głowy, chwała Bogu, bez gorączki. Te małe diabły dokazują, bo im się poprawiło, więc energia wróciła ze zdwojoną mocą, ale wciąż kaszlą i smarkają, więc muszę być na posterunku. Chcę się położyć, udaje się na 5 minut, chcę odpocząć, słyszę: ,,Mamo, gzebię sobie w gaciach!”, chcę nie myśleć, a tu słyszę łomot, aaa, małe spadło z fotela. Albo karton z deskami na szafkę do pokoju dla maluchów zsunął się Felkowi na nóżkę. Biorę, tulę, całuję, zanoszę do łóżka. Robię wodę z miodem. Robię obiad. Robię deser. Robię, robię, robię. Ciągle coś robię albo jestem gotowa na robienie. Wczoraj odkurzałam. Musiałam na kolanach, żeby wydrapać zaschniętą plastelinę z wykładziny. W tym czasie Lulcia zapragnęła się wtulić. A jak wtulić, to i przyssać, a ona nie znosi sprzeciwu. Felek nie może być gorszy (ani lepszy) i uwiesił się na mojej nodze. Weź tu wrzaśnij, jak to tylko chore dzieci potrzebują bliskości, no nie da się. A jednak coś w tym momencie we mnie pękło. Upokorzenie to nie jest dobre słowo, bo wiem, że maluchy nie upokarzają. Tylko jakoś tak znowu miejsca na mnie tam nie było, na moje złe samopoczucie, na mój wysiłek, na moją niewygodę, na to, że oni brudzą, a ja muszę sprzątać i jest mi z tym czasami normalnie, a czasami źle. I wczoraj było mi źle a dziś już nic nie robię, bo chcę się wychorować, nawet kosztem chwilowego zaniedbania dzieci.

Tak, Lilcia ryczała dziś dość długo w łóżeczku, sama w pokoju, bo ja chciałam poleżeć na kanapie, a chciałam, bo musiałam. Tak, Felkowi odmówiłam setnego poczytania książeczki, bo chcę wypić gorącą kawę, nie obawiając się, że ktoś się nią oparzy albo że ją stracę, wylaną na dywan. Już nie chcę żeby ktoś koło mnie skakał gdy choruję. Właśnie tego najbardziej nie chcę! Ale skaczą, ciągle skaczą oboje… Tylko że wcale nie muszę udawać, że to fajne i że się z tego cieszę. I że mi nie przeszkadza. Chcę znaleźć złoty środek, chcę mieć siłę nie czuć wyrzutów gdy nie lecę do każdego stęknięcia. Chcę już przede wszystkim nie lecieć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>