Miesięczne archiwum: Styczeń 2013

Przewaga treści nad formą

Wielu rodziców zwraca uwagę na to, w jaki sposób odnoszą się do nich dzieci. Jak ty się wyrażasz? Tak się do matki nie krzyczy! Mów ładnie! Nie daj Boże, gdy rozemocjonowany maluch gna z przekazem (głośnym) i po drodze coś strąci. Powoli, co ty tak hałasujesz, uspokój się, nie biegaj, co narobiłeś?!

Zdarza się, że w trosce o kulturalną, akceptowalną wszem i wobec oraz zgodną z naszą wizją ,,szacunku wobec rodziców” formę, tak zapamiętale korygujemy sposób przekazu, że możemy nie doczekać się jego treści. I nie dowiemy się, co tak na prawdę chciało powiedzieć nam nasze dziecko. I jak zwykle sens rodzicielstwa przegrywa z absurdalnymi wymogami ,,grzeczności”.

Wizytowy czas

Spotkajmy się, to sobie pogadamy w końcu. Ja na przykład zgłaszam się na ochotnika do gadania przez godzinę ,,jak on urósł”. Albo ,,jak ona pięknie mówi”. Ale liczę na rewanż! Bo moje też urosły. To spotkajmy się, żeby pogadać, na widok cudzych dzieci o czymś, co widać na pierwszy rzut oka. Jaki duży, jaka mądra, jaki piękny, jaka panna.Przyjedźcie, ja przyjadę, jak nie będzie mrozu, nie na obiad, no na kawkę, dobra, mam trochę ciuszków po mojej dla twojej, a jaki on teraz rozmiar nosi?

A ty jeszcze istniejesz? A kiedy ostatnio chciałaś udusić swoje dziecko? A jakie masz plany osobistego rozwoju na najbliższe pół roku? A alkohole lubisz ciągle te same? A wolisz teraz kuchnię hinduską czy nadal bałkańską? Te pytania nie padają. A byłoby o czym gadać!

Ale są też osoby, z którymi umawiam się do pubu, bez dzieci. Nawet mnie nie obchodzi, jak ona urosła, a na pewno, chociaż kocham dziecinę takiej przykładowej osoby prawie jak swoje. Ale pogadać! Przy piwie, przy iluś piwach i potem iść na późną kolację do restauracji meksykańskiej. A pamiętasz, jak tam chodziliśmy, no już zamknęli, wiem, ale było fajnie. A wiesz co, ja dopiero dzięki tobie przekonałam się, że nie jestem nienormalna, bo to było takie szczere, co mówiłaś wtedy. Pamiętasz?

Łzy w oczach. Pamiętam.

 

Zmienię trochę temat, ale jeszcze dziś i jutro można głosować na Blog Roku 2012. O ile uważacie, że jest sens, wyślijcie SMS A00022 na numer 7122. Z góry dziękuję:)

 

Zagubieni (?)

Zgubiliśmy się dziś sobie nawzajem w centrum handlowym. Ja zostałam bez telefonu i samochodu (bo nie pamiętałam, gdzie zaparkowany…), za to z kluczami do domu, wózkiem i Felkiem, Marcinek z kasą, autem i Lilą na rękach (bez kurtki, bo we wózku). Horror. Długo biegaliśmy, ja już prawie płakałam, Felek płakał normalnie. Zdecydowałam się wracać pieszo do domu. Załadowałam Felka do wózka, przykryłam go swoją kurtką (na zakupy nie był ciepło ubrany) i ruszyłam- ok. 2,5 km, przez zaśnieżony park.

Martwiłam się strasznie, że Lila zmarznie, że coś im się stało. Że nie kontroluję emocji, bo miałam ochotę męża rozszarpać, chociaż jego wina była identyczna, jak moja. Pocieszałam się:odpali silnik, może małe zaśnie w samochodzie, tam był kocyk.

Po godzinie byłam w domu. Telefon, telefon. ,,Jestem już w domu”… Przyjechali, okazało się, że czekali cały czas na parkingu. Marcinek od razu zainteresował się, czy Felek nie zmarzł. Gotowało się we mnie, ale przez chwilę próbowałam obrócić wszystko w żart. Lilcia zawinięta w kocyk, zadowolona, opita ciepłą herbatką z termosu (tata zawsze dzieciom robi na wszelki wypadek…) tak bardzo, że nawet nie chciała obiadu. Marcinek, widać, że wkurzony, ale zero pretensji.  Po obiedzie wyszedł do kolegi. Ja się zdrzemnęłam. Chyba oboje telepatycznie uznaliśmy, że kłotnia nie ma tu sensu. Jakże (milcząco) zgodni byliśmy w jednym: dobrze, że dzieci nie zmarzły. Wzruszyło mnie to strasznie. Stanęliśmy ponad własnymi kompleksami i egocentryzmami, żeby chronić maluchy. Misja.