Dzienne archiwum: 10 stycznia 2013

Karmiłam dziś piersią w miejscu publicznym…

To było tak: Felek był w przedszkolu, więc poszłyśmy se z Lulcią na małe zakupy. I zaczęło się już przy kasie. Chciałam zapłacić za trzypak bodziaków z promocji, ale moja córka nie doceniła gestu i uznała, że co innego jej do szczęścia potrzeba. Trzymana na rękach, zaczęła się do mnie dobierać. Pani ekspedientka wyglądała na młodziutką osobę, jej mina nie zdradzała zainteresowania tym, co się rozgrywa przy dekolcie płacącej za towar klientki, więc zestresowałam się dopiero po wyjściu ze sklepu. I tak- zajęłam najbardziej środkowe miejsce najbardziej środkowego środka centrum handlowego. Nie ze złośliwości czy dla indoktrynacji. Po prostu nigdzie indziej miejsca nie było, a pokoik z przewijakiem i krzesłem był na innym piętrze. Nie miałam czasu, poza tym  pomyślałam: mam specjalnie się pieprzyć windą, by dostać się  rejony kibli i wtapiać w tłum myślący o oddawaniu kału i moczu, chociaż chcę tylko nakarmić dziecko? Nie, nie dam się. Usiadłam. Wielki sweter pozwolił nie pokazać aświatu ni centymetra skóry, ale bałam się spojrzeń- wszak takie DUŻE dziecko! Ukradkiem zerknęłam, ile już moralistów nade mną pomstuje. Nie było żadnego. Nikt nie zauważył, nikt się nie zdziwił, nikt nie odwracał głowy w zakłopotaniu, Lila possała najpierw jednego cycka, potem drugiego, odczekała chwilę i znowu drugiego, po czym zajęła się cały czas trzymanym w łapce maślanym ciasteczkiem.

Bo jestem normalna. Moje dzieci chodzą ze mną niekiedy na zakupy, gdzie kupuję im w sieciówkach piżamy i bodziaki, a jak stękają, to i ciasteczka. Małe awanturuje się, gdy ma wejść do wózka, duże, że nie chce iść do przedszkola. Wcale a wcale nie jemy jaglanki na śniadanie. Po co ja o tym piszę? Bo chcę pokazać, że to, co niektórzy uznają za wynaturzenie, to właśnie jego przeciwieństwo. Reagujemy brakiem zaufania na to, czego nie znam. Dlaczego tak rzadko spotyka się  kobiety karmiące starsze dzieci, powyżej roczku, dwulatki, przedszkolaki? Dlaczego się boimy? Ja wiem, dlaczego. Jednak, kiedy ktoś sugeruje mi, że może nadchodzi czas odstawienia Lulci, nie przejmuję sięi robię swoje. Szlag mnie tylko trafia, gdy na bardzo znanym ,,dzieciowym” blogu znajduję gloryfikację butli. To znaczy może nie gloryfikację, ale wprost napisane, że tak na prawdę nie ma różnicy, czym karmimy dzieci. Czytają to tysiące niepewnych siebie matek dziennie. Które,jak ja kiedyś łapią się na hasła typu: ,,Naturalne karmienie ma znaczenie tylko wtedy, gdy dziecko jeszcze nie je stałych pokarmów”, ,,mleko modyfikowane to idealny zastępnik mleka matki”, ,,karmienie naturalne to dla kobiety ograniczenie” itd, itp. Wiem aż za dobrze, jak to jest, bo miałam inne podejście niż dzisiaj jeszcze 3 lata temu. Dopiero po urodzeniu Lulci coś mnie tknęło. Jak każda niewierząca w swoje możliwości matka jeszcze w ciąży zaopatrzyłam się w pakę nanu czy innego bebika, ,,jak by co”. I pewnego dnia, pijąc rano kawę (Lulcia była malusia, więc wciąż byłam przekonana, że maksymalnie pół roku pokarmię i do widzenia), przyjrzałam się składowi owej paki. Przy taurynie zasłabłam. Kojarzyłam, że to składnik red bulla. Silnie pobudzający i niekiedy uzależniający. Raczej nie polecany jako element diety niemowląt. Resztę, ile zrozumiałam, tyle posprawdzałam w internecie. Ogarnęła mnie zgroza. Ale pomyślałam: jak odstawię, od razu dostanie mleko krowie, żadnych tauryn. Więc to jeszcze nie było to. Tymczasem karmiłam i Lulcia dobijała półrocza. Mój mąż był w Anglii, więc nie mając pomocy, uznałam, że póki co pokarmię jeszcze, a skończę, jak ponownie się zejdę z Marcinkiem. I na etapie tej decyzji wzięłam udział w internetowej dyskusji na temat kilkulatków przy piersi. Ja wtedy na prawdę nie miałam pojęcia, że tak się w ogóle zdarza, dla mnie to było zboczenie. Pisałam, co o tym sądzę, odezwały się matki karmiące dzieci w wieku przedszkolnym, trochę ich było. Słały linki, nawiązałyśmy kontakt prywatnie. Byłam w szoku, mimo różnicy zdań traktowały mnie z  ciepłem i szacunkiem. Pomyślałam: to ze mną jest coś nie tak. Czytałam zatem o tym, że tak na prawdę w naszym kręgu kulturowym trwa nagonka na karmienie naturalne. Że koncerny produkujące mleko w proszku opłacały lekarzy i położne, by wmawiały kobietom, że ich pokarm jest niepełnowartościowy. Wciąż nie chciało mi się wierzyć, tłumaczyłam sobie, że to jakaś schizofrenia. Aż nie poszłam z siedmiomiesięczną Lulcią na szczepienie do przychodni. Ponieważ córcia miała jakieś uczulenie na nóżce, pani doktor zapytała, jakie mleko jej podaję. Odparłam, że wciąż karmię. Doktorka przekrzywiła głowę i zrobiła sztucznie zdziwioną minę. Zaczęłam rozumieć. Po kilku dniach napisała do mnie znajoma, że właśnie odstawia półroczne dziecko od piersi, bo tak jej nakazano w szpitalu (małe miało nawracające uczulenia). Nagle takie sytuacje w moim otoczeniu zaczęły wręcz się sypać. A to koleżanka nie podjęła się karmienia noworodka zupełnie, bo jej mama wmówiła w nią, że z wcześniakiem (zdrowiutki, ale urodzony kilka tygodni przed terminem) musi co do mililitra wiedzieć, ile pochłania, a to zapewni wyłącznie butla. A to położna na pytanie o rozszerzanie diety zaczęła odpowiedź od tego, że piersią karmi się półroku, bo potem dziecko się uzależnia. Byłam przerażona. Czytałam coraz więcej i zdobyłam pewność, że zdecydowana większość przypadków karmienia maluszków butlą to NIE JEST żaden wybór kobiety, ale wynik manipulacji, agresywnej reklamy, braku wiedzy, braku pewności siebie, skorumpowania personelu medycznego. My matki, dyndamy na końcu informacyjnego łańcucha pokarmowego. Internet to niewiarygodna głębina, gdzie niedoświadczeni nurkowie łatwo biorą stary kalosz za skrzynię skarbów. Chłoniemy każdą informację, która pozwoli nam się lepiej poczuć- czyli odpowiadać na ,,potrzeby” konsupcjonistycznego świata. Wtedy czujemy się docenione- jak mimo potwornego zmęczenia uda nam się wyjść na imprezę raz w tygodniu (chociaż instynkt podpowiada raczej spać w tym czasie), schudnąć do rozmiaru sprzed ciąży w ciągu paru tygodni po porodzie. Licytujemy się, jak bardzo nie potrzebują nas nasze własne dzieci. Jeśli któreś za bardzo potrzebuje, to nasza wina, bo chowamy maminsynka, który se w życiu nie poradzi. A gdzie miejsce na relację? Na odwagę, by przyznać się: CHCĘ NAJLEPIEJ DLA MOJEGO DZIECKA I DAJE MI TO SPEŁNIENIE? Nie wypada tak mówić. Nie wypada gloryfikować bliskich relacji. Nie wypada karmić powyżej pół roku a publicznie w żadnym wieku. To wszystko z tego wynika. Odważmy się temu sprzeciwić.