Dzienne archiwum: 21 stycznia 2013

Zagubieni (?)

Zgubiliśmy się dziś sobie nawzajem w centrum handlowym. Ja zostałam bez telefonu i samochodu (bo nie pamiętałam, gdzie zaparkowany…), za to z kluczami do domu, wózkiem i Felkiem, Marcinek z kasą, autem i Lilą na rękach (bez kurtki, bo we wózku). Horror. Długo biegaliśmy, ja już prawie płakałam, Felek płakał normalnie. Zdecydowałam się wracać pieszo do domu. Załadowałam Felka do wózka, przykryłam go swoją kurtką (na zakupy nie był ciepło ubrany) i ruszyłam- ok. 2,5 km, przez zaśnieżony park.

Martwiłam się strasznie, że Lila zmarznie, że coś im się stało. Że nie kontroluję emocji, bo miałam ochotę męża rozszarpać, chociaż jego wina była identyczna, jak moja. Pocieszałam się:odpali silnik, może małe zaśnie w samochodzie, tam był kocyk.

Po godzinie byłam w domu. Telefon, telefon. ,,Jestem już w domu”… Przyjechali, okazało się, że czekali cały czas na parkingu. Marcinek od razu zainteresował się, czy Felek nie zmarzł. Gotowało się we mnie, ale przez chwilę próbowałam obrócić wszystko w żart. Lilcia zawinięta w kocyk, zadowolona, opita ciepłą herbatką z termosu (tata zawsze dzieciom robi na wszelki wypadek…) tak bardzo, że nawet nie chciała obiadu. Marcinek, widać, że wkurzony, ale zero pretensji.  Po obiedzie wyszedł do kolegi. Ja się zdrzemnęłam. Chyba oboje telepatycznie uznaliśmy, że kłotnia nie ma tu sensu. Jakże (milcząco) zgodni byliśmy w jednym: dobrze, że dzieci nie zmarzły. Wzruszyło mnie to strasznie. Stanęliśmy ponad własnymi kompleksami i egocentryzmami, żeby chronić maluchy. Misja.