Miesięczne archiwum: Luty 2013

Suszenie nóżek

Suszyłam włosy a Felek co chwila podlatywał pod strumień gorącego powietrza. Podkładał rączki, nóżki. Zdjął skarpety. Położył się koło mnie na kanapie, przykrył kocem i wystawił bose stópki do suszenia. Spieszyłam się trochę, bo zaplanowaliśmy dziś zabawę w polskiej play-grupie. Powinniśmy wychodzić, a tu włosy mam mokre, w dodatku nie mogę ich suszyć, bo jak tylko zabiorę nóżkom ciepło, wiercą się niespokojnie! Gdy ciepło oddaję, spoglądam na buzię- rozanieloną, z przymkniętymi oczkami. Masowałam te suszone nóżki a one się prężyły pod czułym dotykiem. Nirwana.

Nie poszliśmy na play-grupę, bo zanim nóżkom znudziło się suszenie, już nie było sensu wychodzić. Wyszliśmy (gdy już moje włosy były suche) na spacerek przyrodniczą ścieżką edukacyjną. Czasami najważniejsze na świecie jest suszenie bosych nóżek suszarką do włosów. Na pewno ważniejsze niż spieszenie się gdziekolwiek.

Felek został sam w domu…

Od rana kongo straszne: ciągle coś się psuło, wrzeszczało, kupa z pieluchy podczas przewijania spadła na podłogę, nie było internetu, Lila zaśliniła telefon i przestał na jakiś czas działać, zakwas na chleb wywalił na pół kuchni, skończyło się mleko, paluchy uparcie wędrowały do kontaktu, było mi na zmianę gorąco i zimno, dzieci utykały między meblami i płakały, pranie samo wyszło z pralki i spacerowało po całym mieszkaniu… Tak, zdecydowanie poranek dzisiejszy nie należał do najprzyjemniejszych. Tuż przed południem uznałam, że tak, mogę wyjść z domu, a właśnie musiałam, bo skończył się także spray do nosków i nie było czym neutralizować smarków. Zwykle pora na wyjście to okolice godziny dziesiątej, ale… Dziś to wspomniane kongo. Zaczęłam ubierać Lilę, potem Felka. Między jego kurtką a kaloszami zaszył się pod kanapą i oświadczył, że zostaje. ,,Ja wychodzę, Felek”- wydusiłam gardłowo, ale wciąż nie miała siły po niego nurkować. Wysunął łepetynę: ,,Taaak? I zalaz wlócis?”

Dobre sobie. Mam niespełna czteroletnie dziecko zostawić w domu i iść?!

Ale to jego pytanie jakoś tak na mnie podziałało, że poczułam ulgę: tak na prawdę nie będzie mnie w domu 15- 20 minut, zalaz wlócę, a on se spokojnie obejrzy do końca Epokę Lodowcową. Ja nie będę musiała nurkować po byka zaszytego pod kanapą, a on przeziębiony przedzierać się przez przenikliwą mżawkę. Te małe zakupy zajmą mi o wiele mniej czasu, niż gdybym szła z całym balastem. Iść? Iść. Poszłam.

Już przed domem oczywiście zaczęłam mieć wątpliwości, więc przyspieszyłam kroku. Oczami duszy widziałam Felka,  (jak płacze, bo jednak zaczyna mu się dłużyć, film się skończył a on usiłuje włączyć coś innego i psuje komputer, synka wychodzącego w skarpetach przed dom i wołającego mnie rozpaczliwie… Szybko załatwiłam, co miałam i wróciłam zgrzana. Rzeczywiście nie było mnie ok. 20 minut. Felek nadal oglądał film i zapytał uprzejmie: ,,Jus wlóciłaś?. ,,Tak”- wydyszałam, a on odparł: ,,Supel było”. Byłam dumna. Trochę oszołomiona, ale zadowolona. Nerwy opadły. Dotleniłam się i spojrzałam na wszystko z nowej perspektywy. Już nie miałam ochoty ich pozabijać. Zjedliśmy razem obiad, Lilka poszła spać.

Jak się czuję? Dobrze, bo nie mam wyrzutów sumienia. Znam Felka i wiem, że on raczej nie ściągnie na siebie puszki Pandory z żadnej półki, nie wywlecze jej z szafki pod zlewem. Mimo to dreszczyk obawy był. Jak we wielu sytuacjach w moim życiu, gdy zaufałam, bo musiałam i wszystko szło wtedy świetnie. Powiem Wam, że już 2,5 letniego synka wypuszczałam samego na podwórko przed dom, bo nie ogarniałam się ze spacerkami z dwójką maluchów. Teraz też pozwalam Felkowi połazić pod otwartym oknem, do którego ma wołać gdy znudzi mu się samotna zabawa. Nie chcę popadać w paranoję. Chcę mu pokazać, że mu ufam, że uważam go za samodzielnego, żeby to przebiegało bez patosu, naturalnie.

Czy się o niego boję? Dużo bardziej niż o własne życie.

Ulga

Nie ukrywam- opieka nad noworodkiem, niemowlęciem, maluszkiem, wszystkie te przewijania, smarowania, zagadkowe płacze, bóle którym nie umiem zaradzić SĄ dla mnie udręką. Przy Felciu miałam jeszcze więcej siły za to mniej odwagi, by się do tego przyznawać, przy Lilci ani przez chwilę nie udawałam, że sprawiają mi te wszystkie czynności przyjemność. Moje dzieci kocham szaleńczo, dbam o nie z miłości jak najlepiej potrafię, ale wszystko co nosi znamiona konieczności wywołuje u mnie reakcję alergiczną. Do rzeczy.

Właśnie osiągam etap wielkiej ulgi. Dziś uświadomiłam sobie, jak wiele Lilcia rozumie. Wie co to znaczy położyć coś, wziąć, zanieść, dać komuś, nakarmić, przyjść, wykonuje proste polecenia. Nie chodzi mi absolutnie o jakiś posłuch, którego zupełnie nie wymagam, raczej o ułatwiony kontakt, czyste szczęście, jakie daje bycie razem. Moja córeczka zaczyna powtarzać łatwe słowa. Wiele wymyśliła swoich, opracowała bogaty system gestykulacji. I co z tego, że Felek w tym wieku prawie normalnie już gadał? On z kolei całkowicie kuleje, jeśli idzie o przekaz niewerbalny. Na przykład jak czegoś nie ma, Lilcia rozkłada ręce i robi zawiedzioną minę, Felek po prostu mówił ,,nie ma”. Czy jest sens to porównywać?

Właśnie osiągam etap prawdziwej radości z faktu, że mam dwoje dzieci i każde z nich jest totalnie inne. Do niedawna, przyznaję to szczerze, frustrowało mnie strasznie, że Felek w tym wieku już to, już tamto, a ona nic, że mimo skończonych nastu miesięcy wciąż jest niemrawą dzidzią wymagającą pełnego obsłużenia. A przecież ona próbuje się sama rozbierać i ubierać, po spacerku sama ściąga buty (Felek do dziś tego NIE ROBI!!!), potrafi prawidłowo trzymać kredkę podczas rysowania (Felek nie potrafi), wie do czego służy mnóstwo przedmiotów i usiłuje naśladować ,,dorosłe” zachowania. Felonek nigdy takich ciągot nie przejawiał. To dwa światy. Teraz, gdy moja dziewczynka powoli zaczyna być kompanem, a nie tylko źródłem obowiązków, dostrzegam, jak bardzo mnie ubogaca ich inność, jakiej tolerancji i otwartości mnie to uczy, jak pobłażliwa jestem dla wszystkich i wszystkiego. Jak bardzo nie muszę sama być idealna pod każdym względem. To na prawdę wielka ulga.