I po odwiedzinach…

Minęło 16 dni naszego pobytu w Polsce i jutro lecimy. Dzieci i ja, bo Marcin już ponad tydzień temu uciekł ze względu na kończący się urlop. Więc znowu czeka mnie hard core podróży… Na szczęście względnie krótki, tata zawiezie nas na lotnisko (niedaleko w sumie) na czas, 2 godziny z hakiem lotu (na to już nastawiam się psychicznie, obym przetrwała) i tam już czekać będzie stęskniony (mam nadzieję:) ) tata i mąż. A w samochodzie to już relaks- teoretycznie… W każdym razie cieszę się i martwię jednocześnie z tego samego powodu. Że wracam. I chociaż ciężko mi myśleć ,,do domu”, to jednak nie wyobrażam sobie póki co życia w Polsce. Z wielu względów. Na razie  mam tak potworną ochotę na jakieś hinduskie danie (moja mama woli tradycyjną kuchnię), że w zasadzie mając w głowie powrót, myślę jedynie o dymiącym talerzu soczewicy z warzywami. Ale niestety życie nie jest tak proste i nie sprowadza się wyłącznie do różnic w diecie… Czasami nad tym ubolewam. Czasami widzę w tym bogactwo. Czasami pasjonującą drogę pełną nauki, czasami tylko obciążenie.

Jestem rozdarta. Spotkałam się z wieloma na prawdę bliskimi mi ludźmi, Felek wyszalał się ze znajomymi dziećmi. Chociażby dzisiaj. Była u mnie przyjaciółka z dzieciństwa z niespełna sześcioletnim synkiem (moim chrześniakiem!). Co tu się nie działo, po prostu kosmos. Już dawno nie widziałam mojego dziecka tak rozbrykanego, tak normalnie czteroletnio niezastanawiającego się nad wszystkimi problemami tego świata, ale ślizgającego się na wyścigi po posadzce, piszczącego, robiącego jakieś gimnastyczne wygibasy (w ramach naśladownitwa starszego kolegi), uwaga- SPOCONEGO (łał, Felek chyba nigdy spocony nie był!!!), wreszcie bezrefleksyjnie się po prostu bawiącego. Tak mi brakuje na co dzień tego widoku, do tego stopnia, że nieraz myślałam, czy aby z Felciem wszystko ok. Ano ok, tylko towarzystwa brak. A że jego uspołecznienie nastąpiło paradoksalnie w czasie, kiedy tych dzieci wokoło nie było tyle (może właśnie tego potrzebował, by do dzieci ostatecznie się przekonać- ICH BRAKU?), sprawia mi teraz trudność. Bo wracam i tam… znowu tych dzieci nie będzie. Ale kto wie? Może ogólnie to dobrze? Może nadmiar Felkowi nie służy? We wrześniu idzie do szkoły. Boję się i cieszę, sama nie wiem, jak się nastawić. Najlepiej wcale, ale tego chyba nie uda mi się zrealizować. Jedno wiem, a pewna do niedawna tego nie byłam: Felek lubi się bawić, lubi mieć kolegę, ma pomysły i energię, hałas przestaje mu przeszkadzać gdy hałasem jest jego własne piszczenie pospołu z piszczeniem towarzysza zabawy. To mnie bardzo buduje.

Chcę się też trochę wziąć za siebie. Nie wiem jeszcze za bardzo jak to urzeczywistnić, mam w głowie jakiś mglisty pomysł na samorozwój, gorzej z możliwościami. Jak zawsze stanie przede mną pytanie: co zrobić z dziećmi???, ale liczę na własną odwagę w poszukiwaniu różnych rozwiązań. Chyba nie boję się już zostawić Lili w przedszkolu, w sensie nie na stałe, ale np. na raz w tygodniu, gdy hipotetycznie uczęszczałabym na jakieś zajęcia. Myślałam też wstępnie o jakimś wyjeździe na weekend, tak, by musiała spędzić przynajmniej 2 nocki pod rząd bez cycka. Ponieważ jej przysysanie się do mnie nawet po kilkanaście  razy między godziną 23 a 8 rano mnie wykańcza psychicznie i fizycznie. Chcę karmić, nie chcę pozwalać na tak rażące zaniedbywanie samej siebie. Bo gdy stajemy oko w oko z długotrwałym niezaspokojeniem podstawowych biologicznych potrzeb, a taką jest wypoczynek nocny, tzw. rodzicielstwo bliskości przestaje bawić. Przestaje pociągać. Nie chcę być w tym momencie blisko, chcę być daleko, a chcę chcieć być blisko. Dlatego mam wielkie plany lekkiego odseparowania się od własnych dzieci.

Tylko co mi wyjdzie z tego wszystkiego? Znając życie, będę odwlekać moment zapisania się na jakikolwiek weekendowy kurs, a codzienność złożona z obiadów, przedszkoli, zakupów z Tesco, pieluch, kąpieli, sudocremu, pory drzemek, spacerów, placów zabaw i wycieczek po adidaski na wiosnę spowoduje, że nie będę już miała siły ani energii na wymianę maili z nikim poza farmerem dowożącym nam raz w tygodniu owoce i warzywa. Że zamiast za książkę do kawy znów bezmyślnie będę sięgała po ulotki z pizzerii (wiedząc, że nigdy w niej nic nie zamówię) po to, by porównać ceny z tymi na innej ulotce (z której także nic nigdy nie zamówię). Że szczytem dbania o siebie będzie włożenie do uszu kolczyków i MOŻE zaczesanie włosów do tyłu. A przecież dzisiaj planuję codziennie biegać wokół jeziorka nieopodal domu i basen z Felkiem raz w tygodniu. A przecież mój mózg jest żądny wiedzy. A przecież czuję wielką kobiecą siłę i potrzebę wspierania innych. No tak, ale od ponad 2 tygodni nie musiałam bez chwili wytchnienia biegać za dwójką malców, gotować im i sprzątać, gdyż miałam wielką wyrękę w rodzinie. Chciałabym być ambitna i energiczna. Tylko co na ten czas zrobić z dziećmi?

Konkludując, trochę się obawiam powrotu, bardziej się jednak cieszę, bo lubię być ,,na swoim”, tę niezależność. Tęsknię za mężem, za życiem rodzinnym, naszymi wycieczkami. Hinduskimi daniami:) Polubiłam tę naszą przestrzeń, mamy już jakieś tam swoje miejsca. I być może znowu się będziemy za jakiś czas przeprowadzać, ale myśl ta nie napawa mnie przerażeniem. Emigracja dodała mi pewności siebie, dodała wiary, że większość rzeczy można załatwić, że ludzie na swoich stanowiskach są po to, by pomóc. Pewnie, chciałabym mieć kiedyś dom, tak bezpieczny i MÓJ, że np. chciałabym w nim urodzić dziecko. Póki co jeszcze tego nie doświadczyłam, ale nie mam poczucia beznadziei. Jutro lecimy. Trzymajcie kciuki:)

9 myśli nt. „I po odwiedzinach…

  1. Powodzenia

    Marysiu, niezmiernie Cię podziwiam za odwagę w stawianiu wszystkich życiowych kroków. Ponadto uwielbiam Twojego bloga, jest w nim tyle ciepła, jak i szczerych wyznań i Twoich wątpliwości. Trzymam kciuki, aby udało Ci się zrealizować wszystkie pomysły i pozdrawiam serdecznie Ciebie i całą rodzinkę :)
    Angelika Kinowska
    P.S. Ciekawe czy jeszcze pamiętasz która to Angelika :P

    Odpowiedz
  2. Pati

    Kochana, dasz sobie ze wszystkim super rade. Odetchnęłaś troche nabrałaś dystansu a teraz można walczyć dalej. Na emigracjii nic nie jest proste ale to poczucie, ze robisz co chcesz i jak cchesz dodaje skrzydeł, prawda?
    Cudowne masz pomysły na przyszłość. Z całego serca – niech się spełnią!

    Odpowiedz
  3. peacock111

    Dokladnie wiem co czujesz kochana. W UK mieszkam juz od 5 lat i strasznie tesknie za rodzina, jednak mieszkac w Polsce bym nie chciala.Fajnie sie czasem ze znajomymi ze szkolnych lat zobaczyc, pogadac, z rodzina wysciskac i po polsku porozmawiac. Czuje jednak, ze trudno by mi bylo sie przestawic i odnalezc w tej polskiej codziennosci. Pozdrawiam Cie serdecznie :)

    Odpowiedz
  4. BiG m

    powodzenia kochana :-) mi emigracja (i ksiazki) tez dala samodzielnosc i wiare w siebie :-) ale ale na jaki kurs weekendowy chcesz sie zapisac? sa tu jakies kursy weekendowe???

    Odpowiedz
    1. Marysia Autor wpisu

      są rozmaite,jak dobrze poszukać to mydło i powidło.Chodzi mi po głowie kurs douli i wegetariańskiego gotowania:P tak na początek:>

      Odpowiedz
  5. elsi

    Dzięki za te ostatni akapit, Maryś! I moc wspierałek na przyszłość. Za chwile będę mieć te same dylematy, jakby co, będziemy się wzajemnie w tyłki kopać ;)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>