O karmieniu publicznym ciąg dalszy…

Jestem w Polsce. Na początku wiele rzeczy mnie strasznie wkurzało, np. samochody zaparkowane na chodnikach, mróz, brak wind i podjazdów, ludzie z minami jakby im pół rodziny czołgiem porozjeżdżał… Ale po paru dniach już mi przeszło. Każdą trudność kwituję sobie w myślach: ,,Życie”. Za kilka dni wracamy i z wielu powodów już nie mogę się doczekać. Kurczę, mentalnie to tam właśnie czuję się jak u siebie i nic na to nie poradzę. Tam nikt nie wzdycha: ,,Boże”, piorunując mnie spojrzeniem, gdy Lileczka drze się w autobusie, tylko od razu znajdują się osoby próbujące dziecko moje rozbawić, żeby drzeć się przestało. Albo słyszę od obcych współczujące: ,,Musisz być bardzo zapracowana”, gdy usiłuję załatwić z maluchami jakieś sprawy na mieście. Już pisałam o tych wszystkich ludziach otwierających drzwi przed wózkami, o tych ułatwieniach… Po co się produkować? Cieszę się, że spotkałam się z rodziną, przyjaciółmi, że trochę zmieniłam klimat, że dzieci miały dziadków. Ale jestem matką dwójki maluchów i po prostu z ulgą wybieram to, co dla mnie korzystniejsze. Tak zwany zdrowy egoizm…

Jechałam dziś ze wsi do miasta i z powrotem autobusem. Z Lilą, załatwić parę papierów w dwóch urzędach. Pomijam kwestię samego załatwiania, bo to był koszmar, chociaż nie powiem, widać jaskółki na tym ponurym niebie, bo wyremontowany Urząd Miasta Gdańska wyposażony jest w windy, toalety, przewijaki i nawet osobne pokoiki do karmienia! Nie korzystałam, ale się ucieszyłam. Bo już też mi się nie chce pisać o tym, że do karmienia powinna wystarczyć ławka gdziekolwiek, przecież nie ma powodu żeby się ukrywać z tą czynnością… Ale wiadomo: niby nie ma, ale są dzieci które łatwo się rozpraszają, matki, które się krępują. Więc oczywiście pojawienie się w urzędzie pokoików dla matek karmiących uznaję za przejaw bardzo dobrej woli i pozytywny znak.

Ale ja nie o tym. W obie strony, do i z Gdańska, moja Lulcia dokazywała tak, że wzbudzała żywe zainteresowanie, zarówno miłe, jak i takie niezbyt. Droga w jedną stronę trwa 38 minut, w trakcie których Lila łapała ludzi za kołnierze i włosy, płakała, śmiała się, kładła pod siedzeniem, rzucała z impetem gumowymi żabkami, skakała, ściągała buty, domagała się ich założenia, gadała, wrzeszczała i wykonywała szereg innych czynności, które w połączeniu z mało komfortową jazdą (wstrząsy, gwałtowne hamowania i ruszania…) zamieniały mnie w konia po westernie. Bo wiadomo, że taką kruszynę trzeba cały czas asekurować. A wierzga się to niemożebnie. Chyba, że… chciało jej się akurat dobrać do cyca. Też już nie piszę nawet o tym, że garderobę na podróż dobieram starannie, czyli wiadomo, że dekolt najgłębszy z możliwych musi być i w miarę luźny, żeby ona sama mogła się doszarpać gdzie trzeba, co daje szansę na cichy obrót sprawy (gdy Lila nie może się dobrać do mnie w trybie ekspresowym, postanawia z reguły w trybie ekspresowym się rozedrzeć- tutaj wyjątki właściwie nie zdarzają się…) ani o tym, że starałam się nie starać nic robić, czyli np. tuszować fakt, że moja córcia właśnie sobie tak a nie inaczej podróż umila. Napomknę natomiast o skrępowaniu- tak, czułam je. Bałam się, że ktoś coś powie, rozpozna mnie i będzie potem gadanie na wsi, ale nie spotkało mnie nic bezpośredniego. Im bardziej skrępowana się czułam (np. w chwilach, gdy Lila zmieniała sobie źródło z prawego na lewe i przez ułamek sekundy jedno z nich było odsłonięte), tym wyżej głowę podnosiłam. Rozglądałam się, gadałam do Lili, gdy ktoś spojrzał mi w oczy, nie uciekałam wzrokiem. Bo mówiłam sobie: z oczywistych, narzuconych przez społeczeństwo i kontekst kulturowy powodów trochę mi licho, ale czas pokazać: nie wstyd mi! Nawet jeśli nie jest tak do końca. Zachować twarz. Bo czemu niby ją tracić? Nic się nie stało. Nikt nie ośmielił się skomentować. A ja miałam chwilę spokoju, bo wiadomo, że jak dziecko ssie, to się bardzo nie rusza. Nie spada z siedzenia i nie szarpie współpasażerów za włosy:)

3 myśli nt. „O karmieniu publicznym ciąg dalszy…

  1. Narko

    Po kilku miesiącach nadal czuję się obco we własnym kraju w dużej mierze ze względu na rzeczy, o których piszesz. Wszyscy smutni i oczekują od Ciebie tego samego. A jak się za bardzo uśmiechasz, to poszukają Ci powodów do smutku ;). Nie lubię nawet z dzieckiem wychodzić do ludzi, bo wszędzie krzywe spojrzenia, komentarze… A w Hiszpanii jednak o wiele więcej życzliwości i ciepła otrzymaliśmy. Dobrze, że masz miejsce, w którym czujesz się dobrze i swobodnie :).

    Odpowiedz
  2. Hono

    gdzie te czasy kiedy mogłam uciszyc dziecko w autobusie cyckiem? ech. dobrze ze teraz mamy samochód, ale najeździłam sie troche. godzinka w podmiejskim, przesiadka i pol godziny miejskim. i korek z bemowa na ochote w zatłoczonym 189 :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>