Miesięczne archiwum: Marzec 2013

Bezkrytyczność

Czuję się piękna. Każda cudna brzydota na moim ciele ma swoją historię albo przeznaczenie. Podążając za nieznoszącym sprzeciwu ,,am” mojej córeczki podciągam świąteczną koszulę w celu udostępnienia piersi malinowym usteczkom. Błękitne zarzęsione potężnie oczątka wpatrują się w nią z zachwytem absolutnym.

,,Nie ładne, co ładne, lecz co się komu podoba”.

Każdy centymetr kwadratowy i sześcienny mojego organizmu stoczył dwie wojny z których wyszedł zwycięsko. Kompleksy? Wyrosłam, jak i z szortów XXS ale czuję się kobietą. Tak bardzo i czule się nią czuję, jak tylko potrafi spojrzeć półtoraroczne stworzonko- bezkrytycznie. Synek bawi się moim brzuchem: ,,Mamo ale mas wieeeeelki bzuch!”. Nieprawda, aż tak wielki nie jest. Większy niż on ma i niż kiedyś ja miałam, ale najważniejsze, że mieszczę się na dziecięcym materacyku tuląc przeziębionego przedszkolaka i nie budzę się połamana. ,,Jest taki wielki, bo ty i Lilka musieliście się tam zmieścić zanim się urodziliście”- śmieję się z udawanym wyrzutem. Czuję się piękna. Żadna z cudnych brzydot na moim ciele nie rozpacza nad śmiercią naturalną talii nastolatki.

Święconka

Pojechaliśmy do kościoła poświęcić koszyczki ze smakołykami. Chociaż generalnie do kościoła nie chadzamy, są takie dni w roku, że lubimy zwyczajów przestrzegać. Jakoś tak z dzieciństwem się kojarzą, rodzinnie. A Wielkanoc i wszystko z nią powiązane, uwielbiam. Kult życia. Odwieczny. To jest to.

Felek nie uczestniczył w przygotowywaniu koszyczków, oznajmił, że go to nie interesuje. I świąt mieć nie chce ani zająca. Ani gałązek. Do kościoła dał się zawieźć, bo jechała z nami rodzinka z którą po sąsiedzku mieszkamy- niespełna trzyletni Kubuś (ostatnio z Felkiem szaleją na swoim punkcie) z rodzicami. Niezwykle sympatyczni ludzie. Wobec Kubusia mam wiele ciociowej czułości, z jego mamą kawkuję i miło spędzam czas.

Kościół po brzegi wypełniony był wyłącznie Polakami. Ludźmi, którzy spędzą święta z dala od domów rodzinnych, którzy świadomie się na to zdecydowali. Nabożeństwo odprawiał ciemnoskóry ksiądz po angielsku. Koszyczki załadowane były polskimi produktami, co mnie rozczuliło. Spotkałam kilka znajomych buziek z polskiej grupy, Felek miał okazję zobaczyć się ze swoim przyjacielem z przedszkola, Kacperkiem. Setki ludzi. Wielodzietne rodziny. Mnóstwo, nieprzeliczone mnóstwo ładnie ubranych dzieciaków. Każdy jakoś tam toczy tę swoją emigracyjną historię, cel jest jeden: ma być lepiej. I chyba jest? Maluszki bawiły się zabawkami i rysowały kredkami w przedsionku kościoła. Przykleiły się do Marcinka, który pełnił mimowolną rolę animatora :) Niektóre nazywały go odruchowo tatą. Cóż, mój mąż należy do tych wzbudzających zaufanie. Co do mnie, to taka dawka polskości, którą sama sobie ustalam i ją kontroluję, odpowiada mi. Dobrze się tam czułam. Zero stresu, chociaż Lila zrobiła kupę a nie mieliśmy pampersa na zmianę. Wróciłam w nastroju melancholijno- uduchowionym :)

Co zupełnie nie zmienia faktu, że nie wyobrażam sobie siebie i mojej rodziny w kraju ojczystym w sensie innym niż wyłącznie wizytowym.

Półtora roczku

Sama w to uwierzyć nie mogę, ale Lileczka kończy dziś półtora roczku. Wiek ten dla mnie zawsze oznaczał ,,początek sensowności dziecka” :) Czyli psychicznie bardzo mocno czuję, że już jest z górki. Bo jest.

Natomiast mój starszy potomek niebawem zdmuchnie (o ile tego zwyczaju nie zbojkotuje jak rok temu) 4 świeczki na torcie. Już zapowiedział, że nie życzy sobie śpiewania ,,Sto lat”, bo ,,będą go usy boleć”. Rok temu dostał błogosławieństwo na wyjście w czasie naszego śpiewania do ogrodu. W tym roku jak się uprze to wcale śpiewu nie będzie. A impreza się szykuje, bo specjalnie w celu hucznego uczczenia narodzin mojego cudu lecimy do Polski. Mało tego. Już za tydzień po Felka przylatuje dziadek, więc znowu czeka mnie rozstanie z synkiem- na 2 tygodnie. Ale łzy nie uronię, ponieważ wszyscy bardzo się z tego cieszą. No mówię wam, wiosna, humor, plany, urodziny. Tym żyjemy, chociaż zimno okropnie :)

Moje dzieci rosną. Bawią się razem, biją, kochają, jedzą przy stoliku, malują, biegają, skaczą na materacu. Wychodzę z ciemnej jaskini macierzyństwa, wchodzę na słoneczną polanę. Na tym etapie na prawdę wiem, czuję jak nigdy, że bycie mamą nie mnie nie zawodzi. Że warto mieć dzieci. Dla tych uczuć, które mam teraz w sobie, a których nigdy bym nie miała bez nich. Tylko trzeba przetrwać te ciąże, porody, niemowlęctwa. I jak się to ma za sobą, to dwójka dzieci jest satysfakcją, spełnieniem. Kocham je do szaleństwa.